Faktem jednak jest, że położenie Sikorskiego jest dziś fatalne. Sprawa ryczałtu za „poselskie" podróże, która nie wywołała większej afery rok temu, teraz uderzyła w marszałka ze zwielokrotnioną siłą. Po pierwsze dziś dotyczy formalnie drugiej osoby w państwie. Po drugie Sikorski stał się ofiarą afery taśmowej, w której opinię publiczną bulwersował nie tyle temat jego rozmów z Jackiem Rostowskim, ile fakt, że za wystawny obiad zapłacono z pieniędzy podatnika. Już wtedy Sikorski, by zminimalizować straty wizerunkowe, zdecydował się zwrócić z prywatnych pieniędzy koszt niezwykle drogiego wina. Trzecim pechem Marszałka Sejmu jest czas: sprawa jego ryczałtów za podróże prywatnym samochodem trafiła do opinii publicznej tuż po przejściu afery madryckiej związanej z zagranicznymi podróżami byłych posłów PiS. Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie ukrywali wcale faktu, że to oni usiłowali zainteresować media „kilometrówką" marszałka. Sęk w tym, że opinia publiczna, która dopiero co oburzała się z powodu podejrzeń, że Kamiński, Hofman i Rogacki brali z kasy Sejmu spore pieniądze na zagraniczne delegacje, które kosztować ich mogły znacznie mniej, teraz też musiała oburzyć się na Sikorskiego, który – mając do dyspozycji non stop samochód z kierowcą i ochroną BOR – pobrał z kasy Sejmu niemal 80 tys. złotych tytułem rozliczeń służbowych podróży prywatnym samochodem przez dwie kadencje.

Co będzie dalej? Wiele zależy od dalszych rewelacji na temat marszałka, które będą się ukazywać w mediach, ale też od zachowania głównych graczy w PO. Poniedziałkowa publikacja „Wprost" pokazująca małą aktywność Sikorskiego w okręgu wyborczym (a więc niewprost dowodząca, że nie mógł tylu kilometrów wyjeździć) na pewno Sikorskiemu nie pomoże. Jeśli w kolejnych dniach będą ukazywać się nowe publikacje w tej sprawie, sytuacja Marszałka może się jeszcze pogorszyć. Wydaje mi się, ze nie miał racji doradca prezydenta Tomasz Nałęcz, który przed świętami mówił, że dobrą wiadomością dla Sikorskiego jest fakt, że gorzej już nie będzie. Otóż może być gorzej. Szczególnie, że od Sikorskiego jeszcze nie odcięła ostatecznie jego własna partia. Dopiero wtedy jego sytuacja będzie dramatyczna.

Plotki o tym, że do marszałkowskiej laski przymierza się ludowiec Józef Zych, były elementem upokarzania Sikorskiego przez koalicjanta. Ale na razie jeszcze nie świadczyły o tym, że wydano na niego wyrok.

Trzeba przyznać, że byłaby to ironia losu, gdyby tej miary polityk, co Radosław Sikorski zakończył karierę z powodu „kilometrówki". Na tle ogólnego psucia się polskiej polityki, na tle dominujące w niej miałkości i przeciętności, Marszałek jawi się jako postać zdecydowanie barwna. Mało tego, wydaje się, że spośród połówki tysiąca osób, które znamy z Sejmu, przy wszystkich swych wadach, Sikorski jest postacią międzynarodowego formatu. Jest rozpoznawalny za granicą, przez dziewięć lat pełnienia urzędów ministerialnych (to absolutny rekord III RP) w MON i MSZ zbudował sobie pozycję i międzynarodowe znaczenie. Z drugiej jednak strony sam jest sobie winny, lub współwinny wszystkich spotykających go przygód i nieprzyjemności. Fakt, że nie przepadają za nim w partii nie bierze się znikąd. Afera taśmowa miałaby zupełnie inny przebieg gdyby nie znane skąpstwo i egocentryzm Sikorskiego. Politykom na wysokich stanowiskach wady charakteru na ogół jednak nie rujnują karier. Jak będzie w przypadku byłego szefa MSZ? Sporo zależy od decyzji śledczych. Nie sądzę by prokuratura zdecydowała się Sikorskiemu przedstawić zarzuty. Skoro już dwa razy umarzała sprawę kilometrówek nie dopatrując się złamania kodeksu karnego, mało prawdopodobne wydaje się, by nagle coś zmieniło się w stanie faktycznym. Sejmowe regulaminy są tak nieprecyzyjne, rozliczenia zaś oparte na ryczałtach i deklaracjach, nie zaś na rozliczeniach rzeczywistych faktur czy paragonów udowadniających realnie poniesione koszty. W takim przypadku trudno mówić o wyłudzeniu czy fałszerstwie w kategoriach kodeksu karnego. Podobnie będzie też prawdopodobnie z madrycką trójką. Kłopot jednak w tym, że do polityków oczekuje się nie tylko przestrzegania prawa ale również wysokich standardów etycznych. Jeśli zachowanie byłych posłów PiS okazuje się nieetyczne, oni sami przyznają się do tego zwracając kancelarii sejmu pieniądze, nie ma powodu by Sikorskiego traktować inaczej. Choćby był nawet dyplomatycznym geniuszem, powinny go obowiązywać takie same standardy, jak innych posłów. Jeśliby więc prokuratura sprawę umorzyła, ale udowodniła przy okazji, że marszałek nie mógł w rzeczywistości pokonać samochodem dystansów uprawniających do kilkudziesięciotysięcznych zwrotów, sprawa może się okazać dla niego jeszcze bardziej kłopotliwa niż dzisiaj. Gdyby dowiedziono, że postąpił nieetycznie nawet jego sojusznicy przestaliby mieć możliwość bronienia go.

Na razie jednak sytuacja Sikorskiego nie jest beznadziejna. Nadzieją dla niego jest to, że opinia publiczna prędzej czy później zajmie się innym tematem. Gdyby po 1 stycznia pakiet kolejkowy okazał się niewypałem, dramat pacjentów będzie bardziej wdzięcznym tematem niż podróże marszałka. Paradoksalnie więc dla Sikorskiego nadzieją są kłopoty, które mogą spotkać innych kolegów lub koleżanki z rządu – na kolei, w szkołach, w służbie zdrowia, policji itp. Paradoksem jest też to, że sytuacja Sikorskiego staje się nauczką dla wpływowych środowisk w Platformie. Wszak np. dla Grzegorza Schetyny perypetie Sikorskiego mogą się wydawać testowaniem scenariusza grillowania jego samego. Jeśli w skutek partyjnych porachunków (ale też powiedzmy uczciwie poważnych błędów samego marszałka) uda się „wyciąć" Sikorskiego, Schetyna może być pewien, że będzie następny. Wizerunkowe kłopoty rządu (dość wspomnieć fatalną konferencję prasową premier Ewy Kopacz z ubiegłego tygodnia, podczas której nie potrafiła sobie przypomnieć, czy działała w ZSL, czy fatalny wywiad w TVP) będę podgrzewać atmosferę wewnątrz Platformy i sprawiać, że różne grupy w tej partii szukać będą wariantów na przejęcie tej partii. Osłabienie wpływów Kopacz, będzie wzmacniało siły odśrodkowe i wewnętrzne napięcia.

To może jednak dla Sikorskiego oznaczać, że nawet jeśli przetrwa tę burzę, i tak będzie musiał walczyć o polityczne przetrwanie za kilka miesięcy. Dziś może przyznać się do błędu i np. zwrócić część z pobranej na paliwo kwoty i jakoś załagodzić sprawę. Ale im bliżej będzie wyborów, tym ostrzej będzie musiał walczyć o życie.