fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

Wiesław Godzic: Show wypiera debatę

Materiały prasowe
Dobrze, że dziennikarze jeszcze się nad tym zastanawiają, ale vox populi nie jest już zainteresowany tym, co jest prawdą, a co fałszem – mówi Wiesław Godzic, medioznawca i socjolog z Uniwersytetu SWPS.

Dlaczego nadawcy tworzą nieprawdopodobne fake newsy? Do kogo takie komunikaty trafiają?

Nieprawdopodobieństwo wydaje mi się kategorią bardzo chwiejną, na granicy. Tak naprawdę mało wiemy o tym, co jest nieprawdopodobne. To zależy od kultury, od stopnia zaufania do władz. Coś nieprawdopodobnego, niejasnego jest czymś ogromnie ciekawym. Przez lata informowano nas np. o wielkich pszczołach azjatyckich, które przylecą do Europy. W istocie tych owadów nie było i to był fake news. Jednak pojawia się pytanie, skąd odbiorcy mogą o tym wiedzieć? W przypadku tej historii rzeczywiście po pół roku pojawiły się jakieś duże szerszenie, o czym mówią różne źródła naukowe. Zatem wynika z tego, że aby wiedzieć dokładnie, co jest prawdopodobne, a co nie, należałoby być ekspertem w każdej niemal dziedzinie, znać biologię, branżę IT itd.

Dlatego w rzeczywistości jesteśmy bezbronni. Odbiorcy nie wiedzą, komu ufać. Umberto Eco pisał, że trudno mu zaufać komuś, więc ufa niektórym instytucjom. Wierzył wydawnictwu Bompiani, a innym już nie. Twórca „Teorii semiotyki” stworzył listę instytucji, którym ufał, ponieważ nie miał możliwości, by sprawdzić każdą z nich. Trzeba wybierać. Chodzi o intencjonalność, o to, czy my jako odbiorcy wierzymy danemu nadawcy. Fake news jest problemem odbiorcy, tego, czy wierzy i komu wierzy. Byłem swego czasu na stypendium w Norwegii i w trakcie rozmów z Norwegami okazało się, że oni poważnie myślą o tym, by zastosować cenzurę wobec amerykańskiego serialu „Z Archiwum X”, a to przecież popularny i lubiany serial.

Okazało się, że Norwegowie chcą go wycofać z tego samego powodu, z jakiego Polacy go lubią, ponieważ pokazuje, w jaki sposób władza stosuje pewne kruczki i działa poza uwarunkowaniami prawnymi. Norwegowie uważają się za praworządny naród, wybrali władzę po to, by ich strzegła, nie życzą sobie, by podważano jej autorytet, ponieważ jej wierzą. Dlatego musi pojawić się ogólna mapa tego, w co wierzymy, a w co nie wierzymy, na jaki temat mamy wiedzę, a na jaki nie. Podobnie jest z zaufaniem do gazet i dziennikarzy, jednym odbiorcy wierzą, innym nie. Nasza wiedza jest postmodernistyczna, trochę przesadzamy, nie wierzymy wielu klasycznym instytucjom. Warto się zastanowić, czy taka wiara jest stopniowalna, czy w ogóle fake news jest stopniowalny, czy to jest podział zero-jedynkowy. Nie radzimy sobie z tym, ponieważ nie wiemy, komu wierzyć. Na pewno nie dziennikarzom wszystkim w ogóle. Ja wierzę dziennikarzom, ale gdy ktoś zrobi błąd, to następnym razem wyda mi się nieprawdopodobny.

Zdjęcia, filmy są źródłem, któremu można ufać bardziej niż tekstom?

