Referendum w Krakowie budzi skrajne emocje. 24 maja 2026 r. mieszkańcy odwołali rządzącego prezydenta miasta. W debacie publicznej jedni twierdzą, że powodem były konkretne decyzje władz. Inni uważają, że przyczynił się do tego niski próg frekwencji koniecznej do odwołania organu wykonawczego w Krakowie – niecałe 27 proc. Kolejni widzą głównie negatywną i „kłamliwą” kampanię organizatorów referendum i nieograniczone limitem pieniądze na kampanię referendalną.
W końcu zaś pojawia się dyskusja o zmobilizowaniu chętnych do głosowania w referendum przez internetowe profile wspierające Koalicję Obywatelską. Miały one promować brak aktywności w referendum. Wyszło odwrotnie. Również dlatego, że przez sam fakt zabierania głosu, podbijały temat referendum i zwiększały jego widoczność w sieci. A także przez to, że mobilizacja do protestowania jest łatwiejsza, niż mobilizacja do budowania.
Może po prostu zbiegły się wszystkie te czynniki? Ważniejsze czy płynie z tego jakaś lekcja. A raczej lekcje. Bo jakoś mam wrażenie, że zupełnie inne będą one dla partii politycznych ze sceny ogólnopolskiej, a inne dla mieszkańców miast i wsi oraz organizacji interesujących się demokracją. Jeśli jednak myślimy o jej jakości, to może nadszedł dobry moment na zmiany prawa, które zadowolą wszystkich?
Znów okazuje się, że ludzie są normalni
W obawie, że czekać nas może seria referendów odwoławczych, do których nawoływać będą partie polityczne, by ćwiczyć mobilizację zwolenników, 24 maja pojechałam do Krakowa by obserwować głosowanie i liczenie głosów.
Chciałam wyczuć atmosferę. Wróciłam z przekonaniem, że nie było żadnego szału referendalnego, ale była pewna stanowczość w przychodzących do urn osobach. Były w różnym wieku, różnej płci i przychodziły w różnych porach. Do samego końca – jeszcze na minutę przed zamknięciem lokalu – pojawiali się wyborcy. Tam, gdzie obserwowałam głosowanie, ludzie ewidentnie wiedzieli po co przyszli.
Czytaj więcej
Instytucja referendum, która w założeniu ma być obywatelskim bezpiecznikiem, coraz częściej staje się ustrojową pułapką i narzędziem politycznego r...
Czy to oznacza, że nie byli „zmanipulowani” i „okłamani”? Niekoniecznie. Ale zastanawiam się jakie znaczenie ma komentowanie, że Polacy nie rozumieją rzeczywistości? Może dla odmiany, warto w czasie pomiędzy wyborami, okazać nieco szacunku wyborcom?
Nie lekceważyłabym kwestii godnościowej
Ponad 10 lat temu, jeden z lokalnych watchdogów opowiadał mi, jak został zmobilizowany do działania. To było na terenach wiejskich. Tereny dość bezludne, domy daleko od siebie. Przyszła do niego sąsiadka z informacją, że mają stawiać wiatraki „koło domów” To był informatyk pracujący dla koncernu międzynarodowego. Jako człowiek racjonalny poszedł zasięgnąć informacji w urzędzie. A został potraktowany jak idiota. Opowiadając mi to ze szczegółami zakończył słowami – i tak stworzyli sobie problem.
Z kolei w 2020 r. w gminie Ścinawa powstał komitet referendalny ds. odwołania rady gminy. Jeszcze podczas zbierania podpisów, na stronie gminy ukazał się paszkwil przewodniczącego rady – Marka Andrzeja Szopy – wymierzony w inicjatorów referendum. Napisane to było prostym i dość bełkotliwym językiem, np. „(…) w polityce i w życiu pojawiają się »żebracy« z pełną świadomością oszukujący, wyciągający rękę po jałmużnę, nie dlatego, że im czegoś brakuje, ale dlatego, że mają charakter zwykłego oszusta. (…)”.
Czy ktoś z czytelników jest w stanie sobie wyobrazić, że czyta o sobie coś takiego na stronie samorządu, którego teoretycznie jest członkiem? Bo – dla przypomnienia – samorząd to wspólnota mieszkańców. A nie władza samorządowa. Ów przewodniczący rady zadbał o to, by jego przemyślenia dotarły do wszystkich mieszkańców. Zostały one wydrukowane w gazecie finansowanej przez samorząd – w Wiadomościach Ścinawskich. Był to wywiad – zatytułowany „Czy Gmina potrzebuje Referendum?” z 4 czerwca 2020 r. Świetna data, swoją drogą.
Czytaj więcej
Kraków czeka na wybory przedterminowe i nowego prezydenta. Możliwe, że w innych dużych miastach też dojdzie do prób odwołania włodarzy. Najbliżej j...
