Przyjechałam do Krakowa w dniu referendum, ale nie po to, by je relacjonować. Zostałam zaproszona do dyskusji o Ignacym Daszyńskim, który jest patronem 2026 roku. Była słoneczna niedziela, znalazłam się na Kazimierzu i Starym Mieście. Minęłam trzy lokale „wyborcze”: nie ustawiały się przed nimi kolejki, właściwie nikogo tam nie było; widziałam jedną osobę, która wchodziła do budynku. Wąskie ulice wypełnili kibice Wisły Kraków (wygrała 2:0 z Pogonią Siedlce). Miasto zwiedzali turyści z całego świata. Nie czułam referendalnej gorączki. Wszystko po staremu. Być może w mniej turystycznych dzielnicach usłyszałabym żywe rozmowy o tym, czy prezydent zostanie odwołany. Również poniedziałkowy poranek wydawał się zupełnie zwyczajny.
Do tej pory KO wygrywała w dużych miastach, bo była bezalternatywna dla większej grupy wyborców. Ale nie wystarczy już, że będzie sobą. Musi coś oferować
Strategia KO, która polegała na zniechęcaniu do wzięcia udziału w referendum, okazała się porażką
Pomyślałam, że to najlepsza metafora Koalicji Obywatelskiej, która zaspała, zakładając, że w Krakowie – a szerzej, w dużych miastach – zawsze będzie tak, jak na Starym Mieście. Tymczasem frekwencja wyniosła 29,99 proc. i Aleksander Miszalski został odwołany. Choć Rada Miejska się ostała. Czyli – szumne słowo – strategia KO, która polegała na zniechęcaniu do wzięcia udziału w referendum, okazała się porażką.
Czytaj więcej
„Dziękuję wszystkim Krakowiankom i Krakowianom za udział w referendum - zarówno tym, którzy mnie wspierali, jak i tym, którzy byli wobec mnie kryty...
Na popularnym memie mężczyzna układa kostki domina: są w różnym rozmiarze, ustawia je od najmniejszej do największej. Symbolizuje to wydarzenie pozornie pozbawione znaczenia, które otwiera sekwencję innych, na końcu prowadzących do przełomowej zmiany lub kryzysu. PiS liczy na to, że referendum w Krakowie będzie tą pierwszą kostką, podczas gdy ostatnią okaże się klęska KO w wyborach parlamentarnych za rok. Nie musi tak być. Co nie oznacza, że wynik zorganizowanego w Krakowie referendum jest bez znaczenia. Bo KO ma problem. W krakowskiej soczewce skupiają się systemowe problemy partii.
Do tej pory KO wygrywała w dużych miastach, bo była bezalternatywna
Możliwe, że powtórzone wybory w Krakowie znów wygra kandydat KO. Ale klocki poszły w ruch. Do tej pory KO wygrywała w dużych miastach, bo była bezalternatywna dla większej grupy wyborców. Ale nie wystarczy już, że będzie sobą. Musi coś oferować.
Czytaj więcej
Społeczeństwo jest w innym miejscu niż politycy, ma w sobie większą otwartość na zmiany niż zakładają dwie największe partie. Coraz większe znaczen...
Być może to nie referendum w Krakowie jest tą najmniejszą kostką domina, otwierającą sekwencję, bo gra toczy się już od dłuższego czasu. Spójrzmy na Warszawę: jakim zaskoczeniem dla KO okazało się w zeszłym roku to, że podejmując decyzję o wycofaniu projektu Rafała Trzaskowskiego, który chciał zakazu sprzedaży alkoholu nocą, partia znajdzie się w ogniu ogólnopolskiej krytyki. Słuch społeczny warszawska KO straciła dosłownie: impreza techno na terenie zielonym wokół Pałacu Wilanowskiego wywołała sprzeciw mieszkańców. Choć miasto nie było jej organizatorem, jego bierność okazała się problemem na tyle poważnym, że musiał go rozwiązać rząd: dyrektora muzeum odwołała ministerka kultury Marta Cienkowska. Symboliczne jest to, że bramy królewskiej rezydencji musiały się otworzyć: mieszkańców miasta zwolniono z wcześniej obowiązujących opłat za wejście, a zakaz wypoczynku na trawie dłużej się nie utrzyma.
Słabością KO jest Polska niemetropolitalna. Teraz okazuje się, że partię zaskakują potrzeby i aspiracje mieszkańców dużych miast. Ani PiS nie musi rozumieć ich lepiej, ani klocki domina nie muszą upaść od razu. Ale z Krakowa płynie przede wszystkim lekcja o tym, gdzie realnie może zajść zmiana.