Wyobraźmy sobie, że trzy tygodnie przed wyborami parlamentarnymi dedykowany do tego urząd centralny wydaje decyzję o wstrzymaniu kampanii telewizyjnej i internetowej jednego z głównych komitetów wyborczych. Albo nie, niech to będzie ostatni tydzień zażartej kampanii… o wszystko. Przygotowywany w tajemnicy spot wyborczy ma być game changerem. Sondaże pokazują, że niezdecydowani wyborcy… zdecydują. Urząd „zaaresztowuje” spot. Wstrzymuje emisję, a komitet wyborczy nie ma już ani środków, ani pomysłu, aby stworzyć i wyemitować zamiennik. Klapa, katastrofa i jak piszą 30-latkowie na X, czyli d. Twitterze „tango down”. Komitet w trybie pilnym zaskarża decyzję organu, ale rozprawa odbędzie się za 7 miesięcy. Nawet gdyby odbyła się za 3 dni, to dzisiejsze decyzje rozpolitykowanych sądów nie wytrzymują presji społecznej. Nie są wyrocznią, nie są wyznacznikiem.
Czytaj więcej
Rzecznik Krajowego Biura Wyborczego Marcin Chmielnicki poinformował, że Państwowa Komisja Wyborcza (PKW) zwróciła się do Agencji Bezpieczeństwa Wew...
Miałem sen…
Tak mógłby ktoś skomentować. To sen, mara nocna. Niemożliwe i to się da przecież inaczej skonstruować. Niestety to niemal pewnik. Senacka Komisja Praw Człowieka i Praworządności rozpoczęła w marcu 2026 r. prace mające na celu wdrożenie unijnego rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/900 o przejrzystości i targetowaniu reklamy politycznej. Należy w tym miejscu podkreślić, że akt ten może być już stosowany bezpośrednio, jednakże kraje członkowskie UE muszą podjąć decyzję, który organ będzie odpowiedzialny za proces sankcjonowania reklam politycznych. A zatem, który krajowy podmiot (PKW, UOKiK czy UKE a może jeszcze inny) otrzyma uprawnienie w istocie do ingerencji w wolność słowa, w kluczowym momencie dla każdej demokracji, czyli podczas kampanii wyborczej. Jak trudny i kontrowersyjny jest to materiał wskazuje sam tekst rozporządzenia, które obejmuje w swojej preambule aż 113 punktów. Sam tekst rozporządzenia to zaledwie 30 artykułów. Unijni legislatorzy przez „większą połowę” tłumaczą, dlaczego ich zdaniem reklama polityczna i targetowanie powinny być objęte ścisłym kołnierzem prawnym.
Reklamą może być wszystko
Prawo unijne (w art. 3 pkt 2 Rozporządzenia) po raz pierwszy zdefiniowało, czym jest reklama polityczna. Jest nią przygotowywanie, zamieszczanie, promowanie, publikowanie, dostarczanie lub rozpowszechnianie w jakikolwiek sposób przekazu, zazwyczaj za wynagrodzeniem lub w ramach działań wewnętrznych bądź w ramach politycznej kampanii reklamowej: przez podmiot polityczny, w jego imieniu lub na jego rzecz (…) lub który może wpływać i ma na celu wpływanie na wynik wyborów lub referendum, zachowanie wyborcze czy też na proces ustawodawczy lub regulacyjny na poziomie unijnym, krajowym, regionalnym lub lokalnym. Reklamą polityczną nie jest zaś informacja będąca komunikatem pochodzącym z oficjalnych źródeł z państw członkowskich lub Unii dotyczącym wyłącznie organizacji i warunków udziału w wyborach lub referendach, w tym ogłoszeń o kandydaturach i przedmiotu pytania referendalnego, lub warunków promowania udziału w wyborach lub referendach. Nie jest nią również komunikacja publicznej, której celem jest oficjalne informowanie opinii publicznej, prowadzonej przez dowolny organ publiczny państwa członkowskiego lub Unię, w tym członków rządu państwa członkowskiego, w ich imieniu lub na ich rzecz, o ile nie może ona wpływać i nie ma na celu wpływania na wynik wyborów lub referendum, zachowanie wyborcze czy też proces ustawodawczy lub regulacyjny, oraz prezentacja kandydatów w określonej przestrzeni publicznej lub w mediach, które to możliwości są wyraźnie przewidziane przez prawo i udostępnione bezpłatnie przy zapewnieniu równego traktowania kandydatów.
