Te zdania są tak oswojone, że rzadko zwracamy na nie uwagę. Tak „po prostu się mówi”. Tymczasem powtarzane latami mogą podważać poczucie własnej wartości i wpływać na sposób budowania relacji. Działają jak kropla drążąca skałę. Język dorosłych kształtuje nie tylko doświadczenia i osobowość dzieci, ale także ich relacje w społeczeństwie. 

Na skalę zjawiska zwraca uwagę prof. Jacek Wasilewski z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego. W artykule opublikowanym w czasopiśmie Dziecko Krzywdzone. Teoria, badania, praktyka analizuje, jak często dorośli używają stygmatyzującego języka i jakie mogą być jego konsekwencje – nie tylko dla psychiki dzieci, ale także dla ich funkcjonowania społecznego w dorosłym życiu.

Skąd my to znamy?

Artykuł Ilu rodziców w Polsce mówi stygmatyzującym językiem? powstał na bazie przekrojowego badania Przedszkolne pryzmaty. Rodzice, Nauczyciele, Dyrektorzy (Synergion i Nowa Era, 2024), przeprowadzonego na próbie rodziców przedszkolaków. Dowiodło ono jak olbrzymia jest skala rozpowszechnienia negatywnych komunikatów. I wykazało, że ich wpływ widać u dorosłych, którzy byli stale na nie narażeni w dzieciństwie.

Zajmuję się tą tematyką od dłuższego czasu, ale zaskoczyło mnie, że mamy tak duży katalog degradacyjnych wyrażeń, takich jak „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”, „sprawdź, czy cię nie ma za drzwiami”, i tak dalej. Deklarujemy miłość i troskę wobec dziecka, równocześnie angażując się w grę w degradację. Rodzice jak gdyby „odbijają” sobie niską pozycję, gdy sami byli dziećmi. Ale jednocześnie wbijają własne dziecko w łańcuch degradacji – podkreśla prof. Jacek Wasilewski.

Badacz z UW jest współautorem książki Uwięzieni w słowach rodziców (wspólnie z dr Agnieszką Kozak). Publikacja przedstawia etykiety słowne jako analogie do rzucanych w baśniach zaklęć. Bo podobnie jak dary czy przekleństwa dobrych lub złych wróżek, którymi obdarowane zostaje dziecko, negatywne komunikaty wpływają na nas przez całe życie.

Można je podzielić na „zaklęcia” zakazu i nakazu. Te pierwsze wywołują efekt mrożący, powstrzymują nas, zabraniają okazywać emocje, mieć własne zdanie czy pragnienia. „Dziewczynki się nie złoszczą” (nie okazuj emocji), „chłopaki nie płaczą” (nie czuj, nie pokazuj słabości), „nie rób kłopotu” (nie chciej), „ojciec wie lepiej” (nie miej swojego zdania), „życie to nie zabawa” (nie miej przyjemności), „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”, „w głowie ci się poprzewracało” (nie rób kłopotu, zrezygnuj z własnych potrzeb).

„Zaklęcia” nakazu natomiast sprawiają, że robimy to, czego od nas się oczekuje, mimo że czujemy, że to nam nie służy. „Musisz być dzielna” (radź sobie), „bądź grzeczny”(dostosuj się), „co ludzie powiedzą?” (bądź jak inni), „bo pan cię zabierze” (ulegaj, bo świat jest niebezpieczny), „postaraj się bardziej” (spełniaj oczekiwania).

W badaniu sprawdzono 29 negatywnych komunikatów. Wszystkie można sprowadzić do jednego mianownika: nie jesteś wystarczająco dobry i możesz liczyć tylko na siebie. Osoba, która stale odbiera podobne sygnały, może podchodzić do wielu sytuacji w życiu z obniżonym poczuciem własnej wartości i przekonaniem, że nie może liczyć na niczyją pomoc. Tymczasem okazało się, że tylko 36% rodziców nie słyszało regularnie w dzieciństwie negatywnych komunikatów na swój temat. Z kolei 27% wskazało do trzech przykładów z listy, które stale słyszeli jako dzieci, a aż 37% badanych słyszało regularnie cztery i więcej.

Czasami jest tak, że nie widzimy tego, że doświadczyliśmy takich sytuacji, a potem w emocjach nieświadomie je powtarzamy. Dopiero na przykład lektura książki czy ankieta badawcza uświadamia nam, że jesteśmy niejako naznaczeni tym formatem kultury i go powielamy – mówi prof. Wasilewski.

Frazy uznawane za normalne mogą mieć trwały destrukcyjny wpływ na psychikę dziecka. Działają jak sty

Frazy uznawane za normalne mogą mieć trwały destrukcyjny wpływ na psychikę dziecka. Działają jak stygmatyzujący pas transmisyjny. Stajemy się jego częścią, na ogół nie zdając sobie z tego sprawy. Fot. Clement C/peopleimages.com / Adobe Stock

Bagaż pokoleń

Formaty kulturowe oczywiście nie są kwestią jednego pokolenia. Nie inaczej jest w przypadku relacji władzy między rodzicami i dziećmi.