W dobie prostytucji obrazów – jak określają to Francuzi – nie wierzymy im, ponieważ wiemy, że aby stworzyć taki obraz, potrzeba jedynie odrobiny czasu i umiejętności. Obrazy uległy presji, są do wynajęcia, niemal każdy może ich używać, nieważne, w jaki sposób. W tym kierunku rozwijają się aplikacje, z których wszyscy korzystają. Popularny w tej chwili TikTok pozwala na stworzenie 15-sekundowego filmu i nawet pan prezydent w powodzi spraw do załatwienia może taki film nagrać. Jesteśmy mistrzami szybkości, wszystko zmierza ku temu, by obrazy trwały krótko.

W ciągu 15 sekund nie ma możliwości oceny wartości nagrania w kategorii prawda-nieprawda, ponadto odbiorcy nie chcą się nad tym zastanawiać. Przy prędkości, z jaką w dzisiejszych czasach treści docierają do odbiorcy, aktywność odbioru nie dotyczy oceny według kategorii prawda-nieprawda, ona staje się odległa i to jest coś najgroźniejszego. Współczesna ikonosfera proponuje nam obrazy bez waloru prawda-nieprawda. To kryterium staje się niepotrzebne, nie jest najistotniejsze. Obrazy służą do zabawy, fascynacji. To jest największe niebezpieczeństwo w kontekście fake newsów, kategorii, której niedługo nie będzie, ponieważ nazwanie, czy coś jest prawdą czy nie, stanie się trudne. To będzie nie tylko trudne, ale także bezowocne dla odbiorcy. Odbiorcy przestaną się zastanawiać nad tym, czy obraz, który widzą, jest prawdziwy czy nie, ważniejsze będzie to, czy obraz, informacja są ciekawe, czy przyciągają uwagę. Dzielenie na prawdę i fałsz przestanie być istotne i potrzebne.

To oznacza, że w przyszłości nasza rzeczywistość będzie fałszywa? Rzetelne informacje stracą znaczenie?

W latach 80. powstała książka na ten temat – „Zabawiając się na śmierć” autorstwa Neila Postmana, ona jest wciąż aktualna. Postman diagnozował w niej przyszłość, uznał, że ważne będą przede wszystkim show, atrakcyjność. Sam zajmuję się celebrytami i muszę powiedzieć, że to właśnie oni mają przyszłość. Wstydzimy się przyznać, że rozgraniczenie prawda-fałsz nie jest istotne. Jednocześnie wszyscy ci, którzy tego nie powiedzą, uczestniczą w show, w których to zjawisko istnieje. Wystarczy spojrzeć na teleturnieje, w których padają pytania dotyczące wiedzy nieprzydatnej większości ludzi.

Tu pojawia się rola mediów, bez których wiele osób nie zobaczyłoby nigdy pewnych rzeczy, dotyczy to np. programów przyrodniczych. To jest siła telewizji, która nie promuje jedynie płytkich treści. Nie można uznać, że telewizja jest głupia w całości, ale jednak w dużej części tak. Na przykład teleturnieje wygrywają ci, którzy wiedzą, jaka jest wysokość bramki hokejowej lub kto gra trzeciorzędną rolę w drugorzędnym filmie. W tym przodują Amerykanie. To jest fragment ich rodzimego curriculum vitae, ich życia. Ten zakres w niedługim czasie może stać się narodowy, a nie uniwersalny, globalny. Już teraz na własne treści zamykają się Hindusi, tak samo Chińczycy będą mieli swoje filmy, a Europejczycy swoje. Skończy się czas silnego, globalnego przepływu informacji, każda z kultur zamknie się u siebie. Taki widzę świat w przyszłości: rozgraniczony, zatomizowany, odwracający się od spraw trudnych, to będzie świat łatwych rzeczy.

To oznacza wyparcie, śmierć informacji rzetelnej, trudnej?

