W trakcie niedawnej konferencji prasowej podsumowującej oficjalną wizytę w Szwajcarii dziennikarz TV Trwam zapytał prezydenta Karola Nawrockiego o komentarz Sławomira Cenckiewicza – byłego szefa BBN, bliskiego współpracownika prezydenta – do jego decyzji o wskazaniu na I Prezesa Sądu Najwyższego sędziego Zbigniewa Kapińskiego. Przypomnijmy, że Cenckiewicz na X napisał o „strasznym błędzie”.

Karol Nawrocki nie wyglądał na specjalnie zmieszanego. – Po stronie prezydenta jest podejmowanie najlepszych dla Polski decyzji, a nie zajmowanie się komentarzami czy kwestiami publicystycznymi. Takiej decyzji osobiście dokonałem, biorąc pod uwagę wszystkie kandydatury na prezesa SN. Dokonałbym tej decyzji po raz drugi – oświadczył prezydent. 

Czytaj więcej

Wojna na prawicy o I prezesa SN. Karol Nawrocki zignorował Jarosława Kaczyńskiego

W krytykę nominacji Zbigniewa Kapińskiego zaangażowany był nie tylko Cenckiewicz, ale i prezes Jarosław Kaczyński, który bezskutecznie i publicznie próbował wywrzeć nacisk na Karola Nawrockiego. W tle sporu stoi fundamentalna dla prawicy III RP sprawa lustracji Lecha Wałęsy. Prezydent Nawrocki zignorował część własnego środowiska (członkowie PiS kojarzeni z Mateuszem Morawieckim popierali kandydaturę Zbigniewa Kapińskiego, część „maślarska” innego kandydata) i zdecydował tak, jak już wiemy.

Mechanizm rozstrzygnięcia wygląda na jasny: prezydent dokonał wyboru po analizie wszystkich kandydatur bez oglądania się na polityczne pozycjonowanie. Dodatkowo można odnieść wrażenie, że wywierana presja przez Jarosława Kaczyńskiego stała się najgorszą drogą do uzyskania oczekiwanego efektu w kontaktach z obecnym Pałacem Prezydenckim. 

Nawrocki ws. PIP i Kapińskiego kwestionuje dogmaty III RP. Trudno jednak przewidzieć, co w praktyce zrobi

Decyzja w sprawie nominacji na I Prezesa SN Zbigniewa Kapińskiego to druga z najważniejszych w tym roku podjętych decyzji przez prezydenta. Wcześniej – po rozmowie z minister Agnieszką Dziemianowicz-Bąk, o której sam Karol Nawrocki relacjonował w Kanale Zero – zdecydował wbrew Konfederacji i części PiS, w tym wbrew Przemysławowi Czarnkowi (Czarnek raz publicznie nazwał Nawrockiego swoim przyjacielem, jeszcze w 2024 r.) o podpisaniu ustawy o reformie Państwowej Inspekcji Pracy i odesłaniu niektórych zapisów nowej ustawy do Trybunału Konstytucyjnego.

Podejmując taką decyzję Nawrocki poszedł zdecydowanie pod prąd wolnościowej prawicy, która m.in. wyniosła go do władzy. Rozstrzygnięcie to jest jednak zgodnie z osobistym doświadczeniem, które łączy go z ludźmi w jego wieku (rocznik 1983): wyzyskiem w pracy na umowach zwanych śmieciowymi. Dodajmy, że na takich umowach pracowała również Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, promotorka ustawy o PIP i najbardziej progresywna minister rządu Donalda Tuska.

Doświadczenie nierównych i nieuczciwych standardów zatrudnienia to kwestia pokoleniowa i konstytutywna dla III RP: obowiązujący dogmat o prymacie przedsiębiorczości nad prawami pracowników. Karol Nawrocki zakwestionował go tak, jak w praktyce zrobił to z dogmatem prawicy przy decyzji o nominacji sędziego Kapińskiego: że papierkiem lakmusowym jego kwalifikacji musi być m.in. podejście do Lecha Wałęsy i jego przeszłości.

