Odwołanie prezydenta Aleksandra Miszalskiego zaledwie dwa lata po zaprzysiężeniu oraz ubiegłoroczne, przedwczesne skrócenie kadencji prezydent Agnieszki Rupniewskiej w Zabrzu obnażają poważne niedoskonałości w architekturze polskiej demokracji lokalnej. Instytucja referendum, która w założeniu ma być obywatelskim bezpiecznikiem, coraz częściej staje się ustrojową pułapką i narzędziem politycznego rewanżu.

Czytaj więcej

Dr Karol Wałachowski: W Krakowie panowała atmosfera wrogości i bojkotu referendum

Wybory samorządowe jako pięcioletnia umowa społeczna

Wybory samorządowe często są określane jako pięcioletnia umowa społeczna. Obywatele powierzają kandydatowi mandat, a ten w zamian otrzymuje czas niezbędny na realizację swojego programu. W realiach polskiej administracji, obwarowanej rygorami zamówień publicznych i wieloletnimi cyklami inwestycyjnymi, ten czas jest kluczowy.

Tymczasem próby odwołania włodarza kilkanaście miesięcy po wyborach budzą wątpliwości systemowe. Rzadko są one bowiem reakcją na obiektywny paraliż urzędu czy rażące łamanie prawa. Znacznie częściej wynikają z czystej matematyki wyborczej i chęci zresetowania politycznej gry przez tych, którzy nie pogodzili się z porażką.

Matematyka wyborcza w miastach

Aby zrozumieć, dlaczego lokalne referenda tak łatwo zamieniają się w polityczną broń, trzeba spojrzeć na specyfikę ostatnich wyborów. W wielu polskich miastach ostateczne starcia w II turze kończyły się minimalną różnicą głosów. Nowo wybrany prezydent już pierwszego dnia w urzędzie mierzy się z potężnym, nierzadko 49-procentowym elektoratem negatywnym.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Referendum w Krakowie. KO zaspała. Ma problem nie tylko w tym mieście

Sprawia to, że opozycja chcąca odwołać prezydenta nie musi wcale mozolnie budować szerokiego społecznego sprzeciwu wobec jego polityki. Wystarczy, że utrzyma swoją własną, zmobilizowaną bazę wyborczą w stanie permanentnego napięcia. W takich warunkach procedura referendalna przestaje być narzędziem weryfikacji władzy, a staje się de facto „trzecią turą” wyborów. Dogrywką, która bezwzględnie wykorzystuje fakt, że obóz zwycięzców po udanej kampanii ulega naturalnej demobilizacji.

Referenda lokalne. Bojkot i ustrojowy paradoks

Najsłabszym ogniwem obecnego reżimu prawnego jest mechanizm weryfikacji ważności głosowania. Zgodnie z ustawą o referendum lokalnym, aby odwołanie włodarza było skuteczne, do urn musi pójść co najmniej 3/5 liczby wyborców, którzy wzięli udział w wyborze tego organu. Intencją ustawodawcy było zabezpieczenie stabilności władzy przed zapędami radykalnych mniejszości. Niestety, w praktyce ten wymóg stworzył perwersyjny wręcz system motywacyjny.

Przekształcenie referendum z hamulca awaryjnego w przycisk przedwczesnego resetu ma dewastujące skutki dla funkcjonowania miast.

Zamiast zachęcać mieszkańców do udziału w demokratycznym akcie i oddania głosu „przeciw odwołaniu”, ustawa wymusza na urzędującym prezydencie strategię bojkotu. Najskuteczniejszą taktyką obronną staje się apelowanie do własnych zwolenników, by w dniu referendum zostali w domach. Celem jest zbicie frekwencji poniżej progu ważności.

W ten oto sposób polskie prawo nagradza bierność obywatelską i wypacza samą ideę partycypacji społecznej. Co więcej, jeśli próg frekwencyjny uda się opozycji przekroczyć siłami samego tylko elektoratu negatywnego, dochodzi do ustrojowego paradoksu. Organ wykonawczy zostaje odwołany głosami mniejszości, która przy normalnej, powszechnej frekwencji mogłaby nie wygrać bezpośredniego starcia.

Paraliż w cieniu kampanii

Przekształcenie referendum z hamulca awaryjnego w przycisk przedwczesnego resetu ma dewastujące skutki dla funkcjonowania miast. Groźba rychłego odwołania wywołuje u włodarzy paraliż decyzyjny. Prezydent, mając nad głową widmo zbiórki podpisów, ewoluuje z reformatora w ostrożnego administratora. Unika wtedy decyzji, które są obiektywnie niezbędne dla rozwoju miasta, ale społecznie niepopularne (np. racjonalizacja sieci szkół czy trudne reformy budżetowe).

Czytaj więcej

Władysław Kosiniak-Kamysz: Przy wyborze prezydenta Krakowa zabrakło nam roztropności

Równocześnie machina urzędnicza, zamiast skupiać się na bieżącym zarządzaniu, przechodzi w tryb obronny i wizerunkowy. Miasto, wstrząsane co kilkanaście miesięcy plebiscytową gorączką, staje się zakładnikiem permanentnej kampanii wyborczej, tracąc przy tym stabilność i wiarygodność w oczach inwestorów oraz instytucji finansujących.

Bezpośrednia demokracja lokalna to fundament społeczeństwa obywatelskiego, ale jej narzędzia nie mogą stanowić systemowej zachęty do instytucjonalnego sabotażu. Obserwowane w ostatnich miesiącach samorządowe tąpnięcia to jasny sygnał dla ustawodawcy. Bez nowelizacji przepisów kolejne spolaryzowane politycznie polskie miasta mogą tonąć w cyklu wyniszczających, politycznych rewanżów.

Autor jest prawnikiem, praktykiem administracji publicznej, autorem publikacji z zakresu finansów samorządowych i prawa publicznego