Wyparcie nie, ponieważ należałoby mieć co wypierać. Będziemy mieć do czynienia ze wzruszeniem ramion – a wzruszenie ramion jest stokroć gorsze od braku zgody. To nie będzie wyparcie polegające na decyzji „lubię to albo tamto”. Już teraz obserwuje się prezentowanie rozmaitych krótkich filmików, w których ludzie oceniają się nawzajem w internecie, młodzi ludzie chwalą się swoimi nagraniami. Można powiedzieć, że będziemy mieli do czynienia z nieustannym kiczem, a nie będzie wzorca antykiczowatego, czegoś głębokiego, refleksyjnego. Neil Postman miał chyba niestety rację, że te pojęcia znikną. Pojawi się ktoś, kto powie: „mam 150 tysięcy followersów”, i to stanie się dla odbiorców wartością estetyczną, skoro za kimś podąża tylu odbiorców, to treści, które tworzy, muszą być ciekawe.

Wróćmy do teraźniejszości – jakie mechanizmy są wykorzystywane przez twórców fake newsów?

Powstaje mnóstwo filmów opatrzonych dopiskiem „oparty na faktach”. W wielu przypadkach jest tak naprawdę, ale zdarza się i tak, że to nie jest prawda. Powstał niedawno artykuł ukazujący, w jaki sposób Martin Scorsese stworzył film o The Rolling Stones i ich wielkim tournée w latach 70. W tekście wskazano liczne nieścisłości w filmie, a przecież został zrobiony przez wspaniałego reżysera. Okazało się właściwie, że w produkcji jest błąd na błędzie, mowa nie o tych latach, nie o tych osobach. Scorsese miał dostęp do wszystkich potrzebnych informacji, zatem najprawdopodobniej wyznaczył nową erę. Pokazał, że chcemy widzieć rzeczywistość przepuszczoną przez siebie. Fakty są nieistotne, nie tyle zaprzeczamy im, ile przepuszczamy przez osobisty system przekonań. Gdy walczymy z faktami, to jeszcze jest nadzieja. Ale gdy machamy na nie ręką, przestają nam być potrzebne – to jest najgorsze. Bo jak możemy w takim razie rozróżnić prawdę i nieprawdę? Gdy mowa o Monty Pythonie, to odbiorca wie, że to zostało stworzone dla hecy, że to rozrywka, wie, jak odebrać taki film. Ale by to wiedzieć, trzeba znać kontekst, historię powstania danej treści.

Jakie znaczenie ma tutaj mitologia, filmy science fiction? Czy przywykliśmy do treści nieprawdopodobnych tak bardzo, że zaczynamy je mieszać z prawdziwymi?

To jest siła popkultury. Były przypadki, że dzieciaki amerykańskie kładły się na liniach rozdzielających pasy autostrady, ponieważ widziały to w MTV. Ktoś skoczył z okna w stroju Batmana, bo szczerze wierzył, że gdy go założy, będzie potrafił latać. To jest pomieszane: prawdopodobne z nieprawdopodobnym. Popkultura miesza w głowach. Jeżeli działania swoich ulubionych bohaterów obserwuje ktoś niezbyt wyrobiony, to może dojść aż do tego, że będzie chciał stać się tą postacią.

 

Jak z tym walczyć, jak budować świadomość?

Można powiedzieć, że tego można uczyć, ale najpierw nauczyciele muszą zdiagnozować sytuację, potem pochylić się nad popkulturą. Okazuje się bowiem, że podczas gdy naukowiec zaczyna mówić na jakiś temat w sposób nieinteresujący, w tym samym czasie reżyser porywa odbiorców przed ekrany filmem dotyczącym tego samego zagadnienia. Wzruszamy ramionami, ponieważ się okazuje, że wiedza pochodząca od naukowców nie jest potrzebna – wiemy swoje, bo widzieliśmy film na podobny temat. To jest niebezpieczne, ponieważ któregoś dnia dojdzie do tego, że profesorami będą ludzie wychowani i wykształceni wyłącznie na popkulturze. Skończy się epoka „twardych” naukowców. Taki jest problem wiedzy. Ważne jest, kto uczy, kogo uczy, czego się wymaga.

