Jan Maciejewski: Spisek przeciwko cudowności

Każde przebudzenie, choćby i najbardziej nawet brutalne przerwanie snu, jest sequelem zmartwychwstania. Początkiem nowych cudów, kontynuacji rozpoczętej w Jerozolimie sekwencji magicznych zdarzeń. Bardziej nieprawdopodobnych niż wszystkie rojenia ezoteryków, zodiakar i kolekcjonerów zjawisk paranormalnych.

Publikacja: 13.10.2023 17:00

Jan Maciejewski: Spisek przeciwko cudowności

Foto: Fotorzepa/ Robert Gardziński

Jednym z najbardziej olśniewających i najprostszych zarazem bon motów wszech czasów był ten wygłoszony przez Chestertona – o człowieku, który przestając wierzyć w Boga, może uwierzyć we wszystko. Ale ta dogmatyczna łatwowierność podszyta jest tak naprawdę nie mniej powszechnym zwątpieniem. Bo kiedy świat, i wszystko, co go wypełnia, przestaje być miłosnym listem wysłanym przez Boga do człowieka, przestaje się odczytywać każde jego zdanie i zgłoskę z poczuciem wdzięczności i czci, a zamiast tego bierze je „for granted”. To tu tkwi korzeń rozpaczliwego poszukiwania cudowności, nadzwyczajności, dzika żądza efektów paranormalnych. W tym, że codzienność straciła blask cudu.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Felieton ostatni, bo dziennikarstwo zaczęło przypominać stadionowe trybuny

Nie ma bardziej wzruszających scen Ewangelii niż te zaraz po zmartwychwstaniu Chrystusa. Co robi zwycięzca śmierci? Zaprasza uczniów na smażoną rybę. Jest tak niepozorny, że zakochana w nim do szaleństwa Magdalena bierze go za zwykłego ogrodnika. Kiedy przyłącza się do wędrujących uczniów, ci biorą go za najmniej rozgarniętego z mieszkańców Jerozolimy. Trudno o bardziej dobitny dowód na prawdziwość zmartwychwstania. Trzeba naprawdę być Bogiem, żeby tak kompletnie nie troszczyć się o to, za kogo zostanie się wziętym. Mieć – pardon le mot – wywalone na efekt, jaki wywrze Jego niespodziewane pojawienie się wśród przyjaciół i znajomych. Dzięki temu, że wszystko, co robił w ciągu tych kilku dni po zmartwychwstaniu, było do cna wyzute z jakiejkolwiek magiczności i niesamowitości, rzucił niegasnący aż do skończenia świata czar na wszystko, co zwyczajne.

Nie ma bardziej wzruszających scen Ewangelii niż te zaraz po zmartwychwstaniu Chrystusa. Co robi zwycięzca śmierci? Zaprasza uczniów na smażoną rybę. Jest tak niepozorny, że zakochana w nim do szaleństwa Magdalena bierze go za zwykłego ogrodnika.

Od tej pory w tle najbardziej nawet skromnego śniadania tli się ogień rozpalony na brzegu Jeziora Galilejskiego. Każde przypadkowe spotkanie zakochanych pobrzmiewa zachwytem niedowierzającej swemu szczęściu Magdaleny; pierwsze słowa ich powitania już zawsze będą dalekim echem jej wyszeptanego na bezdechu „Rabbuni?”. Każde przebudzenie, choćby i najbardziej nawet brutalne przerwanie snu, jest od tamtej pory sequelem zmartwychwstania. Początkiem nowych cudów, kontynuacji rozpoczętej w Jerozolimie sekwencji magicznych zdarzeń. Bardziej nieprawdopodobnych niż wszystkie rojenia ezoteryków, zodiakar i kolekcjonerów zjawisk paranormalnych. Bo czy może być coś bardziej niesamowitego niż to, że konsekwencja zachwytu spotkaną kilkanaście lat temu dziewczyną budzi mnie właśnie, klepiąc swoją dwuletnią dłonią po policzku? Prenumeratorzy „Czwartego wymiaru” – czy jesteście to w stanie logicznie wytłumaczyć?

Światem rządzi obecnie spisek zawiązany przeciwko jego cudowności. Sprzysiężenie ponurych racjonalistów, wmawiających nam, że we wszystkim, co nas otacza, nie ma niczego niezwykłego. Jest tylko ciąg logicznych konsekwencji i przypadkowych zbiegów okoliczności. Że rzeczywistość to wielka szulernia, w której na początku jest rzut kości, ślepy traf, a potem tylko nieubłagana spłata zaciągniętego w ten sposób długu. Przypadek i konieczność, dwóch strażników krzyżujących halabardy u bram ludzkiej świadomości; próbujących nie dopuścić do niej zachwytu nad cudem istnienia. Wysiłek wkładany w rozwianie aury cudowności spowijającej wszystko, co jest (i w ogóle sam fakt, że cokolwiek jest), nie ma sobie równych w dziejach świata. A największym wrogiem tego żałosnego w swoich ambicjach i z góry skazanego na porażkę spisku jest Kościół katolicki.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Tak. Wolę umrzeć niż zgrzeszyć

Narzędzie ekspansji tego cudu, który wydarzył się 2 tys. lat temu w Jerozolimie (i w ogóle cudowności jako takiej), rozszerzające go nie tylko „wszerz” świata, aż po najdalsze jego kresy, zgodnie z zasadą powszechności. Równie mocno i nieuchronnie rozszerza się też „w głąb”: jest nie tylko powszechny, ale i powszedni. Ta pierwsza cecha sprawia, że myślę o nim z podziwem, druga – z jeszcze większą wdzięcznością. Ekspanduje „na cały świat” i w środek najzwyklejszej codzienności; nie będzie sobą, jeśli nie spróbuje dotrzeć wszędzie. Na wyspy Bahama i pomiędzy najzwyklejsze rozmowy. Zaniesie prawdę o cudzie zmartwychwstania na dwory władców, bibliotek uczonych i do małżeńskich sypialni; nie pozostawi najmniejszego skrawka rzeczywistości niezaczarowanym. Będzie wszystkim albo niczym. A my razem z nim.

Jednym z najbardziej olśniewających i najprostszych zarazem bon motów wszech czasów był ten wygłoszony przez Chestertona – o człowieku, który przestając wierzyć w Boga, może uwierzyć we wszystko. Ale ta dogmatyczna łatwowierność podszyta jest tak naprawdę nie mniej powszechnym zwątpieniem. Bo kiedy świat, i wszystko, co go wypełnia, przestaje być miłosnym listem wysłanym przez Boga do człowieka, przestaje się odczytywać każde jego zdanie i zgłoskę z poczuciem wdzięczności i czci, a zamiast tego bierze je „for granted”. To tu tkwi korzeń rozpaczliwego poszukiwania cudowności, nadzwyczajności, dzika żądza efektów paranormalnych. W tym, że codzienność straciła blask cudu.

Pozostało 86% artykułu
Plus Minus
(Nie)chciany prezydent
Plus Minus
Ksawery Szlenkier: Tęsknię za beatem 4/4
Plus Minus
Jan Maciejewski: Stało się
Plus Minus
Jan Bończa-Szabłowski: Badał kapitalizm metodą obserwacji uczestniczącej
Materiał Promocyjny
Mity i fakty – Samochody elektryczne nie są ekologiczne
Plus Minus
Wolność motyla