Cała sprawa może mieć dwie poważne konsekwencje, na które – jeśli mamy do czynienia z intencjonalnym, zaplanowanym działaniem – sprawcy zapewne liczą.

Fałszywe alarmy podważają zaufanie do państwa, ale równie groźne jest to, że mają nas skłócić

Po pierwsze: z każdym kolejnym alarmem i z każdym dniem, gdy nie wiadomo nic o sprawcach, narasta przekonanie o nieskuteczności polskiego państwa. Skoro bowiem ktoś bezkarnie może wywoływać interwencje służb u byłego szefa BBN, na posesji należącej do Jarosława Kaczyńskiego czy wreszcie u członków rodziny prezydenta Karola Nawrockiego, a państwo nie jest w stanie nic z tym zrobić, czy przeciętny obywatel może być przekonany, że to samo państwo jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo jemu? To zresztą jeden z celów wielu działań należących do arsenału wojny hybrydowej – każde podpalenie, za którym stoją „nieznani sprawcy”, czy akty sabotażu na kolei również służą rozsiewaniu strachu i braku zaufania do państwa, które tym incydentom nie zapobiegło. Dlatego tak ważne jest, by jak najszybciej udało się wyjaśnić, kto stoi za alarmami, a najlepiej – również zatrzymać winnych. Każdy kolejny dzień, gdy wokół sprawy będą same znaki zapytania, osłabia polskie państwo.

Z każdym kolejnym alarmem i z każdym dniem, gdy nie wiadomo nic o sprawcach, narasta przekonanie o nieskuteczności polskiego państwa

Równie istotna jest druga konsekwencja – czyli pogłębianie dezintegracji społecznej i podlewanie płomienia konfliktu politycznego w Polsce solidną porcją benzyny. Nie sposób nie zauważyć, że celem fałszywych alarmów jest wyłącznie jedna strona politycznego sporu – ta związana z opozycją spod znaku PiS. Uderzenia w TV Republika, a potem w prezesa PiS i teraz prezydenta w naturalny sposób mogą prowadzić zwolenników tego obozu do refleksji, że oto pada ona ofiarą prześladowania, które może mieć podłoże polityczne. I w tym, niestety, sporą część winy ponoszą zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Donald Tusk.

Czytaj więcej

Tusk i Kaczyński okazali się uczniami Piłsudskiego w naginaniu prawa

Donald Tusk i Jarosław Kaczyński wykonują dużą część pracy za tych, którzy chcą nas podzielić

Jeśli bowiem Kaczyński na każdym kroku zarzuca Tuskowi, że ten realizuje interesy podmiotów zewnętrznych wobec państwa polskiego, a partię, na której czele stoi premier, prezes PiS określa mianem „niemieckiej”, to czy można się dziwić, że słuchający tego wyborca Prawa i Sprawiedliwości będzie w stanie podejrzewać premiera i jego otoczenie o wszystko, co najgorsze? Skoro bowiem de facto Kaczyński zarzuca Tuskowi i KO zdradę stanu, sugerując na dodatek, że dzieje się to w warunkach wprowadzania w Polsce państwa autorytarnego, przed którym Zbigniew Ziobro musi uciekać aż do USA, bo inaczej nie wiadomo, co go spotka w areszcie, to fałszywe alarmy mające nękać opozycję stają się czymś całkowicie wiarygodnym. Ale i Tusk uwiarygadnia tę narrację, jeśli regularnie zarzuca PiS-owi realizację, świadomą bądź nieświadomą, prorosyjskiej agendy. Jeśli bowiem Tusk, analogicznie do Kaczyńskiego, zarzuca swoim politycznym rywalom zdradę stanu, to czy nie daje sygnału, że wszystkie chwyty są dozwolone, bo przecież to już nie zwykła polityka, ale walka o przetrwanie ojczyzny? W ten sposób znaczna część pracy tego, kto by chciał nas podzielić do tego stopnia, by było to dysfunkcjonalne dla państwa, jest już wykonana. Wystarczy tylko podsycać ten ogień. 

– Umówiliśmy się, że nikt nie będzie robił z tego polityki – zadeklarował Donald Tusk po rozmowie z Karolem Nawrockim. To bardzo ważne słowa. Równie ważne jest jednak to, by w przyszłości również tam, gdzie politykę się robi, robić ją mądrzej.