Coraz częściej pojawia się postawa – jak to się mówi po angielsku – „who cares?” – kogo interesuje, czy coś jest prawdą czy fałszem. Oczywiście, gdy to dotyka nas osobiście, gdy to my mamy problem, wtedy jest inaczej. Ale gdy jakaś okoliczność z życia znanej osoby jest zupełnie nieprawdziwa, ale jest śmieszna, jej prawdziwość nas nie interesuje. Brak zainteresowania jest czymś najgroźniejszym. Dobrze, że dziennikarze, część polityków jeszcze się nad tym zastanawiają, ale vox populi nie jest zainteresowany tym, co jest prawdą, a co fałszem.

Fake newsy stały się wyjątkowo groźne w trakcie pandemii koronawirusa. Pojawiło się wiele nieprawdopodobnych, ale koniecznych do sprawdzenia, informacji, jak chociażby to, że wirus został stworzony w Chinach z premedytacją.

A co jeśli to się okaże prawdą? Zawsze trzeba brać to pod uwagę, wtedy teza nieprawdopodobieństwa zostaje rozmiękczona. W takiej sytuacji mowa o plotkach, gdy się zastanawiamy, gdy pojawia się element, który trzeba sprawdzić. W latach 90. powstał film pt. „Teoria spisku” z Melem Gibsonem w roli głównej. Gibson grał w nim człowieka, który wszędzie wietrzył podstęp, szukał sensacji i przypadkiem odkrył ogromny spisek. Od wyobrażenia o spisku do spisku może być niedaleko.

Jak powinniśmy się zachowywać w takiej rzeczywistości?

Być czujni i starać się rozgraniczać, ale ktoś musi nam w tym pomóc. Nie można jednocześnie czytać gazety i co chwilę sprawdzać, czy to, co zostało tam napisane, jest możliwe. Dlatego oprócz dziennikarzy potrzebujemy redaktorów, bo oprócz tego, że ktoś coś napisał, musi być ktoś, kto to zweryfikuje i stworzy w gazecie narrację filtrującą, która nie pozwoli przedostać się wątpliwym treściom. Często w tekstach pojawia się „mrugnięcie okiem” do czytelnika, które ma pokazać, że to, co czyta, niby jest nieprawdą, ale kto wie, może to jednak prawda… Sposobów na osłabienie waloru prawdy jest wiele.

Kwestie wątpliwe powinny istnieć, ponieważ nasza detektywistyczna zdolność semiotyczna odkrywania znaczeń musi istnieć, jednak nie w takim zakresie, jak to ma miejsce dzisiaj. Dzisiaj widz, obserwator, czytelnik jest właściwie bezbronny, bo musi wierzyć autorytetom gazetowym, których interesem nie zawsze jest mówienie prawdy jako takiej, samej w sobie, ale mówienie tej prawdy według czyichś poglądów.

Fake newsy w znacznej mierze pojawiają się w internecie, gdzie każdy odbiorca za chwilę może być nadawcą. Jak nauczyć się tego, by być odbiorcą, ale też nadawcą świadomym i czujnym?

Należy się uczyć i uczyć. Nie może być tak, że uczniowie w szkole są lepsi od nauczycieli. A tak jest w wielu przypadkach. Trzeba pomóc nauczycielom, przygotować ich, aby byli przynajmniej jedną lekcję do przodu przed uczniami. To jest bardzo ważne. To, w jaki sposób dzieciaki potrafią posługiwać się komputerami, obracać w cyberprzestrzeni, wynika z tego, że uczą się same albo znajdują internetowych guru. To nie szkoła i nie dom je tego uczą, a aby nad tym była jakaś kontrola, to właśnie szkoła i dom powinny grać pierwsze skrzypce w tym procesie. Rodzice powinni przechodzić wspólnie z dziećmi przez miejsca w internecie, których one używają. To jest obowiązek rodziców, którzy dzięki temu również sami się uczą.

