Faktem jednak jest, że położenie Sikorskiego jest dziś fatalne. Sprawa ryczałtu za „poselskie" podróże, która nie wywołała większej afery rok temu, teraz uderzyła w marszałka ze zwielokrotnioną siłą. Po pierwsze dziś dotyczy formalnie drugiej osoby w państwie. Po drugie Sikorski stał się ofiarą afery taśmowej, w której opinię publiczną bulwersował nie tyle temat jego rozmów z Jackiem Rostowskim, ile fakt, że za wystawny obiad zapłacono z pieniędzy podatnika. Już wtedy Sikorski, by zminimalizować straty wizerunkowe, zdecydował się zwrócić z prywatnych pieniędzy koszt niezwykle drogiego wina. Trzecim pechem Marszałka Sejmu jest czas: sprawa jego ryczałtów za podróże prywatnym samochodem trafiła do opinii publicznej tuż po przejściu afery madryckiej związanej z zagranicznymi podróżami byłych posłów PiS. Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie ukrywali wcale faktu, że to oni usiłowali zainteresować media „kilometrówką" marszałka. Sęk w tym, że opinia publiczna, która dopiero co oburzała się z powodu podejrzeń, że Kamiński, Hofman i Rogacki brali z kasy Sejmu spore pieniądze na zagraniczne delegacje, które kosztować ich mogły znacznie mniej, teraz też musiała oburzyć się na Sikorskiego, który – mając do dyspozycji non stop samochód z kierowcą i ochroną BOR – pobrał z kasy Sejmu niemal 80 tys. złotych tytułem rozliczeń służbowych podróży prywatnym samochodem przez dwie kadencje.