„Ziemia trwa" George'a R. Stewarta przynosi wizję apokaliptyczną: w wyniku pandemii ginie prawie cała populacja, po ludziach zostają jedynie pamiątki w postaci budynków, mostów, ruin miast i autostrad. Stewart, amerykański historyk, pisywał też beletrystykę, ale „Ziemia trwa" jest jedynym jego dziełem science fiction. Książka liczy już sobie 70 lat, powstała pod koniec lat 40. XX wieku, a po polsku ukazała się dopiero teraz. Rozwój technosfery nie odebrał jej aktualności – nie ma w niej komputerów, ale zagłada ludzi i tak by je wykasowała z porządku świata.

Pierwsza faza katastrofy polega zatem na usunięciu ludzkości. Faza druga: ocaleńcy próbują się urządzić w nowej rzeczywistości. Isherwood Williams, do niedawna zajęty pracą magisterską z ekologii, chce zobaczyć świat po kataklizmie. To mu daje wolę przetrwania. Jego grupa koncentruje się na codziennych problemach. Tych nie brakuje, mimo że jedzenia jest dosyć, wystarczy wejść do najbliższego sklepu, gdzie – o dziwo – działają urządzenia chłodnicze. Turbiny wodne ustawione na tryb automatyczny wciąż dają prąd do sieci – widać, że autor nie jest inżynierem.

Problem nie sprowadza się więc do tego, by nie umrzeć z głodu i nie dać się pożreć dzikim zwierzętom. Ludziom Isha brak kompetencji, talentów, ochoty, by odbudować cywilizację albo chociaż zachować to, co może się przydać następnym pokoleniom: maszyny, książki, wiedzę praktyczną. Początkowo Ish uczy dzieci pisania i czytania, ale w końcu wobec braku entuzjazmu daje za wygraną. Nikt nie uczy młodych ciesiołki, hydrauliki, rolnictwa, medycyny. Gdy awarie wyłączają sieć wodociągową, nikt nie stara się tego naprawić. Jeszcze 20 lat po katastrofie grupa żywi się starymi konserwami ze sklepów i napojami z butelek.

Autor chciał chyba zarysować sytuację, w której nikomu specjalnie nie zależy, by wracało dawne, nawet za cenę wygód i spokoju

Nikt nie umie upiec chleba; grupa Isha nie hoduje kur ani bydła, nie uprawia warzyw ani zbóż. Młodzi wrzucają do ognia pudełka zapałek i nabojów, bo wybuchy ich bawią. Zaiste zdziczenie następuje w ciągu jednego pokolenia, pojawiają się zawiązki rytuałów plemiennych. Dawna religia odfruwa w dal.

Autor bodaj uważa, że wszystko załatwią regulatory biologiczne. Pojawia się mnóstwo bezpańskiego bydła, fale szarańczy, wreszcie pumy i zatrzęsienie szczurów. Po pewnym czasie zwierzęta znikają – dziesiątkują je wewnątrzgatunkowe pandemie? Natura reguluje te procesy własnym sumptem. Czy człowiek również podpada pod jej mechanizmy? To kluczowe zagadnienie powieści, na które odpowiedź jest taka: gatunek, który rozmnożył się nadmiernie, musi zostać ograniczony liczebnie. Inaczej stanowi zagrożenie. To zarazem nauka, którą można odnieść do naszej obecnej sytuacji.

Oczywiście, autor mógł inaczej przedstawić organizację w grupie Isha. Jednakże chciał chyba zarysować sytuację, w której nikomu specjalnie nie zależy, by wracało dawne, nawet za cenę wygód i spokoju. Inni autorzy tego typu utworów uznają, że ocaleńcy rzucą się odbudowywać cywilizację i w jeden, dwa wieki ją odrodzą. Stewart ma inne zdanie, według niego zapaść będzie głębsza i dłuższa. Przetrwanie biologiczne się uda, ale to druga faza zadecyduje, czy człowiek nadal będzie chodził na dwóch nogach. Tako rzecze historyk, będący z dziejami ludzkości za pan brat.

W zakończeniu Ish, zdruzgotany starością, obserwuje mężczyzn zbrojnych w dzidy. „Byli bardzo młodzi (...) w cyklu rozwoju cywilizacji o tysiące lat młodsi od niego. On był ostatnim z dawnej; oni byli pierwszymi z nowej. Nie wiedział, czy ta nowa podąży tą samą drogą co dawna, i teraz był prawie pewny, że nawet nie chce, by ten cykl się powtórzył". Może pasywność plemienia Isha wyjdzie nowej ludzkości na dobre: przynajmniej uniknie powtórki starych błędów. Ale czy na pewno?

„Ziemia trwa", George R. Stewart, tłum. Zbigniew A. Królicki, wyd. Rebis

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Bezład przestrzenny"

Po co nam nowa ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym

OGLĄDAJ RELACJĘ