Ci, którzy pamiętają czasy komunistyczne, dobrze wiedzą, że kiedy ustawiała się kolejka przed sklepem, natychmiast trzeba było do niej dołączyć, bo niezależnie od tego, co „rzucili”, na pewno był to towar deficytowy. Z euro jest dziś podobnie: nawet jeśli dokładnie nie wiadomo, co przyniesie przyjęcie wspólnej waluty, liczba kandydatów do przystąpienia do unii walutowej jest całkiem pokaźna.

1 stycznia do strefy euro dołączyła Chorwacja. Od uzyskania niepodległości przed 30 laty władze w Zagrzebiu sztywno powiązały kunę najpierw z niemiecką marką, potem euro. De facto pozbyły się więc narzędzi polityki monetarnej. Wprowadzenie do obiegu wspólnego pieniądza ma ułatwić życie turystom, z których żyje to małe, bałkańskie państwo. Znikną przecież koszty wymiany. Być może też uda się nieco ożywić niewielki chorwacki sektor przemysłowy. Przede wszystkim jednak przystąpienie do unii walutowej (podobnie jak równoczesna akcesja do strefy Schengen) ma wymiar polityczny: chodzi o jak najmocniejsze związanie się z zachodnią Europą i jeszcze głębsze odcięcie od Serbii, która znów stawia na alians z Rosją i marzy jej się odbudowa części utraconych wpływów na Bałkanach.

Orbán myśli o unii walutowej

Krok Chorwacji pozostawia tylko siedem krajów Unii poza Eurolandem. Ale i ta liczba w ciągu najbliższych lat mocno się skurczy. Europejski Bank Centralny (EBC) właśnie wydał zgodę na bicie przez Bułgarów monet euro z własnym rewersem: kolejny krok do przyjęcia być może już za rok wspólnej waluty. W ślady swojego sąsiada chcą też pójść Rumuni. Obu krajom szyki pomieszała wysoka inflacja: zgodnie z regułami z Maastricht jednym z pięciu warunków przystąpienia do strefy euro musi być ograniczenie wzrostu cen do poziomu nieprzekraczającego 1,5 pkt proc. powyżej średniej trzech najlepszych pod tym względem państw należących do unii walutowej. Ale z drugiej strony wojna w Ukrainie, z którą Rumunia graniczy, potęguje starania władz w Bukareszcie o porzucenie lei.

O euro marzą nawet Węgry. Viktor Orbán od 12 lat przekształca swój kraj w jedynego członka Unii, który nie jest już zdaniem amerykańskiej Freedom House pełną demokracją. Mimo wojny za wschodnią granicą mnoży też kontakty z Moskwą. A jednak jesienią zeszłego roku minister finansów Mihály Varga zapowiedział, że Budapeszt chce wprowadzić forinta do systemu ERM2, przedsionka Eurolandu, gdzie kurs walut narodowych przynajmniej przez dwa lata musi się poruszać w ściśle określonym przedziale kursowym względem euro.

Czytaj więcej:

Panel ekonomistów Z euro szybciej dogonimy niemiecką gospodarkę

Pro

Każdy, kto poważnie myśli o polityce monetarnej, musi poważnie potraktować te plany – przekonywał Varga.

Bo też węgierska gospodarka, która mocno uzależniła się od niemieckich inwestycji w szczególności w sektorze motoryzacyjnym, jest w coraz gorszej kondycji, a kurs forinta w zeszłym roku w niepokojącym tempie tracił na wartości. To moment, kiedy Orbán musi odłożyć na bok nacjonalistyczne bufonady, jeśli chce, aby jego skorumpowany system jeszcze przez jakiś czas utrzymywał się na powierzchni.

Polska nie jest na tym etapie. Z jednej strony gospodarka jest w znacznie lepszej kondycji od węgierskiej, z drugiej na dziesięć miesięcy przed wyborami Jarosław Kaczyński, który nie ustaje w atakach na Brukselę i Berlin, nie chce pozbywać się kluczowego ideologicznego instrumentu zachowania twardego elektoratu, o ile nie będzie przyparty do muru. Wie też, że prowadziłoby to do jeszcze ostrzejszego konfliktu z Solidarną Polską Zbigniewa Ziobry.

