Tego lata wszystkie drogi w polskiej polityce prowadzą do Krakowa. Przyjeżdżają ważni politycy, Zandberg był na pani inauguracji. Czy oni mają rację, traktując te wybory jako poligon przed jesienią 2027, a może są to po prostu wybory o Krakowie?

Same wybory są bez wątpienia krakowskie. Rozbijają się o problemy Krakowa i jego dzielnic, o konkretne rozwiązania w polityce miasta. Nie jesteśmy poligonem doświadczalnym dla żadnych partii. Sam rozkład poparcia nie będzie też na pewno reprezentatywny dla kraju – jesteśmy drugim miastem Polski, rozkład sił politycznych jest zupełnie inny niż średnia w całym kraju.

Jeśli coś można będzie przełożyć na wnioski w skali kraju, to nie wynik wyborów, ale moim zdaniem gotowość poszczególnych sił politycznych. Widać to po koalicji rządzącej, która najpierw w swojej arogancji długo nie dopuszczała myśli, że jej prezydent może zostać odwołany, a potem okazało się, że nie ma planu na to, co zrobić, kiedy referendum okazało się skuteczne. Odwołanie struktur lokalnej KO, przepychanki, wątpliwości, czy ma być jeden kandydat, czy więcej, czy będzie rajdowcem, profesorem czy partyjnym żołnierzem. Wreszcie kompletnie lekceważące ogłoszenie senatorki Moniki Piątkowskiej z warszawskiego trawnika. To pokazuje gotowość partii do brania odpowiedzialności – za politykę krajową i za regiony. Czy raczej brak tej gotowości. 

Zostawmy więc politykę ogólnokrajową. Co jest kryzysem miast oraz problemem w tworzeniu polityk miejskich w Polsce, który w Krakowie po prostu się objawił, a w czym Kraków jest wyjątkiem?

Trzeba spojrzeć szerzej, nie na miasta jako enklawy problemów. To nie jest kryzys miast, tylko kryzys podejścia politycznego, które hodujemy w Polsce od 30 lat. Kolejne pokolenia, w tym moje, wychowano w bardzo specyficznej kulturze aspiracji: trzeba być zaradnym i wtedy wszystko się uda. Ale polityka tak rozumianej aspiracji dojechała do ściany. Okazało się, że to nie była polityka aspiracji, tylko polityka egoizmu. Ci, którzy byli zaradni i kupili sobie domy jednorodzinne na obrzeżach, dziś odkrywają, że obok ich domów powstają hektary parabloków bez normalnej drogi dojazdowej.

Tak jest u nas w Bronowicach (dzielnica Krakowa – red.), deweloper buduje prawie 10 hektarów zabudowy łanowej i nie doprowadza nawet porządnej drogi dojazdowej, przez co cały układ drogowy się zatyka i każdy jego użytkownik będzie stał codziennie w nieludzkich korkach. Dlatego, że miasto nie zaplanowało dróg i pozwala deweloperowi skończyć budowę drogi wewnętrznej dziesięć metrów od połączenia z miejskim ruchem, żeby za bardzo dewelopera nie obciążać finansowo. Z kolei ci, którzy byli zaradni i kupili mieszkanie w centrum, w najlepszych lokalizacjach, dzisiaj mają drzwi w drzwi najem krótkoterminowy oraz imprezę co noc – i nikt nie może z tym nic zrobić, bo to regulacje, których samorząd nie wprowadzi bez Sejmu, a na posłach siedzą lobbyści i mówią, że święta wolność zabrania tych pilnych regulacji.

Pytanie jest polityczne: czy idziemy dalej w stronę aspiracji rozumianej jako „każdy musi poradzić sobie sam”, czy budujemy nową aspirację – opartą na solidarności, na porządnych usługach publicznych, na tym, żeby władza nie była jedynie biernym administratorem, tylko brała odpowiedzialność za majątek publiczny powierzony jej po wyborach.

Czytaj więcej

Nieoficjalnie: Jednak nie Sonik. Kandydatką KO i PSL w Krakowie ma być senator KO

Jedną z osi referendum była strefa czystego transportu. Kiedyś mówiło się ekologia, dziś transformacja energetyczna – i to stało się  głównym tematem. Ustawia się pani jako głos oburzenia klasy średniej, mówi o koryciarstwie. A ludzie powiedzieli „nie" strefie. To paradoks.

Powiem coś kontrowersyjnego, ale na podstawie tego, co słyszę na dyżurach, w rozmowach z mieszkańcami: moim zdaniem strefa, rozumiana jako rozwiązanie samo w sobie, nie była kluczowa. Jak pan spojrzy na materiały promujące referendum, to tematów w gazetkach referendalnych było kilka, każdy mógł znaleźć swój powód. SCT, komunikacja miejska, ochrona zdrowia, kolesiostwo. Faktem natomiast jest, że dla wielu osób SCT stało się symbolem polityki Miszalskiego – moim zdaniem głównie przez to, jak ją wprowadzono. Z wyjątkową arogancją.

Projekt poddano pod głosowanie Rady Miasta dwa dni po zakończeniu konsultacji, nikt nie mógł w ten sposób się nawet z wynikami tych konsultacji zapoznać. Przegłosowali to w połowie czerwca 2025 r. z półrocznym terminem wejścia w życie. Pół roku na tak dużą zmianę to absurd. System sprawdzający, czy pojazd podlega strefie, postawiono na początku grudnia, kilka tygodni przed wejściem w życie przepisów. To jest wielka odpowiedzialność prezydenta Miszalskiego – sposób, w jaki to wprowadził, będzie ciążył na tego typu zmianach w całej Polsce. Bo kolejne miasta zamiast wyciągnąć wnioski co do trybu, przestraszą się walki o czyste powietrze, o czyste środowisko.

Moim zdaniem to, że ludzi szczerze wkurzyło SCT – a nie wątpię, że ta złość była szczera – nie znaczy, że Kraków nie widzi, że jest problem z czystością powietrza, że coraz więcej osób ma astmę i kłopoty z oddychaniem. Nie możemy porzucić całego dorobku pracy nad miastem, w którym żyje się lepiej, mówiąc: skoro SCT źle wprowadzono, to poddajmy się i zróbmy z miasta cuchnący śmietnik.

Konkretnie: wygrywa pani wybory, co robi pani ze strefą, która dziś działa? Powiedziała pani kiedyś w jednym z podcastów w tym roku, że wyłączenie z niej mieszkańców to pójście na łatwiznę. Włączyłaby pani mieszkańców miasta do strefy?

W tym momencie nie. To wyłączenie dotyczy wyłącznie aut kupionych przed wejściem strefy w życie. Dalej uważam, że to była niemądra decyzja, obliczona na to, żeby zamiast przygotować i odpowiedzialnie wdrożyć dobry projekt, wprowadzić go byle jak. I liczyć na to, że skoro nie dotyczy bezpośrednio wyborców w Krakowie, bo projekt ich wyłącza, to się to na prezydencie nie zemści.

Jeśli jednak już zdecydowaliśmy się na taki krok, to wyłączenie powinno zostać. Dotknął pan za to kluczowej sprawy: transportu jako całości. Nie ma dobrej polityki miejskiej, która jedną ręką mówi „nie jeźdźcie samochodami”, drugą podnosi ceny biletów, a trzecią tnie kursy. A to zrobił prezydent Miszalski  uderzył w komunikację publiczną, w odczuwalny sposób, cięciami kursów autobusów czy tramwajów, jednocześnie podnosząc ceny biletów i wprowadzając ograniczenia dla samochodów. Nie może być tak, że wprowadzamy utrudnienia i nie oferujemy nic w zamian.

Dlatego strefy bym nie zawieszała, natomiast trzeba ją zweryfikować i porządnie zintegrować z transportem publicznym. I tutaj muszę dodać: gdy słyszę kandydatów, którzy chcą ograniczyć SCT do Rynku, pytam: po co? Po co wprowadzać głupie przepisy? Na Rynku jest już strefa ograniczonego ruchu. Komu chcemy dowalić  dostawczakom, które rano dojeżdżają do knajp? To bez sensu. To, co trzeba do strefy wprowadzić w ramach korekty, to koordynacja z transportem publicznym: z koleją, tramwajami, parkingami park and ride, autobusami. Żeby każdy, kto nie ma do Krakowa innego dojazdu niż samochód, miał jasno wskazane miejsca, gdzie zostawi auto wygodnie, najlepiej za darmo, i przesiądzie się na transport, który jest przewidywalny, częsty i dostępny. 

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Referendum w Krakowie jednak wstrząsnęło KO. Donald Tusk rozwiązuje struktury

Razem przez ostatni rok – także dzięki pani pracy w terenie i aktywności Zandberga – wychodzi ze swoich twierdz akademickich do ludzi. Jak to pogodzić z tym, że na waszych sztandarach jest transformacja energetyczna, której nie chcecie zawieszać? Tu jest napięcie między tym, czego chce lud, a tym, co wynika z waszych założeń.  