Sieć Obywatelska Watchdog Polska zwracała uwagę redakcji, że warto zapytać o zdanie inicjatorów referendum. Otrzymała odpowiedź: Redakcja nie zamierza stanowić narzędzia w walce pomiędzy stronami powstałego w Ścinawie konfliktu. Celem, jaki przyświeca dziennikarzom jest przedstawianie zdarzeń w jak najbardziej obiektywnym świetle.
A ostatnio w Ciechocinku, w którym zabrakło tylko 28 głosów do odwołania prezydenta w referendum, w gminnych mediach społecznościowych, osoba związana z władzą lokalną napisała o Zielonych Kujawach – aktywnej i wyróżniającej się organizacji ekologicznej – że są „ekologicznymi d.z.i.w.k.a.m.i”. Niby to tylko komentarz, nawet został usunięty przez autora, ale władza lokalna nie uznała, że należy w jakiś sposób zareagować stanowczo i powiedzieć, że to niedopuszczalne.
Debata publiczna. Dlaczego obywatele są sami?
Czasy się zmieniają i nie wystarczy lekceważyć takich sytuacji jako odosobnionych. Zwłaszcza, że odosobnione nie są. Im bardziej pod wpływem referendum w Krakowie duże media i partie polityczne będą zajmować się zagrożeniami, jakie płyną z referendów dla demokracji, tym bardziej osoby próbujące coś zmienić w mniejszych miastach i gminach będą czuły się wykluczone z debaty publicznej.
Dostają sygnał – nie podoba ci się władza, zmień to w wyborach. W wyborach zaś okazuje się, że lokalna gazeta finansowana przez samorząd prowadzi propagandę o krainie mlekiem i miodem płynącej. I te same osoby, które dziś grzmią o manipulacji ludzkimi umysłami w referendum w Krakowie, twierdzą, że – przecież te gazety samorządowe są takie ważne dla mieszkańców. Z nich dowiadują się rzeczy, o których prasa komercyjna nie napisze. A w ogóle to na terenach wiejskich nie ma prasy komercyjnej. Więc nie wylewajmy dziecka z kąpielą.
Czytaj więcej
Zniesienie wymogu frekwencji dla ważności referendum nie byłoby wcale złym rozwiązaniem. Wszyscy aktorzy – zarówno opcja „za”, jak i „przeciw” – mu...
Moim zdaniem rzeczywiście może być więcej prób zorganizowania referendów. Pytaniem jest, czy będą skuteczne. Andrzej Andrysiak na swoim Kanale Lokalnym bardzo ciekawie to omawia. W skrócie – w mniejszych miejscowościach, gdzie samorząd jest znaczącym pracodawcą – referenda raczej skuteczne nie będą. Głównie dlatego, że głosowanie de facto nie jest tajne. Przy strategiach podejmowanych przez władze samorządowe, zniechęcających do udziału w referendum, pójście do urn czy podpisanie się pod inicjatywą referendalną jest głosem na tak, a informacja jest dla władzy czytelna. W większych miastach może z kolei być trudno o wzbudzenie wystarczających emocji społecznych. Same pieniądze nie wystarczą.
Tradycyjnie w debacie pojawia się też propozycja zniesienia progu w referendum odwoławczym. Andrzej Andrysiak wskazuje, że skoro już i tak ma się dziać takie referendum, warto wykorzystać je do dyskusji o stanie gminy. Dzięki temu zwiększy się świadomość mieszkańców, ale także ich zaangażowanie.
Ja bym dodała jeszcze przepisy zwiększające kontrolę nad finansowaniem kampanii referendalnej. Mamy tu zresztą klasykę omijania przepisów. Teoretycznie niemożliwe jest nadużywanie zasobów publicznych w kampanii referendalnej. Przepisy ustawy o referendum lokalnym zabraniają organom jednostki samorządu terytorialnego oraz członkom tych organów uczestniczenia na koszt jednostki samorządu terytorialnego w kampanii referendalnej związanej z referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu terytorialnego przed upływem kadencji (Art. 28 ust. 2). Opisywane publikacje ze Ścinawy pojawiły się, gdyż już były zbierane podpisy, ale jeszcze nie było oficjalnej kampanii. Jak widać wszystko da się zrobić. Również brak limitu wydatków na finansowanie kampanii może stanowić zagrożenie dla równości debaty.
Referendum lokalne nagle stało się przedmiotem zainteresowania elit
Referendum lokalne nagle stało się przedmiotem zainteresowania elit. Celowo używam tego słowa, choć do tych umownych elit zapewne należę. Ale nic mnie tak nie wkurza, jak ślepota własnej grupy. Skoro już rozmawiamy o referendum, zobaczmy nie tylko, jak ono zabija demokrację i jest narzędziem manipulacji. A taka jest w tej chwili retoryka. Pomyślmy o tym, jak może ono stać się narzędziem angażowania, przywracania ludziom wiary w sprawczość i dawania władzom lokalnym poczucia, że muszą liczyć się z mieszkańcami.
Czytaj więcej
Czy po odwołaniu Aleksandra Miszalskiego przez kraj przetoczy się „tsunami referendalne” i jak tę sytuację będzie próbowało wykorzystać Prawo i Spr...