Jest jednak jasne, że w razie całkiem prawdopodobnej utraty władzy przez PiS pod koniec tego roku opozycja przeprowadzi radykalną zmianę polityki w sprawie euro. Nie tylko fatalny bilans NBP pod kierunkiem Adama Glapińskiego w walce z inflacją i gwałtowne hamowanie gospodarki przyćmiły argument zwolenników utrzymania złotego. Twierdzili oni, że to dzięki walucie narodowej Polska nie wpadła w recesję w trakcie kryzysu finansowego lat 2009–2010. Po latach sporów z Brukselą o rządy prawa przynależność do unii walutowej zabetonowałaby integrację naszego kraju z zachodnią wspólnotą wartości.

Czesi takiego problemu nie mają. W premierze Petrze Fiali nasi zachodni sąsiedzi znaleźli tak bardzo brakującą Polsce formułę nowoczesnego konserwatyzmu, który jest wolny od populizmu i nie zagraża demokracji. Z perspektywy Pragi przystąpienie do strefy euro nie ma więc takiego wymiaru, jak z perspektywy Warszawy. A jednak gdyby wszyscy sąsiedzi Czech stali się częścią unii walutowej, byłby to poważny kłopot dla niewielkiego przecież kraju, który bardzo jest uzależniony od handlu. Stąd rząd Fiali nie odcina się, jak jego poprzednicy, od porzucenia korony. Raczej wskazuje, że na razie Czechy nie spełniają żadnego z pięciu warunków przystąpienia do strefy euro. Gdy czasy się nieco uspokoją, zapewne to osiągną.

Dwie sekundy autonomii

Rosyjskie zagrożenia i decyzja o przystąpieniu do NATO zmieniły także ton debaty na temat przystąpienia Szwecji do unii walutowej. Kraj przestał być neutralny, więc i głębsza integracja z Unią nie byłaby dla jego władz tak problematyczna.

Pozostaje jednak kwestia opinii publicznej. Gdyby w latach 90. w Niemczech przeprowadzono referendum w sprawie porzucenia swojej waluty, niemal na pewno skończyłoby się ono odrzuceniem unii walutowej. Nawet Francuzi, przecież mniej przywiązani do słabego franka niż Niemcy do mocnej marki, w 1992 roku wyrazili tylko „malutkie tak” („petit oui”) dla traktatu z Maastricht – „za” było 51,05 proc. z nich. Jednak w Szwecji, inaczej niż w Niemczech, referenda nie mają tak złych konotacji (spuścizna Trzeciej Rzeszy), a i stawka przyjęcia euro nie była tak duża, jak w Niemczech (taki nieformalny warunek zgody na zjednoczenie Niemiec stawiał François Mitterrand). Dlatego w 2003 roku rząd w Sztokholmie zmierzył się z tym wyzwaniem z otwartą przyłbicą. I poniósł porażkę – 56 proc. mieszkańców królestwa odrzuciło przyjęcie euro, a jedynie 42 proc. było „za”. Później sukcesy gospodarcze kraju, a także obraz załamującej się Grecji, Portugalii czy Hiszpanii w trakcie kryzysu finansowego jeszcze bardziej zniechęciły Szwedów do porzucenia korony. Akcesja do unii walutowej stała się tym trudniejsza, że precedens referendum sprzed dziesięciu lat powoduje, iż bez zgody społeczeństwa w otwartym głosowaniu pogrzebanie korony nie jest możliwe.

A mimo to Szwecja pozostaje faktycznym członkiem strefy euro. Dzieje się tak, bo Riksbank, szwedzki bank centralny, ściśle naśladuje politykę monetarną większego brata – Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Złośliwi mówią wręcz, że jego autonomia ogranicza się do 2–3 sekund, tyle, ile zajmuje pojawienie się na komputerach w Sztokholmie decyzji podjętych we Frankfurcie i pójście za ich tropem przez Szwedów.

Jeszcze mocniej z EBC związała się Dania, która też nie ma euro. Po brexicie to jedyny kraj, który w traktacie z Maastricht wynegocjował sobie opt-out: zgodę, aby trwale pozostać poza unią walutową. A jednak niewielkie królestwo jest tak ściśle zintegrowane z gospodarką niemiecką, że zdecydowało się związać sztywnym kursem swoją walutę z euro. Jest ona więc tak naprawdę tylko innym wyobrażeniem europejskiego pieniądza.

Włoski antyprzykład

Cała Unia ma więc euro lub w takiej czy innej formie szykuje się do jego przyjęcia. Skąd takie powodzenie wspólnej waluty? Zawiązanie unii walutowej 1 stycznia 1999 roku, kiedy na stałe ustalono kursy walut 11 państw założycielskich do euro, poprzedziły trzy dekady debat. O tej idei wspominał już wybrany w 1974 roku prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing, choć dopiero upadek muru berlińskiego i strach przed pójściem własną drogą przez zjednoczone Niemcy nadał mu realnego kształtu. Było więc wystarczająco dużo czasu na opisanie niezliczonych korzyści, jakie miała przynieść unia walutowa. Większość z nich nigdy się jednak nie zmaterializowała.