Politycy nie mają „wychodzić do ludu”. Ludzie nas wybrali – nasza praca to reprezentować ich sprawy, rozwiązywać problemy. Tak się składa, że mają bardzo różne problemy, wystarczy tylko posłuchać: zdrowotne, z dojazdem, z dostępnością usług, problemy ekonomiczne, obawy przed utratą pracy.

Postulujemy działający transport publiczny  to jest bardzo ważne w Krakowie, ale jest może nawet jeszcze ważniejsze poza wielkimi miastami. Im dalej od centrum miasta, tym łatwiej bez transportu publicznego po prostu utknąć. Tu nie ma żadnej sprzeczności: usługi publiczne są niezbędne i pożądane i w ośrodkach akademickich i na ich obrzeżach oraz w tak zwanej Polsce powiatowej. 

Zaczęła pani kampanię od jasnego zdefiniowania rywali – koryciarstwo, „czarzaści". Będzie pani rywalizować z Darią Gosek-Popiołek, która była w pani partii, a dziś jest w Nowej Lewicy. To będzie bratobójcza wojna na lewicy?

Daria Gosek-Popiołek startowała już na prezydenta Krakowa – głosowałam na nią w 2018, zanim jeszcze byłam w polityce. Jasne, że miała fajny program, ale głosowałam na nią dlatego, że była reprezentantką Razem. Razem było i jest jedyną partią, która otwarcie mówi, że mamy wielki problem z tym, że politycy traktują majątek publiczny jak źródło prywatnych dochodów – jak koryto, zamiast dbać o niego jak dobry gospodarz.

W 2020 wstąpiłam do Razem, a w 2023 pomagałam Darii Gosek-Popiołek robić kampanię do Sejmu. Zostawiłam karierę radczyni prawnej dla pracy w polityce, bo uwierzyłam, że istnieje siła, która autentycznie stoi po stronie ludzi i że mogę swoją pracą tej sile pomóc. Niestety, w 2024 Daria Gosek-Popiołek zdecydowała, że zamiast zostać dalej po tej stronie, wychodzi na stronę tych, którzy korzystają z tej patologii życia publicznego. To nie abstrakcja – mówię o jej najbliższych współpracownikach, o ludziach, którzy dzisiaj jej tę kampanię zrobią i sfinansują.

Mówię o obsadzaniu ludzi Nowej Lewicy w hufcach pracy przez ministrę Dziemianowicz-Bąk. O tym, że Anna Maria Żukowska ciągnie kosmiczne kwoty na kilometrówkach i nie widzi nic złego w tym, że żona ministra Kierwińskiego, radna Warszawy, siedzi na stanowisku w Kolejach Mazowieckich. O tym, że Nowa Lewica w Krakowie głosuje za podwyżkami cen biletów i żyrowała koryciarską politykę ekipy Miszalskiego. To jest patologia. Albo mówimy, że się na to nie zgadzamy, że chcemy władzy, która działa w interesie ludzi, albo przymykamy oko. I to jest moja odpowiedź na pytanie o bratobójczy pojedynek: jeśli walczymy o Kraków, który działa dla ludzi, a nie w interesie samych polityków, to Daria Gosek-Popiołek nie stoi po tej samej stronie, co ja.

Dlaczego nie jest pani po tej samej stronie z Łukaszem Gibałą? Jeśli Gibała zdecyduje się startować, to też będzie kampania bratobójcza.

Z Łukaszem Gibałą mieliśmy jako Razem koalicję wyborczą w 2024 – wystartowaliśmy z jego list, mieliśmy swoich kandydatów we wszystkich okręgach, wspólnie pracowaliśmy nad programem, byłam w jego klubie. Rozstaliśmy się w porozumieniu i bez konfliktu pół roku temu. Łukasz Gibała obrał kierunek polityczny, z którym się coraz mniej zgadzam i taka formuła współpracy się wyczerpała. 

Co to znaczy?

Było sporo różnic – część w dyskusjach klubowych, część widać w głosowaniach. Dajmy przykład: Starowiślna. Mamy zabezpieczone ponad 80 milionów z Unii na remont torowiska. Remont oprócz tego obejmuje zmianę ruchu na jednokierunkowy. Konsultacje miały miejsce 6 lat temu, remont ma się zacząć właściwie już. I teraz nagle pojawiają się ze strony radnych dzielnicy projekty uchwał, żeby z tego remontu zrezygnować, bo ulica w centrum miasta, z torowiskiem wymagającym na cito tego remontu, musi za wszelką cenę pozostać dwukierunkowa. I Łukasz Gibała się wstrzymuje.

Łukasz Gibała zawsze był dla mnie – i w programie, i w tym, jak obserwowałam jego karierę – postacią, która walczyła o przestrzeń publiczną. W ostatnim czasie jednak obserwujemy pewien zwrot: postulaty walki o tę publiczną przestrzeń przestały być oczywiste. Odbieram to trochę jako strach przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji, która wzbudza kontrowersje. Na to nachodzi zbliżenie z ludźmi, którzy najchętniej zrobiliby z Rynku parking, a przez Planty pociągnęliby estakadę.

To jest spór o wartości, które się często po prostu wykluczają. Coś musi mieć priorytet. Albo pierwszeństwo w planowaniu miasta ma tramwaj, albo samochód. Albo zakażemy parkować na Długiej, albo przez kolejną dekadę tramwaje będą tam utykać za źle zaparkowanymi autami. Ja nie mam wątpliwości, że prawo do postawienia samochodu akurat właśnie na Długiej jest mniej ważne niż to, żeby tysiące ludzi w tramwajach w całym mieście nie spóźnili się do pracy, szkoły, do lekarza.

Czytaj więcej

„Rzecz w tym”: Referendalne trzęsienie ziemi w Krakowie. Czy Łukasz Gibała przejmie władzę?

Byłem niedawno na Jagodnie we Wrocławiu, miejscu specyficznym, ale trochę takim jak krakowski Ruczaj i wiele im podobnych. Czy Razem jest gotowe przechwycić zdemobilizowaną i rozczarowaną klasę średnią, której nie wzrusza, że że jesteśmy w G20 tylko chce, żeby państwo zoptymalizowało jej życie? „Deregulacja” jako opowieść rządu chyba też nie zadziałała. 

Mówi pan o tym, że ta opowieść o deregulacji jako o rozwiązaniu „nie siadła” – i jest to bardzo istotne. Premier Tusk usiłował opakować w nowy papierek dawną opowieść aspiracyjną, to, o czym rozmawialiśmy na początku, tę filozofię opartą na społecznym egoizmie. Lecz ludzie są już po dekadach doświadczenia i widzą, że to znowu zderzy się z brutalną rzeczywistością. To się po prostu nie sprawdziło. To, co długo było obietnicą lepszego życia, rozbija się o brak porządnie zarządzanego państwa, o niszczenie publicznej edukacji, ochrony zdrowia, brak wizji i planowania. Jeśli nie zrobimy zwrotu w stronę silnych usług publicznych, coraz więcej osób będzie widzieć, że to nie zagra.

Rozumiem, że ten pakiet spraw to wasze sine qua non do potencjalnej dyskusji koalicyjnej po wyborach w 2027 r.  

Mamy bardzo konkretny program i konkretne postulaty. Jesteśmy otwarci na rozmowy – to nie jest tak, że albo dostaniemy teraz, na jutro 8 proc. PKB na ochronę zdrowia albo wychodzimy. Potrzebna jest decyzja kierunkowa. Tak było też w 2023. Jesteśmy realistami, wiemy, że dobrych usług publicznych nie zbuduje się z dnia na dzień. To ciężka praca, ale trzeba wyznaczyć sobie cele – i bez tej kierunkowej decyzji, że naszym celem jest działające państwo z silnymi usługami publicznymi, nie wyobrażam sobie, po co mielibyśmy być w takim rządzie. Żeby zrealizować cele, większość musi zależeć od nas – to tak naprawdę kwestia arytmetyki.

Pokazaliśmy, że mimo tak spolaryzowanej sceny politycznej, są rzeczy, za którymi stoimy twardo. Nawet jeśli tej polaryzacji się to wymyka i oba obozy rzucają się na nas z pazurami. Kompromis jest wtedy, kiedy zamiast dziesięciu kroków w przód robimy trzy albo jeden. Ale nie dwadzieścia kroków w tył. Kompromis to nigdy nie będzie dla nas zgoda na to, co teraz robi rząd – prywatyzacja ochrony zdrowia przez zagłodzenie, zamykanie oddziałów w szpitalach, demontaż publicznej edukacji.

Takich spraw jest wiele, a stoi za nimi proste pytanie – chcemy Polski egoizmu, czy Polski solidarności? Dla Razem ta odpowiedź jest oczywista.

biogram
Aleksandra Owca

polityczka i samorządowczyni. Radna Rady Miasta Krakowa IX kadencji, od 3 grudnia 2024 współprzewodnicząca Partii Razem, kandydatka tej partii na prezydentkę Krakowa