Nie pamiętam już, czy przeprowadzający ten wywiad dziennikarz „Wyborczej" zdefiniował na prośbę swego rozmówcy, Jacka Dukaja, „upadek". No bo nawet jeśli, to przecież ze słowem tym jest jak ze słynną sceną z filmu „Upadek" właśnie. Führer coś krzyczy, marszałkowie ocierają nerwowo pot z czoła, pokojówka płacze, a napisy każdy wstawia, jakie chce. Był więc już bunkier Hitlera gabinetem prezesa Legii Warszawa, Nowogrodzką, siedzibą ZUS-u, a w dziesiątkach innych języków zapewne tysiącem innych miejsc. Nastrój chwili, w której zdajemy sobie sprawę, że sprawa nieodwołalnie się rypła, jest rytmem, na który można nałożyć różne melodie. Czy jak kto woli – melodią, do której pasują dowolne słowa.
Czytaj więcej
Był poetą ślepej ciemności. Jego wyobraźnia była skąpana we krwi i usłana trupami. Tracił nadzieję, byśmy mogli ją odzyskiwać.
Kiedy wszyscy naokoło opowiadają o nieuchronnej katastrofie, to przecież nie chodzi o jeden, nadciągający z kosmosu meteoryt, ale o setki zupełnie różnych kolapsów. Inflację, inwazję ze Wschodu, kryzys Kościoła. A więc powiedz mi, jak definiujesz upadek, a powiem ci, kim jesteś. Ta myśl, która dręczy cię najbardziej, jest najdokładniejszą informacją na twój temat. Jesteś tym, przed czym drżysz.
Najpopularniejszym unikiem, klauzulą generalną, słowem, z którym upadek rymuje się najczęściej, jest „cywilizacja". I tu dochodzimy do sedna sprawy, bo jak wszyscy wieścimy katastrofę, tak też każdy z nas uważa się za człowieka cywilizowanego. Jemy z użyciem noża i widelca, mieszkamy w ogrzewanych centralnie budynkach, chodzimy na zakupy, a nie na polowania. Jeśli nastąpi zapowiadany upadek cywilizacji, będzie on oznaczał przede wszystkim spadek poziomu życia, rezygnację z wygód ofiarowywanych przez miłościwie panującą nam cywilizację.
Czy to jednak rzeczywiście te wszystkie dobra tworzą ją i definiują, a w związku z tym – to już bardziej niepokojące pytanie – czy naprawdę jesteśmy tak cywilizowani, jak się nam wydaje?
Czy to jednak rzeczywiście te wszystkie dobra tworzą ją i definiują, a w związku z tym – to już bardziej niepokojące pytanie – czy naprawdę jesteśmy tak cywilizowani, jak się nam wydaje? Pojęcie to powstało przecież ze sprzeciwu, podczas walki. Na froncie wojny z barbarzyństwem, w pierwszej kolejności tym panoszącym się wewnątrz nas. Opowiada o tej wojnie wydana niedawno książka filozofa Pawła Armady „Mistrzowie koncentracji". Na jej podstawie można przedstawić zupełnie różną od krążących dookoła definicję upadku.
Upadamy wtedy, kiedy nie potrafimy się skupić. Gdy rzeczy wokół (i w nas samych) jest za dużo, a nie zbyt mało. Stajemy się wtedy korytem, przez które płynie potok wrażeń, bodźców, informacji. Korytem schludnie ubranym, zadbanym i najedzonym. Ale jednak upadłym. Zapaści doznaje wtedy nie gospodarka czy system obronny, ale człowieczeństwo. Bo jest ono pojęciem może jeszcze bardziej frontowym niż cywilizacja. Wykształconym w walce ze słabościami, instynktami, lękami – tym pełniejsze i dojrzalsze, im bardziej potrafiące się sprzeciwiać. Wybierać węższe ścieżki, trudniejsze rozwiązania. Koncentrować się na sobie – swojej duszy i celu, jaki przed nią stoi.
Czytaj więcej
Tak jakoś wyszło. To nie był planowany ruch, próba udzielenia odpowiedzi czy racjonalizacji. Kilka miesięcy temu, dokładnie tego dnia, kiedy ogłasz...
Bo w ogrodzie każdej duszy panoszy się barbarzyńca. Nie ma maczugi ani nie ocieka krwią. Gorzej – snuje się bez celu. Podpowiada, że już wystarczy, dalej nie trzeba się męczyć. Nie chce, żebyś dowiadywał się, kim jesteś. Zrobi wszystko, co w jego mocy, żebyś nie panował nad swoimi myślami, marzeniami, odruchami. Nie zakręci kaloryferów ani nie odłączy prądu. On przełączy cię na zewnętrzne zasilanie. To już nie ze środka, z duszy, popłynie napięcie i komunikat. Uczyni cię bezwolnym i posłusznym tysiącom rozkazów dochodzących z zewnątrz.
To się dopiero nazywa upadek.