Przyczyny zorganizowania referendum mogą być różne. Inicjatorzy mogą chcieć rozwiązać problem, którego z różnych powodów nie da się rozstrzygnąć na forum władz lokalnych. Mogą też mieć czysto polityczne intencje, traktując referendum jako narzędzie rywalizacji politycznej. Niezależnie jednak od motywacji organizatorów osoba oddająca głos „za” lub „przeciw” – czy też wybierająca jeden z innych wariantów odpowiedzi na pytanie poddane obywatelskiemu rozstrzygnięciu – powinna mieć pewność, że jej głos rzeczywiście wyraża jej wolę. Innymi słowy, głosując „przeciw X”, nie głosuje ona w istocie „za X”. A tak właśnie może się zdarzyć w przypadku referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu terytorialnego. Takie referendum odbyło się 24 maja w Krakowie.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Referendum w Krakowie. KO zaspała. Ma problem nie tylko w tym mieście

Referendum w Krakowie. O czym decydowali mieszkańcy miasta?

Z pozoru sytuacja wydaje się prosta. Mieszkanka Krakowa może zagłosować „za” lub „przeciw” odwołaniu prezydenta miasta. Trudno przecież inaczej interpretować wolę głosujących w tego typu referendum. Zlicza się głosy, a demokratyczna wola rozstrzyga o losach prezydenta. Jednak osoby głosujące przeciw odwołaniu mogą w istocie się do niego… przyczynić. Ze względu na wymóg minimalnej frekwencji w głosowaniu referendalnym skutek ich woli będzie przeciwny do zamierzonego. Z punktu widzenia zaufania wyborców do demokratycznych procedur i instytucji taka sytuacja wydaje się bardziej niepokojąca niż los poszczególnych osób pełniących funkcje wójta, burmistrza czy prezydenta miasta. W demokracji obywatele powinni posiadać bowiem nie tylko określone prawa i wolności, lecz także stanowić podmiot, który poprzez udział w wyborach i referendach rozstrzyga o ogólnym kierunku polityki państwa (wybory) i konkretnych rozwiązaniach (referenda). Jeżeli jednak głos „przeciw” liczy się lub przyczynia do sukcesu opcji „za”, wyborczyni może mieć uzasadnione przekonanie, że coś tu jest nie tak – i pomyśleć: „ktoś tu chyba mną manipuluje”.

Czytaj więcej

Referendum w Krakowie ważne. Aleksander Miszalski: Z szacunkiem przyjmuję wynik

„Źródłem całego zamieszania jest niepozorny przepis ustawy o referendum lokalnym”

Czy rzeczywiście mamy więc do czynienia z niecnym spiskiem przeciwko demokracji? Któż miałby tak nieładnie manipulować? Źródłem całego zamieszania jest niepozorny przepis ustawy o referendum lokalnym: „Referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu terytorialnego pochodzącego z wyborów bezpośrednich jest ważne w przypadku, gdy udział w nim wzięło nie mniej niż 3/5 liczby biorących udział w wyborze odwoływanego organu” (art. 55 ust. 2).

Przepis ten na pierwszy rzut oka wydaje się racjonalny. Chroni przed destabilizacją funkcjonowania organów jednostek samorządu terytorialnego częstymi referendami, które mogłyby w nadmiernie łatwy sposób prowadzić do odwoływania osób pełniących funkcje wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast. Osoby takie i tak poddawane są okresowej ocenie mieszkanek i mieszkańców dzięki zasadzie kadencyjności. Jednak najbardziej bezpośrednim skutkiem tego przepisu jest to, że osoba, która chce, aby prezydent nie został odwołany, powinna po prostu nie brać udziału w głosowaniu. Z kolei udział w referendum przyczynia się do jego ważności, a przez to – do odwołania prezydenta, jeżeli głosów „za” będzie więcej. Podobnie wygląda to z perspektywy aktorów politycznych. Dla osób zajmujących stanowiska najbardziej racjonalną strategią będzie przekonywanie mieszkanek i mieszkańców do tego, aby nie brali udziału w referendum. Z kolei inicjatorzy referendum mają interes nie tylko w mobilizowaniu przeciwników danego prezydenta, wójta lub burmistrza, ale także jego zwolenników.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Referendum w Krakowie. Najgorszy dzień dla KO od 1 czerwca 2025 roku

Referendum lokalne. Absencji wyborczej nie można automatycznie utożsamiać z polityczną biernością czy pasywnością 

W tym miejscu pojawiają się dwa niebezpieczeństwa. Po pierwsze, namawianie do niegłosowania jest intuicyjnie sprzeczne z ideą zaangażowanego demokratycznego obywatelstwa. Idealna (modelowa) członkini demokratycznej wspólnoty aktywnie uczestniczy w jej politycznym życiu, a nie spędza czas wyłącznie przed ekranem lub przy przysłowiowym grillu. Oczywiście może mieć istotne i ważne powody, aby odmówić udziału w referendum, dlatego absencji wyborczej nie można automatycznie utożsamiać z polityczną biernością czy pasywnością. Skoro ktoś już bierze udział w głosowaniu, to jego głos powinien wywoływać taki skutek, jaki wynika z wybranej przez niego opcji: „za”, jeżeli jest za odwołaniem, a „przeciw”, jeżeli jest temu przeciwny. A nie prowadzić do tego, że głos „przeciw” przyczynia się do sukcesu opcji „za”.

Po drugie, publiczne namawianie do niegłosowania może być traktowane jako element zniechęcania do wyborczej partycypacji w ogóle. A co za tym idzie – wzmacniania przekonania o hipokryzji klasy politycznej. Wyborczyni może bowiem pomyśleć: „namawiają nas do głosowania tylko wtedy, gdy widzą w tym swój interes”. Wygląda to niepokojąco, ale najgorsze jest to, że dla inicjatorów referendum odwoławczego racjonalnym działaniem staje się namawianie osób niechcących odwołania do udziału w głosowaniu – bez wyraźnego wskazania, że skutek ich aktywności może być odwrotny od ich intencji. Krótko mówiąc, przepis wprowadzający wymóg frekwencji stymuluje manipulowanie mieszkańcami w trakcie kampanii referendalnej. Opcja „za” prowadzić może kampanię pozornie profrekwencyjną skierowaną do grup potencjalnie głosujących przeciwko odwołaniu, aby poprzez ich udział odwołać daną osobę. Tymczasem w demokracji konstytucyjnej przepisy prawa powinny raczej chronić obywatelki i obywateli przed manipulacją, niż do niej zachęcać.

W demokracji konstytucyjnej przepisy prawa powinny raczej chronić obywatelki i obywateli przed manipulacją, niż do niej zachęcać.

Czy istnieje z tego jakieś dobre wyjście? Być może zniesienie wymogu frekwencji dla ważności referendum nie byłoby wcale złym rozwiązaniem. Wszyscy aktorzy – zarówno opcja „za”, jak i „przeciw” – musieliby namawiać mieszkańców do udziału w referendum. Byłaby to dla nich racjonalna strategia działania. Z kolei mieszkanki i mieszkańcy mieliby jasność, że głosując „za” lub „przeciw”, rzeczywiście głosują właśnie w taki sposób, a nie: „przeciw, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie”. Dla demokracji byłoby to chyba lepsze.

Dr Wojciech Włoch, Katedra Prawa Konstytucyjnego UMK w Toruniu, współpracownik Fundacji Odpowiedzialna Polityka

Czytaj więcej

Po referendach lokalnych. Czy komisarz powinien być kandydatem na prezydenta miasta?