Jednym z najczęściej przytaczanych przez zwolenników integracji argumentów miał być rozwój handlu między krajami Unii i jeszcze głębsza integracja ich gospodarek. Jednak Jean Pisani-Ferry, jeden z największych autorytetów w sprawach integracji, związany z brukselskim Instytutem Bruegla, wskazuje, że blisko ćwierć wieku od powołania strefy euro za sprawą samej wspólnej waluty wartość wzajemnej wymiany wzrosła o marginalne 2 proc. EBC jest nieco bardziej optymistyczny, szacuje wzrost na 5 proc., ale to i tak wynik, który w żadnym stopniu nie uzasadnia ogromnego wysiłku, jaki był potrzebny do powołania wspólnego pieniądza. Polska, której eksport wzrósł kilkanaście razy od przystąpienia do Unii, dokonała tego, zachowując złotego. Jak tłumaczy Pisani-Ferry, handel między dwoma sąsiadującymi regionami z odmiennych państw Unii jest sześciokrotnie mniej intensywny niż wymiana między sąsiadującymi regionami z tego samego kraju. Jego zdaniem decyduje o tym wspólnota języka, historii, obyczajów – znacznie ważniejsza niż koszty wymiany walut.

Ale powołanie wspólnej waluty nie doprowadziło też do przezwyciężenia różnic w poziomie rozwoju krajów, jak to zapowiadali przed laty euroentuzjaści. Mówi o tym szczególnie wymownie przykład Włoch, których gospodarka od przystąpienia do unii walutowej w ogóle nie urosła. Ponieważ zaś w tym czasie dynamicznie rozwijała się gospodarka niemiecka, różnica w dochodzie na mieszkańca między oboma krajami podwoiła się z 20 do 40 proc. Po utracie na rzecz EBC kompetencji w polityce monetarnej rządy narodowe nie chciały rezygnować z innych uprawnień, w szczególności gdy idzie o politykę fiskalną i ogólnie gospodarczą. W konsekwencji o ile niektóre państw za sprawą nieraz bolesnych reform bardzo poprawiły swoją konkurencyjność, o tyle inne tego nie osiągnęły.

To już nie Bundesbank

Polaryzację dochodów pogłębił brak budżetu strefy euro z prawdziwego zdarzenia. Ten, którym dysponuje Unia Europejska, odpowiednik 1 proc. PKB Wspólnoty, jest minimalny. To za mało, aby niwelować różnice w poziomie rozwoju, jak to robią państwa narodowe, wspierając biedniejsze regiony dzięki nakładaniu dodatkowych podatków na regiony bogate. Co prawda powołany z inicjatywy Niemiec i Francji Fundusz Odbudowy, na który składa się 750 mld euro darowizn i preferencyjnych kredytów, jest przykładem odejścia od tej logiki. Ale przecież jednorazowym, który jeśli nie będzie powtórzony, wiele w strukturze dochodów i wydatków Unii nie zmieni.

Szczególnie bolesnym doświadczeniem dla mniej konkurencyjnych krajów południa Europy okazał się kryzys finansowy z lat 2009–2011. Mając po raz pierwszy dostęp do silnej waluty i niskich stóp procentowych, państwa te zaczęły po wejściu do strefy euro masowo się zadłużać, co m.in. doprowadziło do ogromnej bańki nieruchomościowej. Brutalny sposób, w jaki po wybuchu kryzysu zostały one potraktowane przez kanclerz Angelę Merkel, dla której priorytetem pozostawało spłacenie zaciągniętych pożyczek w niemieckich bankach, do dziś powoduje wiele resentymentów wobec Berlina.

Bardziej złożony jest bilans unii bankowej. Początkowo instytucje finansowe zaczęły masowo pożyczać w innym niż własny krajach unii walutowej. Kryzys finansowy brutalnie położył temu kres. I choć przyznanie dodatkowych kompetencji EBC w sprawie nadzoru nad instytucjami finansowymi przywróciło nieco zaufania, to jednak banki wciąż, choć nieśmiało, próbują szczęścia za granicą.

