Sonny Rollins był jednym z najwybitniejszych twórców jazzowych i innowatorem tego nurtu. Jego trwająca dziesięciolecia kariera przyniosła mu przydomek „Kolos Saksofonu”.

Nie żyje Sonny Rollins. Miał 95 lat

„Z głębokim smutkiem i wielką miłością informujemy o odejściu Sonny’ego Rollinsa” – napisano w poście na jego profilu w mediach społecznościowych. Jak dodano, artysta zmarł w poniedziałek po południu w swoim domu w Woodstock w stanie Nowy Jork. 

Dokonania artysty przypomina stacja France 24. Pełne energii, a zarazem medytacyjne utwory Sonny’ego Rollinsa uczyniły go ostatnim z wielkich artystów złotej ery jazzu. Odnalazł w muzyce środek do społecznego i duchowego komentarza.

„Jego saksofon tenorowy wyrażał nadzieje Afroamerykanów w ruchu na rzecz praw obywatelskich, żal Stanów Zjednoczonych po atakach z 11 września oraz mistyczną ścieżkę, którą odkrył podczas długich pobytów w Indiach i Japonii” – wspomina France 24.

Rollins urodził się w nowojorskiej dzielnicy Harlem w rodzinie imigrantów z Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych. Należał do panteonu legend saksofonu, takich jak Charlie Parker, Coleman Hawkins i John Coltrane. 

Czytaj więcej

Jazztopad: jazzmani zagrają w mieszkaniach melomanów. Nowa fala jazzu we Wrocławiu

Do ostatnich lat był niezwykle kreatywnym twórcą

Sonny Rollins w przeciwieństwie do wielu artystów z kluczowego dla jazzu okresu powojennego, żył i tworzył długo, cyfrowo odświeżając i dopracowując swoje dzieła jeszcze po osiemdziesiątce, nawet gdy problemy z układem oddechowym ograniczyły jego występy.

W wywiadzie dla agencji AFP Rollins przypisał swoją długowieczność jodze, która pomogła mu się skoncentrować i trzymać z dala od narkotyków oraz alkoholu, ale przede wszystkim swojemu nieustającemu twórczemu głodowi. „Wciąż żyję, ponieważ wciąż się uczę” – powiedział Rollins w wywiadzie z 2016 r. 

Traktował muzykę jako drogę do odkrywania uniwersalnych prawd. Przydomek „Kolos Saksofonu” zyskał po wydaniu swojego przełomowego albumu z 1956 r. o tym samym tytule („Saxophone Colossus”). Nadał wtedy instrumentowi nową jakość i stał się jednym z twórców hard bopu – intensywnego nurtu jazzu, który odrzucał formalne i strukturalne ograniczenia tego gatunku.

Najbardziej ikoniczny obraz Rollinsa pochodzi z początku lat 60., kiedy potrzebując odpoczynku od rosnącej sławy, ćwiczył na Moście Williamsburg łączącym Brooklyn z dzielnicą Lower East Side na Manhattanie. Przez trzy lata grał tam niemal w każdej wolnej chwili, co zaowocowało jednym z jego najbardziej znanych albumów, wydanym w 1962 r. „The Bridge”.

Przez lata swojej kariery Rollins eksperymentował również z innymi gatunkami muzyki. Najbardziej znany był jego gościnny udział na albumie zespołu The Rolling Stones „Tattoo You” z 1981 r. Utwór „St. Thomas”, który stał się jego najpopularniejszą kompozycją zawierał karaibskie rytmy calypso, które słyszał w dzieciństwie.

Czytaj więcej

Jazz Jamboree: Ameryka zagra z Polakami

Inspiracja z „podświadomości” i mocny głos w obronie praw obywatelskich

W 1957 r. Rollins wydał album „Way Out West”, na którym zaprezentował swoją technikę „strolling” – solówki saksofonowe płynące jedynie nad perkusją i basem, bez akordów fortepianu, które tradycyjnie utrzymywały zespoły jazzowe w odpowiedniej tonacji.

„Kiedy gram i improwizuję, nie myślę, ponieważ muzyka pochodzi z podświadomości” – powiedział Rollins w rozmowie z serwisem informacyjnym The Root. „Jestem tylko człowiekiem, więc kiedy gram na moim instrumencie, wchodzę w stan, w którym to muzyka gra mną” – dodał.

Jak przypomina stacja France 24, Rollins nadał muzyce nowy cel za sprawą 20-minutowego utworu z 1958 r. „Freedom Suite”, który nawiązywał do narastającej walki Afroamerykanów o równe prawa. W opisie płyty zamieścił polityczne przesłanie. 

„Ameryka jest głęboko zakorzeniona w kulturze Negro: w jej potocznych zwrotach, humorze, muzyce. Jakże ironiczne jest to, że Negro, który bardziej niż jakikolwiek inny lud może uznać kulturę Ameryki za własną, jest prześladowany i uciskany; że Negro, który samą swoją egzystencją dawał przykład humanizmu, jest nagradzany nieludzkością” – napisał.

Czytaj więcej

Wspaniałe solówki Sonny’ego Rollinsa we Wrocławiu

Kolejny cel dla swojej twórczości Rollins odnalazł po zamachach z 11 września 2001 r., kiedy mieszkał zaledwie sześć przecznic od zniszczonego World Trade Center. Jego koncert, który odbył się kilka dni później w Bostonie, stał się albumem na żywo upamiętniającym ofiary ataku.

W końcówce życia osiadł na farmie w północnej części stanu Nowy Jork. Krytycznie oceniał otaczającą go rzeczywistość. W jednym z wywiadów wspomniał, że w latach 60. on i inni artyści wierzyli, że muzyka może przynieść światu pokój. „Ale potem się przekonałem i pożyłem trochę dłużej” – powiedział agencji AFP. „Zdałem sobie sprawę, że ten świat nigdy się nie zmieni. Ten świat ma być miejscem wojen, zabijania, wszystkiego – chorób, niemocy i śmierci. Taki jest ten świat”.

Czytaj więcej

Legendarny Sonny Rollins otworzy festiwal Jazztopad