Mamy pewne obciążenie kulturowe, które wynika z po pierwsze z istniejącego kiedyś u nas bardzo silnego systemu folwarcznego. Ten hierarchiczny układ powodował, że osoby „na górze” nie traktowały osób, które były „na dole” z należytą uwagą, tylko bardzo często jak instrumenty. Dotyczyło to służby, ale i dzieci, które przecież również pracowały – wyjaśnia naukowiec.

Stąd m.in. przekonanie o podrzędności dzieci wobec rodziców, którzy sprawują władzę nad dzieckiem dla jego dobra („dzieci i ryby głosu nie mają”). I niekoniecznie muszą przy tym pamiętać o szacunku dla niego.

Pamiętajmy, że żyliśmy jako naród w bardzo ciężkich czasach, w ogromnym obciążeniu emocjonalnym. Większość polskiego społeczeństwa jest pochodzenia chłopskiego. Jeśli ktoś cierpi nędzę, umiera mu połowa rodzeństwa, nie ma z czego żyć na przednówku, a później przychodzi jedna wojna, druga wojna, w końcu partyzanci wykradający zapasy na zimę, to dla niego istotne jest, żeby w ogóle przeżyć. Te wszystkie inne frustracje nie są tak dotkliwe jak głód – podkreśla prof. Wasilewski.

Ukształtowanych sposobów komunikacji nie da się łatwo zmienić. Jednak szukanie wzorców pozytywnych ma ogromne znaczenie. Bo język używany przez rodziców wpływa na psychikę dziecka. Może obniżać poczucie własnej wartości, a nawet kształtować funkcjonowanie w dorosłym życiu.

Często oczywiście zasłaniamy się stresem lub emocjonalnym wzburzeniem. 42% osób w grupie badanych rodziców określa swoje rodzicielstwo jako obciążające. A w nerwach, gdy tracimy cierpliwość, działamy jak na autopilocie i zachowujemy się w sposób bezrefleksyjny, automatycznie korzystając z wyuczonych stygmatyzujących fraz. Albo próbujemy negatywne komunikaty przedstawiać jako niegroźne żarty.

Żarty są najgorsze. Niby podszyte dobrą intencją, a tak naprawdę to często maskowana agresja. Nie chcemy przyznawać się do otwartej agresji, zwłaszcza wobec dzieci, więc ukrywamy ją pod pozorem żartu. Ale to się odkłada. Tak jak stalaktyty i stalagmity w jaskini powstają przez to, że krople przez długi czas osadzają różne minerały, tak samo nasze słowa, z pozoru błahe, słyszane codziennie albo wiele razy w tygodniu nawarstwiają się w psychice dziecka – podkreśla autor artykułu.

Nasilona i długotrwała przemoc słowna czy stygmatyzacja może skutkować obniżeniem poczucia własnej wartości. Dziecko ma obniżoną samoocenę czy nawet problemy z tożsamością. Do tego dochodzi poczucie braku sprawczości, a także specyficzne spojrzenie na relacje społeczne.

Weźmy na przykład stwierdzenie „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Ilustruje sytuację nierówności i uprzywilejowania. Silniejsi mają prawo narzucać reguły słabszym, a sami się do nich nie stosują. Świat jest niesprawiedliwy, a zasady to narzędzie opresji, a nie coś, co gwarantuje zbiorowości wolność, szacunek i bezpieczeństwo.

W wielu gabinetach terapeutycznych są oczywiście pokłosia takiego wychowania. Jeżeli ktoś ma dziewięcioro dzieci, to ta presja jakoś się rozkłada. Natomiast jeżeli ktoś ma projekt dziecko, w którym właściwie ma ono realizować jakieś ambicje rodziców, wtedy presja jest szczególnie silna i bardzo trudno zauważyć te formuły, które mogą szkodzić samoocenie – podkreśla prof. Jacek Wasilewski.

Wśród osób, które doświadczały negatywnych komunikatów, poczucie stabilności i bezpieczeństwa w życiu deklaruje 31%. W grupie dorosłych, którzy nie byli narażeni na językową stygmatyzację w dzieciństwie, odsetek ten wynosi 40%.

– Zastanówmy się nad typowym piaskownicowym wyrażeniem: „nie płacz, bo przyjdzie pan i cię zabierze”. Kiedyś częściej mówiło się, że przyjdzie Baba Jaga. Nie mamy pojęcia, w jaki sposób poradzić sobie z dzieckiem, więc straszymy je zewnętrznym niebezpieczeństwem. W efekcie ono zaczyna bać się świata. Zaskoczyło mnie, jak bardzo te kwestie opisane w badaniach, pokrywają się z danymi na temat niskiego zaufania społecznego i ograniczonej wiary w innych ludzi, jakie panują w polskim społeczeństwie – mówi autor artykułu.