W praktyce zaś oznacza to, że reklamą polityczną może być post organizacji ekologicznej o procedowanej ustawie klimatycznej, komunikat stowarzyszenia branżowego o regulacji rynku, wpis fundacji monitorującej wydatki publiczne – a w skrajnej interpretacji: każda wypowiedź obywatela w Internecie dotycząca kwestii będącej przedmiotem debaty parlamentarnej. Kto oceni, czy dany przekaz spełnia to kryterium?
Czytaj więcej
Znane, praktykowane, obserwowane także przez nas są działania związane z operacjami pod fałszywą flagą, z zostawianiem śladów, które wskazują na ko...
Co penalizuje unijne rozporządzenie o przejrzystości i targetowaniu reklamy politycznej?
W punkcie (74) preambuły do rozporządzenia czytamy, że wprowadzająca w błąd lub niejasna reklama polityczna stanowi zagrożenie, ponieważ wpływa na podstawowe mechanizmy umożliwiające funkcjonowanie naszego demokratycznego społeczeństwa. Nie jest to legalna definicja, ale roi się w niej od pojęć i stwierdzeń nieostrych i niejednoznacznych. Na bazie jakiego testu organ (jaki?) stwierdzić ma, że dany przekaz jeszcze nie rodzi zagrożenia, a kiedy zjawisko to się krystalizuje? To sytuacja niejako jak z filmu Stevena Spielberga „Raport mniejszości”, gdzie w 2054 r. waszyngtoński wydział specjalny (pre-crime) aresztuje morderców zanim popełnią przestępstwo? Film – przypomnę – z 2002 r.! Rozporządzenie, które, jak wskazałem, aplikuje się bezpośrednio, wskazuje szereg naruszeń, które skutkować mogą sankcją finansową. Są wśród nich: brak oznaczenia materiałów wyborczych, ingerencja w wybory ze strony podmiotów lub obywateli państw trzecich, którzy mogą sponsorować reklamę polityczną w Unii (punkt (33) preambuły).
Czytaj więcej
Kandydaci z pominięciem komitetów wyborczych płacą za reklamy w internecie. To nielegalne, jednak szanse na ukrócenie tego są znikome.
Sankcje z efektem mrożącym
Rozporządzenie, a co za tym idzie polska ustawa, nie będą bezzębne. Artykuł 25 Rozporządzenia wprowadza drastyczne sankcje. Zgodnie z nim państwa członkowskie ustanawiają przepisy dotyczące sankcji lub w razie potrzeby innych środków mających zastosowanie do sponsorów lub dostawców usług reklamy politycznej, gdy ci naruszą reżim reklamy politycznej. Unijni legislatorzy wskazują przy tym, że sankcje muszą być skuteczne, proporcjonalne i odstraszające, ale też należy przy ich wymiarze uwzględniać zasady regulujące wolność prasy i wolność wypowiedzi w innych mediach oraz zasady i kodeksy regulujące zawód dziennikarza. Kary są jednak dotkliwe, gdyż maksymalna wysokość kar finansowych, jaką można nałożyć, jest obliczana na podstawie potencjału gospodarczego podmiotu podlegającego sankcjom i wynosi 6 proc. rocznego dochodu lub budżetu sponsora lub dostawcy usług reklamy politycznej lub 6 proc. rocznego światowego obrotu sponsora lub dostawcy usług reklamy politycznej w poprzednim roku finansowym. W przypadku mediów może to zachwiać stabilnością finansową gigantów.
Czy PKW dźwignie obowiązek?
Wracając do prac w Senacie, należy wskazać, że głównym zagadnieniem, jakie stoi przed wyższą izbą parlamentu jest wskazanie organu, który będzie egzekwował wykonanie rozporządzenia i polskiej ustawy. Marcowe posiedzenie senackiej komisji rozpoczęło bowiem prace nad projektem ustawy o organach właściwych i postępowaniu w sprawach reklamy politycznej oraz odpowiedzialności za naruszenie obowiązków w tych sprawach (tytuł zapewne roboczy). Jak wskazywał przewodniczący komisji senator Marcin Karpiński, chodzi przede wszystkim o doprecyzowanie, które podmioty krajowe będą odpowiedzialne za realizację rozporządzenia. I dodawał, że powinny to być podmioty krajowe zajmujące się sprawami wyborczymi, nadzorem nad rynkiem elektronicznym czy ochroną danych osobowych. Po kilku tygodniach prac, analiz, wymiany poglądów wydaje się, że sprawa zmierza w kierunku powierzenia tej misji Państwowej Komisji Wyborczej, która broni się przed tym obowiązkiem. Przedstawiciele PKW słusznie wskazują, że jest to wikłanie najwyższego organu wyborczego w walkę polityczną i nadzór nad procesem, co do którego nie ma po prostu zasobów. Jak wskazał w swoim wystąpieniu (adresowanym do Senatu) z 10 kwietnia 2026 r. Sylwester Marciniak, przewodniczący PKW, przyjęcie takiego rozwiązania godzi w wiarygodność procesów wyborczych w Polsce, w system kontroli finansowania partii politycznych i kampanii wyborczych, a zatem także w pluralizm polityczny, destrukcyjnie wpływając na fundamentalną potrzebę zagwarantowania możliwie największej niezależności organów wyborczych i izolowania ich od bieżących sporów politycznych. I dalej podnosi, że powierzenie Komisji tych zadań prowadziło będzie nieuchronnie do podważania wiarygodności tego organu, jego legitymacji jako odpowiedzialnego za przeprowadzanie podstawowych procesów w państwie demokratycznym, tj. procesów wyborczych. Marciniak podkreśla, że perspektywa ta w żaden sposób nie może zostać uznana za przesadzoną, mając na uwadze charakter i temperaturę sporów politycznych w Polsce, w połączeniu z w pełni polityczną materią, której ocena i sankcjonowanie miałyby zostać powierzone PKW.
Czytaj więcej
Ośrodek Analizy Dezinformacji NASK alarmował 14 maja, że zidentyfikował reklamy polityczne na Facebooku, które mogą być finansowane z zagranicy. We...
Sprawą zająć się trzeba
Nie jestem przeciwnikiem regulacji reklamy politycznej. Dobrze, aby proces wyborczy był nieskażony zagranicznymi wpływami czy środkami. Oba te rodzaje ingerencji powinny być sankcjonowane. Rzecz jednak w tym, że nie mogą kolidować z wartością wyższą, o ile nie najwyższą, w demokratycznym państwie prawa, czyli wolności słowa. Nad regulacją należy myśleć, analizować jej mocne i słabe strony. Organ nadzoru należy powołać w konsensusie i dialogu, a nie narzuceniu tej roli PKW. Należy to być może zrobić, dokonując doposażenia, pozyskując specjalistów, narzędzia i może wreszcie siedzibę dla PKW, gdyż ta od 35 lat gnieździ się w budynku gościnnej Kancelarii Prezydenta RP przy Wiejskiej. Ponadto regulacja w zakresie reklamy musi być wyposażona w gwarancje proceduralne. W mojej ocenie obecny skład PKW nie gwarantuje, że uprawnienia nadzorcze byłyby we właściwych rękach. To moja opinia i jako były członek Komisji mam do niej pełne prawo.
Ale projekt senacki potrzebuje dodatkowo jednej arcyważnej rzeczy, by nie stać się dobrym i poręcznym instrumentem: ustawowego 48-godzinnego trybu sądowej kontroli każdej decyzji o wstrzymaniu reklamy politycznej w toku kampanii wyborczej. Jeżeli ma być to knebel, to taki, z którego da się oswobodzić w niezawisłym sądzie. Hmm, no właśnie…
Autor jest radcą prawnym, byłym warszawskim samorządowcem i byłym członkiem Państwowej Komisji Wyborczej (2020–2024)