Przesadą jest popularne stwierdzenie, że młodzież w sposób oczywisty wchłania umiejętności posługiwania się internetem, komputerami. Tego trzeba się uczyć. Wiele osób zatrzymuje się na podstawowym etapie, na poziomie strony WWW, takie osoby znają jedną lub dwie dróżki, a nie tysiące dostępnych w internecie. Ktoś powinien takim osobom pokazać potencjał sieci. Również Kościół powinien zaangażować się w ten mechanizm. Kiedyś Kościół prowadził swoje znakomite strony w internecie, teraz tego jest coraz mniej. Im bardziej internet staje się zaawansowany, tym bardziej my opuszczamy ręce, kapitulujemy, mówimy, że nie potrafimy temu podołać. Ale nie wyobrażam sobie, abyśmy rzeczywiście mogli skapitulować, ponieważ to by była kapitulacja totalna. Nauczyciele nie mieliby czego uczyć.

Jakie skutki dla odbiorcy niesie nieświadome, pozbawione czujności korzystanie z internetu?

Po pierwsze, co zawsze interesuje ludzi, po prostu można stracić pieniądze. Były przecież sposoby wyłudzenia na wnuczka, teraz na koronawirusa. Po drugie, ktoś może się pod nas podszywać, co może przysporzyć wielu problemów. Ale najistotniejsze jest to, że sieć, która może być panaceum na wiele problemów, zostanie w końcu skorumpowana, utraci swój walor, jaki miała na początku, np. Wikipedia, która startowała spokojnie, a w tej chwili jest najbardziej demokratyczną formułą. Każdy może coś dopisać, każdy może to sprawdzić. Moja najsilniejsza przestroga jest taka, by uważać nie tylko na treści, ale także na to, kto nam te treści podaje, bo sieć bardzo łatwo może zostać zmieniona w narzędzie opresji. Nie ma wolności bez internetu i – dodajmy – bez właściwych umiejętności posługiwania się nim.

Przesadą jest popularne stwierdzenie, że młodzież w sposób oczywisty wchłania umiejętności posługiwania się internetem, komputerami. Tego trzeba się uczyć. Wiele osób zatrzymuje się na podstawowym etapie, na poziomie strony WWW, takie osoby znają jedną lub dwie dróżki, a nie tysiące dostępnych w internecie. Ktoś powinien takim osobom pokazać potencjał sieci. Również Kościół powinien zaangażować się w ten mechanizm. Kiedyś Kościół prowadził swoje znakomite strony w internecie, teraz tego jest coraz mniej. Im bardziej internet staje się zaawansowany, tym bardziej my opuszczamy ręce, kapitulujemy, mówimy, że nie potrafimy temu podołać. Ale nie wyobrażam sobie, abyśmy rzeczywiście mogli skapitulować, ponieważ to by była kapitulacja totalna. Nauczyciele nie mieliby czego uczyć.

Jakie skutki dla odbiorcy niesie nieświadome, pozbawione czujności korzystanie z internetu?

Po pierwsze, co zawsze interesuje ludzi, po prostu można stracić pieniądze. Były przecież sposoby wyłudzenia na wnuczka, teraz na koronawirusa. Po drugie, ktoś może się pod nas podszywać, co może przysporzyć wielu problemów. Ale najistotniejsze jest to, że sieć, która może być panaceum na wiele problemów, zostanie w końcu skorumpowana, utraci swój walor, jaki miała na początku, np. Wikipedia, która startowała spokojnie, a w tej chwili jest najbardziej demokratyczną formułą. Każdy może coś dopisać, każdy może to sprawdzić. Moja najsilniejsza przestroga jest taka, by uważać nie tylko na treści, ale także na to, kto nam te treści podaje, bo sieć bardzo łatwo może zostać zmieniona w narzędzie opresji. Nie ma wolności bez internetu i – dodajmy – bez właściwych umiejętności posługiwania się nim.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA