Nowy film Zwiagincewa zrobił na mnie duże wrażenie. „Minotaur” teoretycznie jest remakiem „Niewiernej żony” Claude’a Chabrola – opowieści o mężczyźnie, który podejrzewa żonę o zdradę. A jednak historia z „Minotaura” jest zupełnie inna. Bo reżyser umieścił ją w Rosji, na dodatek w 2022 r., na początku napaści na Ukrainę.

Reklama
Reklama

Zwiagincew w Cannes: „Minotaur”, czyli historia zdradzanego męża

 „Minotaur” to powrót Andrieja Zwiagincewa do kina. Przede wszystkim jednak do życia. Podczas pandemii, po przyjęciu rosyjskiej szczepionki „Sputnik”, reżyser przez 40 dni leżał w śpiączce. Po wybudzeniu przez rok wracał do zdrowia. Nie chodził, był karmiony, bo nie mógł utrzymać w dłoni łyżki. W 2023 r. wyjechał na rekonwalescencję do Francji. Trwała wojna z Ukrainą. Nie wrócił do Rosji. 

Jestem zafascynowany związkiem między rzeczywistością a fikcją, tak jak jestem zafascynowany pochodzeniem kreatywności. I to pytanie staje się głównym tematem mojego filmu. Debata, jakie są granice czerpania faktów z otoczenia, wciąż powraca. Ale nie ma tu ograniczeń prawnych, to wyłącznie kwestia etyki

Pedro Almodovar

W „Minotaurze” Rosję zagrała Łotwa. A więc dom pięknie położony w lesie pod miastem. Nowoczesny, luksusowy, ale chłodny. Trochę jak z katalogu. Gleb jest zamożnym biznesmenem, szefem wielkiej firmy. Jego żona Galina nie pracuje, wychowuje małego syna. Ale między małżonkami panuje coraz większy chłód. Galina jeździ do miasta, znika na wiele godzin. Gleb już wie – żona ma kochanka, fotoreportera. Nie będzie miał dla niego litości, zabije go własnymi rękami. A scena nieudolnego sprzątania mieszkania jego ofiary z krwi jest majstersztykiem. 

Czytaj więcej

Tokarczuk flirtowała z AI, pisząc nową powieść. Kto wykryje owoce złego romansu?

Zwiagincew nawiązuje aurą do słynnego „Lewiatana” 

Ale reżyser, który jako czterdziestolatek, w 2003 r. podbił świat kina „Powrotem”, nie robi – jak Chabrol – filmu o mieszczańskiej moralności. „Minotaur”, podobnie jak jego poprzednie obrazy, ma mocny wydźwięk polityczny. 

W znakomitej „Elenie” bohaterowie Zwiagincewa byli gotowi na każde draństwo, żeby wyjść z betonowego Birulewa, slamsu na obrzeżach Moskwy i wprowadzić się do luksusowego apartamentowca. Zwiagincew pokazał inwazję barbarzyńców. Lumpów, którzy rozwalą się na cudzej skórzanej kanapie, rozwiną z papieru kiełbasę i będą bezmyślnie zmieniać kanały telewizora, zachowując się tak, jakby wszystko się im należało.

Małżeństwo z „Niemiłości” było o szczebel wyżej. Ale czy wystarczy włożyć garnitur i zatrudnić się w korporacji, żeby stać się kimś „lepszym”? Jeszcze inną Rosję, prowincjonalną, Zwiagincew sportretował w „Lewiatanie”. Pokazał kraj skorumpowany, utopiony w hektolitrach wódki, pełen hipokryzji. Miejsce, gdzie władza czuje się bezkarna, a mer miasteczka jest szują, nieukrywającą powiązań z biznesem. Gdzie życie ludzkie się nie liczy, prawda nie istnieje, cel uświęca środki, od zwykłego człowieka odwraca się nawet Bóg. A już na pewno jego ziemscy przedstawiciele.

Czytaj więcej

„Historie równoległe” poległy w Cannes

„Minotaurowi”, choć jego akcja toczy się w luksusowym domu i nowoczesnym biurze, najbliżej jest właśnie do „Lewiatana”. Bo Zwiagincew pokazuje kompletną bezkarność obywateli „lepszego sortu”, zapewnioną wysokimi łapówkami. Skorumpowanie władzy, bezsilność milicjantów, którym jedno zdanie przełożonego zamyka śledztwo. A wreszcie, okrucieństwo faceta z pieniędzmi, który bez zmrużenia oka pozbywa się niewygodnych ludzi.

Poza tym jest wojna, z przedsiębiorstwa musi zgłosić 14 osób do wojska. Wystarczy więc wypełnić ankietę i zakleić kopertę, by wyprawić na front niewygodnego pracownika. Zakłamanie, brak skrupułów, poczucie bezkarności zagwarantowane dzięki wielkim pieniądzom wylewa się z ekranu. 

Pedro Almodovar i jego rozterki

Zwiagincew w „Minotaurze” mierzy się ze skorumpowanym, przerażającym światem. Almodovar – z samym sobą. Z prawem artysty do wykorzystywania innych, do sięgania do ich życia, wysysania z nich opowieści dla swojej twórczości. Ale też sprzedawania siebie samego.

Jego „Bitter Christmas” rozgrywa się w dwóch planach czasowych. Na początku XXI wieku osadzona jest historia Elsy – młodej reżyserki spotów reklamowych, która nie może się podnieść po śmierci matki. Jednego dnia, w nocnym klubie, występ w jednej ze swoich produkcji proponuje spotkanemu tam striptizerowi.

Chłopak na co dzień pracuje jako strażak, w klubie dorabia. Parę połączy romans, ale w tej opowieści pojawią się również dwie inne kobiety. Jedna z nich podejrzewa swojego męża o zdradę, druga – opłakuje śmierć syna.

Bohaterem współczesnej historii jest reżyser i scenarzysta, który przeżywa blok twórczy. I nagle zaczyna pisać. Jakby wracał do tamtej historii sprzed lat. Czy Elsa jest jego alter ego? Czy ma prawo wykorzystywać bolesne historie ludzi w swojej twórczości?

Jego przyjaciel namawia go do skończenia dzieła. Asystentka Monica właśnie wzięła trzymiesięczny urlop, by zaopiekować się przyjaciółką, która straciła syna. Ale Monica zabrała ze sobą do przeczytania maszynopis szefa i teraz, po przeczytaniu jego fragmentów, jest do głębi oburzona. 

Jestem zafascynowany związkiem między rzeczywistością a fikcją, tak jak jestem zafascynowany pochodzeniem kreatywności.

Pedro Almodovar

Filmy o prawie artysty do czerpania z życia bliskich mu osób są tematem powracającym w twórczości wielu artystów. Od Felliniego i Bergmana zaczynając, na Woodym Allenie kończąc. I zawsze pojawiają się u nich te same pytania, co w ostatnim filmie Almodovara: o moralność artysty, o ranienie ludzi, którzy znajdują się w jego orbicie, o próby pokonania twórczych niemożności bez liczenia się z ceną, jaką inni muszą za to zapłacić. Recenzent „Financial Times” pisał wręcz o „twórczym wampiryzmie”. 

– Jestem zafascynowany związkiem między rzeczywistością a fikcją, tak jak jestem zafascynowany pochodzeniem kreatywności. I to pytanie staje się głównym tematem mojego filmu. Debata, jakie są granice czerpania faktów z otoczenia, wciąż powraca. Ale nie ma tu ograniczeń prawnych, to wyłącznie kwestia etyki – mówi sam Almodovar i dodaje:

– Ja zawsze dbałem o to, aby nie skrzywdzić ludzi, którzy są jakoś odzwierciedleni w moich filmach. Na szczęście nikt nie miał do mnie pretensji, nigdy nie miałem takiej konfrontacji jaką ma moje alter ego w filmie.

Czytaj więcej

Wspaniały Zwiagincew

Nie ulega wątpliwości, że „Bitter Christmas” jest obrazem na swój sposób odważnym: ekshibicjonistycznym i bolesnym. A czy jest dziełem wielkim? Nie. Jeden z najlepszych europejskich krytyków – Peter Bradshaw z brytyjskiego „Guardiana” dał filmowi Almodovara trzy gwiazdki na pięć. I to pewnie słuszna nota. 

„Bitter Christmas” jest na pewno dziełem ciekawym, ale jak na mój gust za bardzo skupionym wyłącznie na sobie. Sztuka nie musi przejmować roli dokumentu czy reportażu, ma prawo skupić się na drgnieniach i rozterkach duszy. Ale w dzisiejszym, niespokojnym świecie szukam na ekranie refleksji na temat kondycji człowieka uwikłanego w rzeczywistość, mierzącego się nie tylko z sobą, lecz również z tym, co wokół niego.