– Kto, do cholery, zrobił nam coś takiego, pomyślałem – wspominał potem prezydent.
Skoro terroryści potrafili uderzyć w serce Ameryki, mogą za chwilę wysadzić siłownie jądrowe albo zatruć zasilanie wody w Chicago. Bush, przekonany, że to egzystencjalny wyścig z czasem, postanowił działać szybko. I w jakimś stopniu bezrefleksyjnie.
Amerykanie co prawda osiągnęli najważniejsze: apokaliptyczny scenariusz kolejnych ataków się nie ziścił. Jednak chaotyczny odwrót z Afganistanu tego lata to tylko element ogromnej ceny politycznej i finansowej, jaką za to zapłacili. Walka z talibami kosztowała Waszyngton 2 biliony dolarów – tyle co zjednoczenie Niemiec. A przyniosła niewiele. Podobnie jak wojna w Iraku. Więcej: zniechęcony interwencjami Barack Obama bezczynnie przyglądał się wojnie domowej w Syrii, co doprowadziło do największej tragedii humanitarnej w naszym pokoleniu i podważyło moralny autorytet Ameryki.
Czytaj więcej
Korespondencja z Nowego Jorku | Dwudziesta rocznica ataków na WTC jest pierwszą obchodzoną po wycofaniu amerykańskich wojsk z Afganistanu.
Przede wszystkim jednak skoncentrowani na walce z terrorystami Amerykanie nie zauważyli, że pod ich bokiem rosną potężni rywale. To głównie Chiny. Ale sukces Nord Stream 2 pokazał też, jak Niemcy prowadzą niezależną od Stanów grę. Na Bliskim Wschodzie dominuje Iran. A Władimir Putin odbudowuje rosyjskie imperium.
Być może najwyższą cenę za walkę z islamskim terroryzmem Ameryka płaci na froncie wewnętrznym. Dopuściła tu do takiej radykalizacji nastrojów, że zagrożona wydaje się demokracja nad Potomakiem.
Czytaj więcej
Zamachy zakończyły okres współpracy między krajami po upadku muru berlińskiego. Świat wszedł w nową, bardzo konfrontacyjną erę – zarówno w polityce...
Ale amerykańska choroba jest też chorobą całego wolnego świata. W wywiadzie do najbliższego wydania „Plusa Minusa" słynny politolog Iwan Krastew tłumaczy, że Stany przeżywają „kryzys mocy". Owszem, pozostają najpotężniejszym krajem świata. Ale już nie na tyle silnym, aby kontrolować wszystkie strategiczne miejsca na Ziemi. Muszą wybierać. A skoro priorytetem są dla nich Chiny, mniejszą uwagę zwracają na Europę, także Polskę.
Zapaść Ameryki okazała się też zapaścią tego, czego była do tej pory symbolem: liberalnej gospodarki. W 2001 r. Chiny wytwarzały 3 proc. globalnego dochodu narodowego, dziś jest to pięć razy więcej. To rodzi pytanie, czy w pewnych warunkach interwencjonizm państwa nie jest uzasadniony. Zwłaszcza gdy porównuje się skuteczność walki z pandemią Chin i USA. Ameryka sama poszła zresztą interwencjonistyczną drogą. Najpierw zwiększając inwigilację, aby powstrzymać zamachy. A dziś usiłując zapobiec powrotowi Donalda Trumpa przez rozbudowę osłon socjalnych.
Czytaj więcej
Polexit byłby dla Europy ważniejszym wydarzeniem niż brexit. Czymś zupełnie innym jest odejście wyspy, a czymś innym kluczowego kraju na kontynenci...
Zamachowcy sprzed 20 lat na szczęście nie zdołali doprowadzić do tryumfu fanatyzmu islamskiego. Ale zadali Ameryce cios, którego chyba sami się nie spodziewali.