Ze wszystkich wielkich słów, które padły z ust premiera, gdy ogłaszał radykalną rekonstrukcję swojego rządu, te najlepiej oddają kryzys, w jakim na własne życzenie znalazła się dowodzona przez niego koalicja rządowa. Cóż to bowiem za zdarzenie wstrząsnęło sceną polityczną tak bardzo, że trzeba się ogarniać, a do tego ogarnięcia niezbędna jest wymiana połowy rządu? Sama zamiana jednego opozycyjnego prezydenta na innego opozycyjnego prezydenta nie powinna być aż takim wstrząsem dla premiera, który obejmując władzę, wiedział, że będzie się nią dzielić z wrogim prezydentem. A jako doświadczony polityk musiał brać pod uwagę przegraną swojego kandydata w wyborach prezydenckich. Jeśli po półtora roku markowania rządzenia w bezradnym oczekiwaniu na wygranie prezydentury, bez której nie umie skutecznie wykorzystać tej władzy, którą od wyborców dostał, premier wymienia połowę rządu i zapowiada, że teraz to już na pewno zabiorą się do pracy, to z morale w obozie władzy musi być naprawdę źle. A premier zdaje się nie mieć pomysłu, jak to zmienić.