W badaniu CBOS z 2024 r. na temat zaufania społecznego aż 62% ankietowanych wyrażało brak zaufania wobec innych. Postawę charakteryzującą się otwartością w relacjach z innymi demonstrowała natomiast jedna trzecia respondentów (31%). Taka sytuacja utrzymuje się od dwóch dekad, w których CBOS przeprowadzał tego typu badania.

Czym skorupka za młodu…

Zwykle mówimy automatycznie i to bardziej język mówi nami niż my językiem. Dlatego te wszystkie zwroty, których konsekwencje często pozostają nieuświadomione, budzą zdziwienie. Ojej, przecież ja tak mówię! Albo: moi rodzice do mnie tak mówili. Dopiero gdy zdamy sobie z tego sprawę, pojawia się chęć przerwania tego pasa transmisyjnego w naszej kulturze – zaznacza prof. Wasilewski.

Z cytowanego badania wynika, że 36% rodziców nie przypomina sobie żadnych pozytyw­nych komunikatów ze swojego dzieciństwa, a zaledwie 7% pamięta, że słyszało: „kocham cię”. Głównym pozy­tywnym komunikatem jest motywacyjne „dasz radę”.

Rodzice częściej narażeni na stygmatyzujące wyrażenia w dzieciństwie bardziej też odczuwają trudy własnego rodzicielstwa. Negatywne komunikaty zachwiały ich pewność siebie oraz poczucie własnej wartości i mają wpływ na to, jak postrzegają dzisiaj siebie w roli rodziców.

Są bardziej niepewni i trudniej jest im zaakceptować to, że coś mogą robić dobrze. W związku z tym szukają na zewnątrz różnych potwierdzeń i przez cały czas sprawdzają, czy to, co robią jest dostatecznie dobre i czy efekt w postaci postępów w rozwoju dziecka jest właściwy – mówi badacz z UW.

Zaklęty krąg trudno przerwać. Zwłaszcza, że aż 72% badanych przyznaje, że kopiuje styl wychowawczy swoich rodziców, a tylko 28% stara się wychowywać dzieci inaczej, niż sami byli wychowywani. Żeby być innym rodzicem, trzeba sobie przede wszystkim uświadomić, że dane zachowanie jest nieakceptowalne i znaleźć pozytywne wzorce.

Załóżmy, że mamy takiego ojca, który wie, że chłopaki nie płaczą, bo okazywanie słabości oznacza pogarszanie swojej sytuacji na podwórku albo nie chce mieć dziecka mazgaja. W takim wypadku, po pierwsze, dziecko musi widzieć, w jaki sposób można się zachować inaczej. A po drugie, rodzic musi podejść ze zrozumieniem do problemu emocjonalnego, który wywołuje łzy. Jeżeli sobie powiemy, że „chłopaki płaczą”, to nie rozwiązujemy sytuacji, ponieważ kluczowe jest jak okazać wsparcie. Takie wsparcie, żeby ta osoba czuła się akceptowana i nie miała poczucia winy, że jest słabsza – podkreśla prof. Wasilewski.

W badaniu jest jednak też dobra wiadomość. Osoby, które w dzieciństwie regularnie słyszały negatywne komunikaty, częściej deklarują, że wiedzą, gdzie szukać wskazówek, jak być lepszym rodzicem. Żeby jednak taka zmiana była możliwa na większą skalę, potrzebne jest nie tylko wsparcie samych rodziców, ale też zaangażowanie nauczycieli, psychologów, instytucji edukacyjnych, mediów i twórców kampanii społecznych.

Szkoły się trochę tym zaczęły zajmować, bo robią z dziećmi zajęcia dotyczące porozumiewania się bez przemocy, regulacji emocji albo zauważania takich wzorców językowych. My, jako dorośli, musimy najpierw dostrzec swój problem, porozmawiać z kimś nam bliskim albo udać się po pomoc do specjalisty. Tak jak w samolocie – najpierw musimy nałożyć maseczkę sobie, a potem dziecku – mówi autor artykułu.

Czytaj więcej na: serwisnaukowy.uw.edu.pl 

dr hab. Jacek Wasilewski, prof. ucz., pracuje w Katedrze Antropologii Mediów, na Wydziale Dziennikar

dr hab. Jacek Wasilewski, prof. ucz., pracuje w Katedrze Antropologii Mediów, na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zainteresowania badawcze obejmują konstrukcję i funkcjonowanie komunikatu medialnego, storytelling w polityce i w biznesie, sposoby badania dyskursu medialnego, narracje w dyskursie politycznym, strukturę komunikacji i komunikatów perswazyjnych, językowe efekty mediatyzacji polityki i innych sfer życia społecznego oraz teksty użytkowe. Źródło zdjęcia: jacekwasilewski.pl

Materiał Partnera