Może w listopadzie 2010 roku po słynnym spotkaniu Donalda Tuska z rodzinami, które w katastrofie pod Smoleńskiem straciły bliskich, a może trochę później. Młoda, ładna blondynka, którą – jakby dla dodania jej powagi – tytułowano „pani mecenas". Na pierwszy rzut oka nie budziła zaufania, prędzej rezerwę. Jakaś kolejna zrozpaczona córka, co też ciekawego może mieć do powiedzenia?
Ale gdy tylko ta dziewczyna zaczęła mówić, okazało się, że ma do powiedzenia niemało. Mówiła logicznie i spójnie. W jej sposobie argumentacji, tonie głosu nie było zacietrzewienia. Były konsekwencja i stanowczość. Właściwie już wtedy stało się jasne, że prawniczka z Krakowa należy do tych osób, które w sprawie katastrofy tupolewa nie odpuszczą. I nie będzie wygodnym przeciwnikiem, bo trudno zrobić z niej oszołoma.