Czytaj więcej

Karola Nawrockiego dobrze ocenia 35 proc. wyborców prawicy

Warto także odnotować, że prezydent nie chciał, aby Zbigniew Bogucki został kandydatem PiS na premiera technicznego, co przez pewien moment było rozważane. Tym samym i tu Karol Nawrocki postawił na swoim, a Jarosław Kaczyński został zmuszony odpuścić cały pomysł. 

Prezydent konsekwentnie realizuje plan, choć nie jest jasne, co oznacza on dla długofalowej wizji sprawowania urzędu. Pewne jest to, że nie wpisuje się on w dawny duopol PO-PiS. Prezydent ma do tego narzędzia, jak żaden inny polityk po 2005 roku, może poza Szymonem Hołownią. Były marszałek Sejmu był jednak częścią sejmowej koalicji Donalda Tuska i zanim się zorientował, co to w praktyce oznacza – po słynnej koalicji u Adama Bielana – było już za późno.

Obecny prezydent zaczyna w innej sytuacji. Ma swój algorytm: działanie aktywne, kreatywne, a nie reaktywne, poza warszawską bańką i jej salonami, w imię wyborców prawicy, PiS i Konfederacji, ale też niepartyjnej, „milczącej większości”, która oczekuje rozwiązywania spraw, jak choćby problemy na rynku pracy. Karol Nawrocki ma też prezydencki samolot, insygnia władzy, weto, orędzia, zespół sprawdzonych doradców i relację z Donaldem Trumpem. To wszystko asy w jego rękawie. Rok po zwycięstwie w II turze wyborów prezydent jest najpopularniejszym polskim politykiem w sondażach CBOS.

Prawdziwym wyzwaniem dla prezydenckiego algorytmu – który chociaż znany, niczym LLM nie generuje przewidywalnych wcześniej rozwiązań, przez co Karol Nawrocki nadal pozostaje postacią zagadkową dla świata warszawskiej polityki, a nawet dla własnego zaplecza – jest to, co wydarzy się po wyborach do Sejmu w 2027 roku.  

Czytaj więcej

Jaki plan na prezydenturę ma Karol Nawrocki? Ustalenia „Rzeczpospolitej”

Ograniczenia widać w praktyce. Referendum i nie tylko 

Problemy Karola Nawrockiego widać w praktyce, jeśli chodzi o realizację założeń z jego algorytmu. Pierwszy i najbardziej zasadniczy to wychodzenie z reaktywności i brak możliwości do narzucania własnych tematów. Prezydent nie ma swojej większości w Sejmie, więc skazany jest na wetowanie ustaw, czyli na reaktywność. Sprawy tak zasadnicze jak bezpieczeństwo ukazują największe polityczne ryzyko dla głowy państwa. Tak było przy zatwierdzaniu umowy SAFE. Doradcy prezydenta natomiast jasno widzieli od samego początku w sondażach, że „czyste weto” (do czego parł PiS) byłoby wizerunkowym samobójstwem. Prezydent musiał sięgnąć po „trzecią drogę”, czyli przedstawić własną alternatywę – Polski SAFE 0 proc. oparty na NBP. To dało efekt. 

– Na początku wydawało się, że większość opinii publicznej raczej popiera ustawę i jej podpisanie. Dziś to już nie jest tak jednoznaczne. Przybywa osób, które zaczynają mieć wątpliwości - powiedział „Rzeczpospolitej” tuż po wecie prof. Bartłomiej Biskup. Bez „polskiego SAFE” prezydent był przed wyborem: podpisanie SAFE zniszczyłoby jego relację z bazą, a weto bez alternatywy byłoby trudne do wytłumaczenia dla wyborców bliższych centrum. Ostatecznie alternatywa, jaką był Polski SAFE, zmieniła podejście opinii publicznej, jednocześnie unijny wariant stracił na popularności.

Jednak nie zawsze dla prezydenta takie wyjścia są możliwe. Czasami po wecie (jak w przypadku ustawy o pomocy Ukraińcom w ubiegłym roku) prezydent od rządu dostaje później wersję poprawioną ustawy, którą może podpisać, co łagodzi cały efekt pierwotnego sprzeciwu. Czasami, jak przy regulacji kryptoaktywów, wojna trwa bez końca. Tak czy owak, weta zużywają, bo każde daje wrażenie u części wyborców, że prezydent jest uwikłany w konflikt. Nieważne jaki. Nawet jeśli to nie on wybiera tematy, jak przy szybkich rozwodach, psach na łańcuchach czy związkach partnerskich.

Czytaj więcej

Sondaż: Karol Nawrocki przegrywa z Aleksandrem Kwaśniewskim i Lechem Kaczyńskim

Na szczęście dla samego prezydenta rząd nie realizuje sugestii PSL i Władysława Kosiniaka-Kamysza, który od samego początku w kuluarach proponuje, aby zasypywać prezydenta niewygodnymi dla niego projektami ustaw, których wetowanie byłoby politycznie kosztowne. Nie takich, które są jawnie progresywne, ale centrowych, które tak czy owak byłyby albo sukcesem rządu, jeśli weszłyby w życie, albo skleiłyby prezydenta z centrum. Tak czy owak obecnego luksusu w relacjach z rządem prezydent może nie mieć po 2027 r., jeśli obecna koalicja utrzyma władzę. 

Drugi problem dotyczy wykonania pomysłów, które realizują prezydencki algorytm. Rada ds. Nowej Konstytucji była może i dobrym pomysłem, ale prezydent powołał do niej Julię Przyłebską, symbol toksycznego łamania praworządności po stronie PiS. Nawet politycy Polski 2050 – partii najdalej dziś od Tuska w całej koalicji – w kuluarach przyznawali, że może by i się włączyli w jej prace, ale osoba Julii Przyłębskiej to uniemożliwiła. Referendum w sprawie Zielonego Ładu brzmiało nieźle jako próba wyjścia z inicjatywą w rezonującej dla wyborców sprawie, ale pomysł spaliło odrzucone przez opinię publiczną (co było widać w sondażu dla „Rzeczpospolitej”) pytanie i jego konstrukcja. Dlatego prezydent sam zasygnalizował niedawno, że powtórzy pomysł referendum z innym pytaniem.

Rada ds. Nowych Mediów – brzmiało nieźle, ale powołanie do niej Pawła Swinarskiego wygenerowało dużo więcej negatywnych nagłówków niż cokolwiek innego. Prezydent i jego doradcy mogą ignorować takie nagłówki jako „warszawską bańkę”. Ale wrażenie, że Kancelaria popełniła jednak istotny wewnętrzny błąd przy sprawdzaniu kandydatów pozostało, zwłaszcza że ostatecznie Swinarski w Radzie pozostał. 

Prezydent Karol Nawrocki podczas szczytu B9 w Bukareszcie, 13 maja 2026 r.

Prezydent Karol Nawrocki podczas szczytu B9 w Bukareszcie, 13 maja 2026 r.

Foto: Inquam Photos/Malina Norocea via REUTERS

Trudna dla prezydenta i jego kancelarii okazuje się też, w świecie nieustannej komunikacji, realizacja pomysłu, że nie można reagować na tematy dnia. W praktyce, gdy takie tematy generował prof. Sławomir Cenckiewicz jako szef BBN ze względu na brak poświadczeń bezpieczeństwa i sporu sądowego o nie, to w samej Kancelarii po kilku miesiącach zauważano, że „tak dalej nie da się funkcjonować”. Cenckiewicz ostatecznie złożył dymisję – i miał to zrobić z własnej inicjatywy, z poczucia lojalności wobec prezydenta. Sam wtedy mówił, że tłem tego było „bezprawne działanie” rządu Donalda Tuska. „Swoją decyzję przemyślałem i podjąłem ją w odpowiedzialności za państwo, którego jeden z ważnych urzędów – Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, został poddany brutalnej ingerencji i presji ze strony rządu Donalda Tuska” – napisał Cenckiewicz, kilka tygodni przed awanturą ws. Kapińskiego. Wszystko to oczywiście w tle tego, że większość tematów w Warszawie rzeczywiście różni się od tego, czym na co dzień zajmują się wyborcy średnio lub słabo zainteresowani polityką.  

Dylemat prezydenta i pytanie o to, co jest celem algorytmu 

To oczywiste, że ogólnym celem prezydenta poza zmianą Konstytucji (co prezydent sam zapowiedział już 6 sierpnia 2025 r.) jest doprowadzenie do reelekcji w 2030 r. Mniej oczywiste jest to, jaki scenariusz z punktu widzenia Kancelarii jest lepszy po 2027 r.: rządy prawicy czy utrzymanie w tej czy innej formie władzy premiera Tuska i KO. Prezydent sam deklaruje, że trzyma się daleko od partyjnej polityki.

– Prezydent jest od tego, aby troszczyć się o państwo, o naród, o wspólnotę. Ja zawsze pozostawałem daleko od pragmatyki takiej typowo partyjnej. Jak państwo wiecie, jak panowie redaktorzy wiedzą, nie byłem nigdy członkiem żadnej partii politycznej, więc ja oczywiście znam ruchy na scenie politycznej, ale nie przeżywam ich zanadto, bo mam wiele innych zadań – mówił niedawno w Kanale Zero pytany o konflikt w PiS. I z tego punktu widzenia pomysły, że stworzy teraz sam jakiegoś rodzaju partię prezydencką, wydają się w tej chwili absurdalne. Politycy PiS w kuluarach zauważają za to, że prezydent nie jest też w praktyce w tym momencie zaangażowany we wsparcie partii. Trzyma raczej personalny dystans. – Obawia się uwikłania – to teza z połowy maja 2026 jednego z najważniejszych polityków PiS. I to mimo że cele, wartości: zmiana Konstytucji, reforma UE, sprawy światopoglądowe itd. są bliższe prawicy, oczywiście. 

Czytaj więcej

Nie milkną echa wyboru nowego I Prezesa SN. Bogucki o wpisie Cenckiewicza

Algorytm prezydenta ma działać długoterminowo. Z punktu widzenia jego politycznej przyszłości najważniejsza wydaje się obecnie reelekcja w 2030 i później – po 2035 – udział w nowym rozdaniu na prawicy, już po ostatecznej śmierci duopolu PO-PiS. Czy droga do tej reelekcji wiedzie przez zwycięstwo prawicy w 2027 r.? Wtedy to prezydent mógłby – a to jest dziś omawiany w Warszawie, chociaż nie w Kancelarii, scenariusz – wskazać jako kompromisowego kandydata na premiera dla wszystkich sił tworzących nowy prawicowy rząd kogoś z własnego otoczenia. Ale wtedy wziąłby za taki rząd pośrednią odpowiedzialność, nawet jeśli zmieniłby system w półprezydencki w praktyce. I dałby na 2030 r. nowej opozycji argument odwrotny do tego, który miał wpływ na jego sukces w 2025 r.: że cała władza nie może być w rękach jednej opcji. Z drugiej strony: sukces Tuska w 2027 r. ożywi cały obóz koalicyjny i może doprowadzić do zużycia (weta, wojna z rządem) prezydenta przez kampanię reelekcyjną. Dlatego nie jest jasne, czy algorytm Nawrockiego dziś ma wytworzyć sytuację, w której prezydent jawnie wspiera obalenie obecnej koalicji i doprowadzi do jej porażki, czy też zachowuje większą powściągliwość. Zwłaszcza że Pałac Prezydencki pilnuje, by nie było realnych przecieków ze środka. Zagadka rośnie tym bardziej. 

Pewne jest za to, że rok po sukcesie wyborczym, który zniszczył w praktyce kluczowe plany Donalda Tuska i doprowadził rząd do obecnej sytuacji, Karol Nawrocki pozostaje najpopularniejszym politykiem w sondażu zaufania CBOS. Ma 48 proc. Ale sondaże same w sobie – co jego doradcy sami wiedzą – nie są żadnym celem. Cele prezydenta zna najpewniej tylko on sam. Tak jest też z LLM-ami i algorytmami: widać tylko to, co jest efektem. A nie to, co dzieje się w środku.