Reklama

Szefowa klubu Lewicy ukarana za przekleństwo. Dlaczego polska polityka się wulgaryzuje?

„Sp...dalaj” – napisała w serwisie X Anna Maria Żukowska z Lewicy, za co – jak dowiedziała się „Rzeczpospolita” – dostała karę od Komisji Etyki Poselskiej. Posłanka nie przeprosiła, wpisu nie skasowała, a jest to tylko element coraz częstszego zjawiska sięgania po wulgaryzmy przez polityków.

Publikacja: 23.02.2026 12:00

Anna Maria Żukowska

Anna Maria Żukowska

Foto: Rafał Guz, PAP

Z tego artykułu się dowiesz:

  • Dlaczego w ostatnich latach polska polityka staje się coraz bardziej wulgarna?
  • Jakie były historyczne precedensy użycia wulgaryzmów przez polskich polityków?
  • Jak reakcje opinii publicznej i mediów wpływają na postrzeganie wulgaryzmów w polityce?
  • W jaki sposób rozwój mediów społecznościowych wpływa na stosowanie języka w polityce?
  • Jaki jest wpływ wulgaryzmów na wizerunek polityków i ich popularność wśród wyborców?
  • Jakie są opinie ekspertów na temat używania wulgaryzmów w oficjalnym dyskursie politycznym?

We wrześniu ubiegłego roku na uniwersytecie w Utah w USA od kuli zamachowca zginął aktywista polityczny Charlie Kirk. Jego śmierć wywołała wysyp komentarzy, od współczucia, po wywody, że Kirk, entuzjasta dostępu do broni palnej, poniósł konsekwencje własnych przekonań. I ta dyskusja przeniosła się na polskie podwórko, angażując pierwszoplanowych polityków.

Reklama
Reklama

„Co robi lewica, co robią ludzie, którzy cały czas mówią o mowie nienawiści, o potrzebie wolności, tolerancji? Cieszą się!” – ogłosił w mediach społecznościowych Sławomir Mentzen z Konfederacji.

Riposta szefowej klubu Lewicy Anny Marii Żukowskiej była krótka: „sp…dalaj”. A do swojej odpowiedzi w serwisie X dołączyła filmik, na którym Charlie Kirk bagatelizuje atak młotkiem na męża czołowej amerykańskiej polityczki z obozu Demokratów.

Reklama
Reklama

Za użycie tego słowa Żukowska dostała w grudniu karę upomnienia od Komisji Etyki Poselskiej. To prawdopodobnie dopiero drugi raz, gdy poseł został ukarany za wulgaryzm. W 2012 roku ówczesna posłanka PiS Krystyna Pawłowicz została ukarana zwróceniem uwagi na rzucenie „sp…laj” na sali obrad w kierunku posła SLD, ale do końca przekonywała, że wcale tego nie powiedziała i zawiadomiła nawet prokuraturę o możliwości sfałszowania sejmowych stenogramów.

W przypadku Żukowskiej członków Komisji Etyki zszokował fakt, że przewodnicząca klubu Lewicy nie pofatygowała się na posiedzenie, przysyłając co prawda usprawiedliwienie, jednak nie wyjaśniając swojego zachowania. Nie chciała też na ten temat rozmawiać z „Rzeczpospolitą”.

– To chyba pierwszy przypadek, gdy poseł nie tylko użył dosadnego wulgaryzmu, ale się z niego nie wycofał nawet ani na milimetr – mówi były przewodniczący Komisji Etyki Poselskiej Jacek Świat z PiS, zauważając, że wpis Żukowskiej wciąż znajduje się w serwisie X. – Generalnie nasze życie publiczne strasznie schamiało – dodaje.

Kiedyś w polskiej polityce wulgaryzmów używało się rzadziej. A jeśli już komuś nawet się jakiś wyrwał, budziło to niemałą sensację.

W przeszłości politycy używali wulgaryzmów wyłącznie na zasadzie wpadki 

Tak było w 1997 r., gdy na przekleństwie przyłapany został ówczesny marszałek Sejmu Józef Zych z PSL. – No stary, no ale co mi tu, k...a, przynosisz? – powiedział na sali sejmowej do swojego partyjnego kolegi Tadeusza Sytka, nie wiedząc, że włączone są mikrofony.

Marszałek tłumaczył później, że zirytował się zachowaniem klubowego kolegi, który w ostatniej chwili poprosił o wydanie karty do głosowania, opóźniając rozpoczęcie posiedzenia. Sytuacja wzbudziła sensację, była szeroko komentowana i często przywoływana też osiem lat później, gdy Zychowi przydarzyła się kolejna wpadka. – Wysoki Sejmie! Nie po raz pierwszy staje mi... przychodzi stawać mi przed Izbą… – powiedział. – Wydaje mi się, że do historii z powodu drugiej pomyłki przejdę… – dodał.

Reklama
Reklama

Ten ostatni komentarz Zycha pokazuje, czym było wówczas użycie wulgaryzmów w polityce – czymś, za co przechodzi się do historii. Choć oczywiście politycy przeklinali, tyle że w sytuacjach nieoficjalnych. Dowodem były różnego rodzaju taśmy, których prawdziwy wysyp nastąpił od czasu afery Rywina.

Pełne wulgaryzmów były np. stenogramy z taśm posłanki Renaty Beger, dokumentujących w 2006 r. rozmowy z czołowymi politykami PiS, próbujących przekupić posłów Samoobrony do wsparcia ich partii. – My byśmy go zrobili ministrem sportu, no ale, k...a, jechał po pijanemu i z tym jest kłopot – mówił Wojciech Mojzesowicz z PiS o ówczesnym pośle Januszu Wójciku.

Odkrycie tego, jak wygląda polityczna kuchnia, było dla części wyborców szokiem. Jednak wkrótce zaczęli być epatowani kolejnymi wiązankami. Wyjątkowo barwnych użył były premier Józef Oleksy podczas prywatnej rozmowy w 2006 r. z Aleksandrem Gudzowatym, którą nagrała ochrona biznesmena. – Teraz ze mną na solo nie wygrasz. Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i, k...wa, będę jak brzytwa – chwalił się. – Ch... skończony, oszust i krętacz – mówił z kolei o byłym prezydencie Aleksandrze Kwaśniewskim.

Czytaj więcej

Polskie nagrania, czyli III RP taśmowa

Wulgaryzmów było też sporo na ujawnionych w 2014 r. przez „Wprost” nagraniach z restauracji Sowa i Przyjaciele. – Ch..., dupa i kamieni kupa – mówił ówczesny szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz o Polskich Inwestycjach Rozwojowych, a minister skarbu Włodzimierz Karpiński rzucił bez ogródek: „ch... z Polską wschodnią!”.

Reklama
Reklama

Jeszcze kilkanaście lat temu użycie przez polityka wulgaryzmu w sytuacji oficjalnej wywołało sensację w mediach 

Przeklinano też na nagraniach z ujawnionej przez „Rzeczpospolitą” afery hazardowej, a prawdziwe apogeum bluzgów miało miejsce na opisanych w 2021 r. przez „Gazetę Wyborczą” taśmach ówczesnego prezesa Orlenu Daniela Obajtka, na których doliczono się aż 386 wulgaryzmów. – Sk...yn. Ten ch... pi...ny, brudna pała! – mówi na nich Obajtek o swoim wujku. Jego wypowiedzi obrońcy prezesa Orlenu tłumaczyli syndromem Tourette’a, zaburzeniem, objawiającym się mimowolnym wypowiadaniem niecenzuralnych słów.

Jednak pomimo stopniowego oswajania opinii publicznej z wulgaryzmami polityków, używanymi w życiu prywatnym, te w sytuacjach bardziej oficjalnych, przynajmniej do pewnego momentu, traktowano jako niemałą sensację. Np. gdy w 2008 r. w programie w TVN24 ówczesny poseł PO Janusz Palikot rzucił stadionowe hasło „j...ć PZPN”, szybko za to przeprosił. – To był pierwszy i ostatni przypadek użycia przeze mnie takich wulgarnych sformułowań. Nie powinny one paść z ust polityka – obiecał Palikot po spotkaniu z władzami klubu PO.

