Podczas pandemii koronawirusa najczęstszym hasłem w przestrzeni publicznej było „zostań w domu”. Dziś, gdy przeciwnicy Aleksandra Miszalskiego zarzucają miastu „epidemię KOlesiostwa” i w maseczkach odwiedzają ludzi, których prezydent miał wywindować na stanowiska w zamian za poparcie, krakowski magistrat również nawołuje do pozostania w domach. Problem nie leży jednak w samych nawoływaniach do bojkotu ze strony władz – powtarzających się chyba przy każdym referendum lokalnym – ale w fatalnych prawnych regulacjach, w jakich funkcjonować muszą spragnieni demokracji bezpośredniej mieszkańcy, nie tylko w Krakowie.

Czytaj więcej

Cisza referendalna. Przez weekend nie porozmawiamy o krakowskiej polityce

Referendum w Krakowie i nie tylko. Łatwiej bojkotować niż agitować

Zgodnie z przepisami ustawy o referendum lokalnym, aby głosowanie było w ogóle ważne, wziąć w nim musi udział co najmniej 3/5 liczby osób, które głosowały w wyborach. Tak więc, żeby głosowanie ws. odwołania prezydenta miasta było ważne – do urn pójść musi przynajmniej 3/5 z liczby osób, które głosowały w II turze wyborów na włodarza. W Krakowie z urn podczas drugiej tury wyborów na prezydenta miasta wyjęto 264 257 ważnych kart, co sprawia, że do ważności referendum ws. odwołania Aleksandra Miszalskiego potrzeba udziału co najmniej 158 555 osób (a w przypadku rady miasta – 179 792 osób).

I tu pojawia się największy problem całej instytucji lokalnego odwoławczego referendum. O wiele łatwiej jest bowiem przekonać swoich niedawnych wyborców do bojkotu głosowania, niż do tłumnego ruszenia do lokali w ciepły niedzielny dzień – gdy zamiast chodzić po świetlicach i domach kultury w poszukiwaniu swojej urny, można przecież pójść na spacer nad Wisłę lub poopalać się na Zakrzówku, z dala od polityki. Ekipa rządząca Krakowem skrupulatnie korzysta z tego faktu, od samego początku do ostatnich dni kampanii, która kończy się dziś, nawołując do zignorowania referendum. Pojawiają się pełniące rolę straszaka oskarżenia o „brunatność” całej akcji referendalnej, o wpływy ze strony PiS-u czy nawet, a jakże, Rosji – a wraz z nimi kolejne procesy w trybie referendalnym i przeprosiny w mediach lokalnych. Sęk jednak w tym, że władzom Krakowa w tej kwestii w ogóle nie ma się co dziwić.

Czytaj więcej

Dr Karol Wałachowski: Odwołanie prezydenta Krakowa może przerodzić się w referendum przeciwko rządowi

Referenda lokalne: plebiscyt zamiast próby polityczno-społecznej siły

Gdy bowiem na horyzoncie pojawia się referendum lokalne, w jakimkolwiek mieście, politycy i działacze zdeklarowani jako demokraci i miłośnicy woli ludu apelują, by z tej demokracji bezpośredniej – z definicji mającej być najbliżej obywatela – nie korzystać. Nie pierwszy i ostatni raz – za co winę zrzucić należy przede wszystkim na fatalne regulacje ustawy o referendum lokalnym. Gdyby tylko zmienić prawo, tak, by frekwencja nie miała w przypadku referendum aż tak dużego znaczenia, lokalny plebiscyt mógłby przerodzić się w prawdziwą próbę politycznej i społecznej siły.

Przykładowo: obecnie do zorganizowania referendum potrzeba podpisów 10 proc. mieszkańców gminy (w Krakowie – ok. 80 tys. mieszkańców). Gdyby podnieść tę liczbę do np. 20 proc., byłby to wystarczający próg, by zrezygnować z dalszego uzależniania ważności głosowania od frekwencji (w Krakowie oznaczałoby to poparcie ze strony ok. 160 tys. osób, czyli właśnie tylu, ilu potrzebne będzie w niedzielę).

Wówczas obie strony musiałyby skupić się na przekonaniu obywateli, że lepszą opcją jest zagłosowanie w ten czy inny sposób. Włodarze byliby zmuszeni do zmian lub przynajmniej do obietnic, z których realizacji mogliby zostać rozliczeni zaraz potem, w wyborach samorządowych. A ludzie poznaliby prawdziwe, niewypaczone kiepskim prawem oblicze demokracji bezpośredniej.