Na jednej z nich ukazano stojącą nad brzegiem morza maszynę kopertującą. O maszynę opierała się atrakcyjna modelka. "Włóż mi!" - mówiła. W drugiej reklamie nad tym samym morzem stał automat pieniężny: siedziała na nim, obejmując maszynę udami, ta sama, ubrana w minispódniczkę dziewczyna i pytała: "Włożyłeś? To wyjmij!".
Pamiętam też ciąg dalszy tej historii: gdy rządy SLD zaczęły się chylić ku upadkowi, a AWS przymierzała się do przejęcia władzy, firma Banpol przeszła moralną przemianę. Zrezygnowała z reklam typu "Włóż mi!", wymieniła "Trybunę" na "Życie" i zaczęła sponsorować jeden z kwartalników konserwatywnych. Podczas jego przyjęcia promocyjnego za stołem prezydialnym zasiadł właściciel Banpolu, a obok niego polityk Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego (należącego do AWS) Bronisław Komorowski i redaktor "Życia" Tomasz Wołek.
Obaj określali się jako konserwatyści, ale nie przeszkadzały im ani obrzydliwe reklamy Banpolu, ani to, że właściciel tej firmy należał do biznesmenów z gatunku szemranych. Pytany o przemianę moralną Banpolu Komorowski nie widział problemu. "Widocznie chcą dobrze żyć z każdą władzą" - komentował. Ówczesny zaś lider polskich konserwatystów Aleksander Hall reklamy z "Trybuny" określał łagodnie jako "dalekie od dobrego smaku".
Piszę jednak o tym nie dlatego, żeby wypominać komuś hipokryzję, ale żeby pokazać, jak zmieniła się Polska. To były złote lata 90., gdy pierwszy milion trzeba było ukraść, a centralną dewizą moralną opiniotwórczych elit było Owsiakowe "Róbta co chceta", więc moje oburzenie reklamami "Włóż mi!" konserwatyści Wołek, Komorowski i Hall zbywali tylko wzruszeniem ramion.
Panowało powszechne przekonanie, że ekspansja liberalizmu obyczajowego jest nieuchronną dziejową koniecznością i nawet najzagorzalsi prawicowcy nie powinni się starać tego trendu powstrzymać. Nikomu wtedy nie śniło się, że premier jednego z najbardziej wpływowych państw Zachodu, jakim jest Wielka Brytania, będzie wprowadzał ograniczenia w dostępie do pornografii. Nikt zdrowy na umyśle nie prorokowałby, że odsetek przeciwników aborcji w Polsce wzrośnie z około 30 do 75 proc.
Na pewno też nikt się nie spodziewał, że zdrada wedrze się do siedziby sztabu, z którego posyła się na świat zastępy nieustraszonych modernizatorów. Że w "Gazecie Wyborczej", na eksponowanym miejscu (bo na drugiej stronie "Gazety Stołecznej"), zostanie opublikowany bezpardonowy atak na swobody obyczajowe. A tak się stało kilka dni temu.
Cóż wywołało takie oburzenie "Wyborczej"? Otóż plakat, zwykły plakat, reklamujący film "Do zaliczenia". Widać na nim spoglądającą filuternie panienkę z zeszytem, w którym wpisała sobie ku pamięci: "Francuzik i Lodzik". A nad nią wielki napis: "Zalicz ją w te wakacje". Widząc to, dziennikarka "Wyborczej" aż zagotowała się z oburzenia, jakby od lat pracowała jeśli nie w "Rzeczpospolitej", to w "Naszym Dzienniku". Dodajmy - ze słusznego oburzenia, bo nie ukrywam, że z tezą tekstu autorki w pełni się zgadzam, i aby zapobiec tego typu wybrykom, proponowałbym nawet znacznie dalej idące restrykcje prawne niż te, które ona sugeruje.
Natomiast Adam Michnik musi się po lekturze tego tekstu w łóżku przez sen przewracać. Tyle lat pracy u podstaw, edukacji publicznej, wpajania ludziom umiłowania do swobód seksualnych, promowania tolerancji dla najdzikszych upodobań erotycznych i wszystko na nic - na własnej piersi wyhodował zapyziałego polskiego kołtuna, który publicznie prezentuje swoje "moralne wzmożenie".
Stalin miał kiedyś powiedzieć, że wprowadzanie komunizmu w Polsce jest jak siodłanie krowy. Michnik mógłby dziś powiedzieć to samo o narzucaniu Polakom obyczajowego liberalizmu.