PZPN to burdel, w którym dziwki zarażają HIV

jedna z wypowiedzi posła Palikota na temat Polskiego Związku Piłki Nożnej

Zaś gdy rok później przed posiedzeniem rządu ówczesna minister pracy Jolanta Fedak rzuciła „sp…laj” do swojego partyjnego kolegi Marka Sawickiego, nie wiedząc, że nagrywają to kamery, przez kilka dni temat wałkowały media. A sama Jolanta Fedak wydawała się być załamana swoją wpadką. – Miało być prywatnie, a wyszło publicznie. Kiedy zobaczyłam, że puszczają to w telewizji, to się popłakałam. To było szerzenie publicznego zgorszenia – narzekała minister pracy w rozmowie z „Wprost”.

Czytaj więcej

Ministerstwo uruchomiło usługę o wulgarnym akronimie. Prof. Bralczyk: To niepoważne
Reklama
Reklama

Były minister rolnictwa, a dziś marszałek senior Marek Sawicki, wspomina w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, że wulgaryzm Jolanty Fedak był reakcją na jego nietrafiony żart. – Dość często używam sarkazmu. Również wtedy rzuciłem jakimś żartem w stronę Joli, który wydawał mi się śmieszny, ale chyba taki nie był. A na pewno nie wstrzeliłem się w jej samopoczucie tego dnia – wyjaśnia. I zastanawia się, czy dziś reakcja mediów byłaby taka sama. Bo w ostatnich latach, a nawet miesiącach wulgaryzmy w polityce ewidentnie spowszedniały.

Obecnie przeklinają politycy od lewa do prawa, a niektórzy są w stanie bronić bluzgających kolegów

„Sp...laj” rzucone w kierunku Sławomira Mentzena nie jest jedynym przypadkiem, gdy szefowa klubu Lewicy użyła tego przekleństwa. „Wyp...aj z tym spokojem” – napisała Żukowska w 2024 r. do ówczesnego marszałka Sejmu Szymona Hołowni, który ogłosił, że w przypadku aborcji potrzeba właśnie „spokoju”.

Wyjątkowo często po wulgaryzmy sięga przełożony Żukowskiej w Nowej Lewicy marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. – PiS nie będzie wieczny w Polsce. Trzeba im to mówić, trzeba mówić to ich rodzinom, żeby ich żony i mężowie mówili: »przestań się wygłupiać, przestań łamać prawo, przestań się ku...ić po prostu« – mówił w 2018 r. w Polsat News.

„To ku...o kiedyś się musi skończyć” – oświadczył w 2023 r. Czarzasty podczas akcji „Lewica w trasie”, komentując politykę rządu PiS. A dwa lata później tłumacząc, dlaczego nie ma zamiaru spotykać się z prezydentem elektem Karolem Nawrockim, rzucił: – Dlatego że mam dystans do prezydenta elekta, mówiłem to i chcę być konsekwentny. Ktoś musi być, do ch...ry, konsekwentny!

Reklama
Reklama

Coraz częstsze sięganie po wulgaryzmy nie dotyczy jednak tylko polityków Lewicy. „Ćwok”, „cep”, „prymityw”, „k..a tuskowa” – takimi słowami poseł PiS Artur Szałabawka określił w 2021 r. internautów, atakujących jego partyjnego kolegę Czesława Hoca. Szałabawka tłumaczył to potem włamaniem na konto.

„Widzę to! Wilk w ekstazie (w pończochach), łajany przez Jakubiaka w kadzi, a obok masturbujący się Korwin przy odbycie Kornela” – napisał w 2018 r. Paweł Kukiz o politykach ze swojego środowiska, co tłumaczył później przejęciem jego konta przez „piątkową noc”.

Jednym z nowszych przykładów jest wpis z 2025 r. senatora koalicji rządowej Wadima Tyszkiewicza, w którym zapowiedział na Facebooku odejście z polityki, z czego zresztą potem się wycofał: „Zwolennicy Kaczyńskiego, Mentzena i Brauna uznali mnie za obywatela gorszego sortu, nie Polaka i kazali mi wypier...lać. No to wypier...lam”.