Czytaj więcej

Biznes: ten kryzys jest argumentem za euro

Podobnie złożony jest sukces euro w zdobyciu statusu waluty rezerwowej świata. Wróżono mu osiągnięcie pozycji dolara. To się nigdy nie spełniło. Zalanie rynków finansowych od 2012 roku tanim pieniądzem przez EBC pod kierunkiem Maria Draghiego uśmierzyło obawy, że euro dożywa swoich dni. Ale do dawnej pewności nigdy już nie wrócono: wciąż aktywa ulokowane za granicą przez banki centralne w europejskiej walucie są o około jednej trzeciej mniejsze niż w szczytowym okresie przed kryzysem finansowym.

Trudno mówić nawet o jednoznacznym sukcesie walki z inflacją. Chodzi nie tylko o drożyznę, jaka ogarnęła Europę i cały świat w wyniku wojnie w Ukrainie. Masowo skupując obligacje słabszych krajów euro, Draghi odszedł przecież od modelu Bundesbanku, dla którego absolutnym priorytetem było utrzymanie stabilności cen.

Kryzys umocnił Euroland

Sukcesu euro należałoby szukać gdzie indziej i kiedy indziej. Jego drugie narodziny nastąpiły gdzieś w lutym 2015 roku, kiedy lider radykalnie lewicowej greckiej Syrizy Aleksis Tsipras świeżo po wyborze na premiera odrzucił warunki kolejnego unijnego programu uratowania kraju przed bankructwem. Był przekonany, że ówczesny niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble ustąpi, bo przestraszy się tzw. efektu domina: ewentualna niewypłacalność Grecji pociągnęłaby za sobą Włochy, Portugalię i Hiszpanię, bo rynki finansowe nie wierzyłyby już, że ktokolwiek uratuje ich aktywa. W ten sposób doszłoby więc do rozpadu Eurolandu i samej Unii Europejskiej. Ale Niemiec nie uległ szantażowi. Oświadczył Tsiprasowi, że jeśli chce, aby Grecja żyła poza unią walutową, droga wolna. Nagle to Grek znalazł się na lodzie. Zrozumiał, że jemu i jego krajowi grozi absolutna katastrofa. I ustąpił na całej linii.

To okazało się przełomem w podejściu do wspólnej waluty wszystkich europejskich sił radykalnych – z prawa i z lewa. Dwa lata po porażce Tsiprasa prawicowa Marine Le Pen przystępowała do walki o Pałac Elizejski z postulatem przywrócenia franka. Przekonywała, że euro jest odpowiedzialne za słabą konkurencyjność francuskiej gospodarki i lawinowo narastający deficyt w handlu zagranicznym. Jednak w decydującej debacie telewizyjnej pod ostrzałem pytań Emmanuela Macrona, który chciał wiedzieć, co się wówczas stanie z pensjami Francuzów, ich emeryturami i oszczędnościami, liderka skrajnej prawicy poległa podobnie jak Tsipras – jej wynik wyborczy, 33,9 proc., był dalece poniżej oczekiwań. W kampanii przed wyborami prezydenckimi 2022 roku o wyjściu z unii walutowej w programie Le Pen już nie było mowy. Pozostały znacznie bardziej mętne zapowiedzi o przekształceniu Unii we „wspólnotę niezależnych narodów”.

Nie inaczej postąpili liderzy włoskiej skrajnej prawicy. Latem 2018 roku, u progu tworzenia się rządu Giuseppe Contego z udziałem lidera Ligi Mattea Salviniego, „Financial Times” ujawnił, że częścią jego programu jest wyprowadzenie Włoch ze strefy euro. W kraju z najwyższym obok Grecji zadłużeniem w Eurolandzie mogło to doprowadzić do paniki na rynkach finansowych. Salvini szybko więc podkulił ogon i zapewnił, że kocha euro.

Nie inaczej dzieje się dziś z premier Giorgią Meloni, liderką równie skrajnego ugrupowania Bracia Włosi. I ona w przyszłości przekonywała, że euro powinno trafić na śmietnik historii. Ale dziś jest prymuską w szkole wypełniania kryteriów z Maastricht: redukuje deficyt budżetowy kraju poniżej 3 proc. PKB, a ponadto w przeciwieństwie do Polski i Węgier co do joty wprowadza kamienie milowe potrzebne do uzyskania środków z Funduszu Odbudowy.

Euro stało się w ten sposób synonimem prawdziwej przynależności do zjednoczonej Europy, do Zachodu. Jak pokazał Orbán, można być w Unii i nie respektować reguł demokracji. Ale nad przestrzeganiem dyscypliny w Eurolandzie czuwają rynki finansowe. Tu szaleństwa nie przejdą. A to wywołuje szacunek świata. Dlatego każdy, kto raz znajdzie się w tym dżentelmeńskim klubie, woli go już nie opuszczać.