Dochodzą do tego przypadki usprawiedliwiania przeklinających polityków przez ich kolegów. Np. gdy w styczniu wyciekły wpisy na zamkniętej grupie, w których minister kultury Marta Cienkowska z Polski 2050 radzi, by „j...ć przychylne media” oraz „nie pi...lić bez sensu”, wiceminister cyfryzacji Michał Gramatyka pochwalił ją w serwisie X jako „pięknie przeklinającą”.

Reklama
Reklama

Nasi rozmówcy winą za wulgaryzację polityki obarczają postępującą polaryzację i media społecznościowe

Kiedy zaczęło się normalizowanie wulgaryzmów w polskiej polityce? Jacek Świat twierdzi, że ten proces nabierał stopniowo rozpędu, równolegle do polaryzacji, wywołanej przegranymi przez PO dwiema elekcjami w 2005 r. I jego zdaniem większą winę ponosi tu PO. – Donald Tusk zaczął posługiwać się takimi osobami, jak Janusz Palikot i Stefan Niesiołowski. Wziął pod skrzydła organizacje aborcyjne, używające wulgarne hasła czy ruch ośmiu gwiazdek – wylicza.

Politycy szukają w ten sposób (przeklinając - red.) poklasku

Prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca

Marek Sawicki dodaje, że swoje zrobiły media społecznościowe. – Niektórzy politycy posiadają zarówno oficjalne, jak i anonimowe konta. I czasami te dwa porządki im się po prostu mieszają – mówi.

– Rzeczywiście można odnieść wrażenie, że w mediach społecznościowych nie obowiązują żadne standardy poza liczbą znaków – zgadza się politolog prof. Rafał Chwedoruk.

Jednak jego zdaniem media społecznościowe to tylko jeden z powodów coraz częstszego sięgania przez polityków po wulgaryzmy. – Politycy poszukują autentyzmu, co wyraża się na wiele różnych sposobów, np. przez udawanie, że nie jest się politykiem. Albo przez próby pokazania wyborcom, że przeżywa się emocje podobnie jak oni. Poza tym żyjemy niestety w czasach, gdy krótki, zwięzły i dosadny przekaz jest często jedynym, który wielu odbiorców jest w stanie zrozumieć – dodaje prof. Chwedoruk.

– Politycy szukają w ten sposób poklasku. Tłumaczą to tym, że po prostu nie mogli wytrzymać – ocenia z kolei językoznawca prof. Jerzy Bralczyk. – Jednak ja nie akceptuję takich tłumaczeń. Istnieją określenia, które są nacechowane emocjonalnie, a jednocześnie nie naruszają normy językowej. Nie jest dobrze, jeśli w oficjalnym dyskursie posuwamy się do wulgaryzmów – dodaje.

Czytaj więcej

Sondaż: Wiemy, jak Polacy oceniają sposób, w jaki Czarzasty sprawuje urząd marszałka?

Czy rzeczywiście wyborcom podoba się, gdy polityk raz na jakiś czas siarczyście zaklnie? Przykład Włodzimierza Czarzastego świadczyłby, że ta teza jest prawdziwa. Na nagraniach z akcji „Lewica w trasie”, podczas których rzucił: „to ku...o kiedyś się musi skończyć”, widać, że dostał po tym burzę oklasków.

Sam marszałek uważa zresztą, że stosowanie wulgaryzmów w polityce nie zawsze jest czymś nagannym. – Wulgaryzmy są elementem języka polskiego, istnieje nawet „Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów”, wydany przez PWN. Wulgaryzmy są po to, żeby podkreślić wagę jakiegoś zjawiska, zwrócić na coś uwagę, coś określić dosadnie – mówi w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Włodzimierz Czarzasty.

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Polityka
Nowy sondaż zaufania: Wicepremier dogania Karola Nawrockiego
Polityka
Exposé Radosława Sikorskiego w Sejmie. Priorytety polskiej polityki zagranicznej na 2026 r.
Polityka
Kogo chce ułaskawić prezydent Karol Nawrocki? Ustalenia „Rzeczpospolitej”
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama