Rz: Ustawodawca kilka lat temu uznał, że deregulacja zawodu biegłego rewidenta będzie dobra, tak jak innych profesji regulowanych, np. prawniczych, architektów czy inżynierów. Czy rzeczywiście przyniosła korzyści?

Prof. Antoni Hanusz: Ustawa o ułatwieniu dostępu do wykonywania niektórych zawodów regulowanych, tzw. deregulacyjna, która objęła m.in. obszar rachunkowości, w tym zawód biegłego rewidenta, obowiązuje już cztery lata. Taki okres, jak się wydaje, wystarczy, aby mówić już o pewnych doświadczeniach, oceniać skutki uproszczenia procedur, ponownie je przemyśleć, po to, by wnioski wykorzystać w tworzeniu rozwiązań dobrze praktyce biznesowej służących.

Czytaj także: Biegli rewidenci: deregulacja ułatwiła dostęp do zawodu

Jak te doświadczenia się odnoszą do biegłego rewidenta?

Deregulacja dostępu do wykonywania wielu zawodów, w tym biegłych rewidentów, przynosi zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki. Jak każde zjawisko społeczne. Deregulację dostępu do wolnych zawodów należy, co do zasady, ocenić pozytywnie. Pozytywna jest bowiem możliwość podejmowania swobodnych decyzji o sposobach zdobywania uprawnień zawodowych przy spełnieniu określonych warunków. Są one reklamowane i promowane wśród młodych ludzi, którzy zastanawiają się nad takim wyborem, z uwzględnieniem roli wyższych uczelni i zaliczanych tam egzaminów. Decydować one mogą, w dużej mierze, o wpisaniu na listę uprawnionych do wykonywania wolnego zawodu.

A doświadczenia negatywne?

Otóż z drugiej strony pojawia się problem jakości kształcenia i przygotowywania kandydatów przez wyższe uczelnie do wykonywania zawodu w biznesie. Przed deregulacją dostępu odpowiedzialne za to były wyłącznie korporacje zrzeszające osoby wykonujące już poszczególne zawody. Nadal ich konstytucyjnym zadaniem jest upowszechnianie oświaty, wiedzy specjalistycznej, permanentnego szkolenia oraz dbanie o poziom kwalifikacji, również etycznych. Dziś korporacje zderzają się z nowym problemem – jakości przygotowania kandydatów do wykonywania danego zawodu...

Czy dobrze rozumiem, że po prostu jakość kształcenia nie zawsze przystaje do wymagań stawianych w postępowaniu kwalifikacyjnym współcześnie osobom pretendującym do wykonywania danego zawodu, np. biegłego rewidenta?

Problem polega na tym, że korporacje, jak już powiedziałem, wciąż mają obowiązek oceniać przygotowanie kandydata do danego zawodu przed umieszczeniem go na liście uprawnionych do jego wykonywania. Wiedza i umiejętności gwarantujące właściwe wykonywanie zawodu biegłego rewidenta, zgodnie z Międzynarodowymi Standardami Edukacyjnymi IFAC adresowanymi do zawodowych księgowych, a takimi według tych regulacji są biegli rewidenci, mają być opanowane na poziomie średnio zaawansowanym i zaawansowanym.

Co to oznacza w praktyce?

Oznacza to wysoki poziom „wtajemniczenia" i samodzielność działania w warunkach niepewności i ryzyka, które zawsze towarzyszą działalności podmiotów gospodarczych, a ogniskują się w procesie badania sprawozdania finansowego. Ważne jest zatem nie jakiekolwiek posiadanie wiedzy zawodowej z danej dziedziny, m.in. prawa, rachunkowości, podatków, rewizji finansowej, ale jej głębia i złożoność.

Dlatego tak ważne jest kształcenie i wysokie wymagania co do jego efektów. Jednak po deregulacji i utracie wyłączności w przeprowadzaniu procesu kształcenia korporacje nie mają już narzędzi kontrolowania standardów kształcenia kandydatów. Korporacje, tak jak Polska Izba Biegłych Rewidentów, uchwałą wskazują jedynie na obszar wiedzy, wraz z podaniem poziomu zaawansowania, niezbędnej – także w ujęciu międzynarodowym – zarówno w procesie kształcenia, jak i wykonywania zawodu. Uczelnie natomiast starają się dopasowywać swoją ofertę do tych wymagań.

A udaje im się?

Tego w pełni nie wiemy, chociaż pojawiły się pewne sygnały wskazujące na to, iż jakość ta może wzbudzać wątpliwości. Tymczasem ustawodawca nakłada na komisję egzaminacyjną dla kandydatów na biegłych rewidentów obowiązek sprawdzenia jedynie zgodności programu kształcenia w danej uczelni z zakresem tematycznym ustalonym na potrzeby postępowania kwalifikacyjnego prowadzonego dla biegłych rewidentów w trybie, nazwijmy to, korporacyjnym. Sprowadza się on do stwierdzenia, czy zakres kształcenia, jaki przedstawiają studenci, pokrywa się z wymaganiami stawianymi przez ustawodawcę, a co za tym idzie – korporację.

Tylko formalność?

Tak, moim zdaniem to zwykły formalizm. Mamy więc obecnie jedynie obowiązek stwierdzenia, czy egzamin miał charakter pisemny i że dany kierunek studiów wyższych obejmuje wiedzę wskazaną ustawą o biegłych rewidentach. Nie mamy w chwili obecnej uprawnień, by zbadać, w jakim zakresie rzeczywiście odpowiada on wymaganiom stawianym przyszłym biegłym rewidentom, choć wiedzę taką posiadamy. Tymczasem istotne jest szczególnie to, czy pytania i zadania będące przedmiotem egzaminów na uczelniach sprawdzały efekty kształcenia na poziomie zaawansowanym. Nie możemy także zakwestionować np. liczby godzin zajęć z danego przedmiotu, nawet wówczas, gdyby budziło to obawy komisji. Zdarzały się przypadki, że na niektórych kierunkach studiów reklamujących gotowość przygotowania do zawodu liczba godzin zajęć z podatków: rolnego, leśnego i od nieruchomości, przekraczała wielokrotnie liczbę godzin zajęć z podatków dochodowych.

To dość oryginalne podejście...

Tak, lecz nieuwzględniające realiów zawodu biegłego rewidenta. Świadczy to raczej o tym, że ten, kto układał siatkę zajęć, dbał tylko o to, żeby znalazły się w niej te przedmioty, które są wymagane do egzaminu na biegłego rewidenta. Zupełnie już jednak nie pomyślał o uwzględnieniu odpowiednich proporcji zdobywanej wiedzy i umiejętności ani też, co najważniejsze, o celu kształcenia. I nawet gdyby uznać, że np. osiem godzin wykładu na oba podatki dochodowe to wystarczająca ilość, z pewnością – biorąc pod uwagę znaczenie obu danin – 30 godzin na podatki lokalne świadczy o tym, że proporcje są wyraźnie zaburzone. Oczywiście ze szkodą dla kandydata na biegłego rewidenta.

Korporacja nie powinna interweniować?!

W praktyce mimo swoich zastrzeżeń korporacja, a ściśle mówiąc: komisja egzaminacyjna, nie ma w chwili obecnej żadnych instrumentów, żeby interweniować w takich przypadkach. Brakuje zwłaszcza uprawnień, by kwestionować jakość lub zakres kształcenia oferowanego przez taką uczelnię. Nawet na podstawie znamion zewnętrznych, na przykład liczby godzin wykładów. Jedynym środkiem, jaki ustawodawca dał korporacji, jest egzamin końcowy, otwierający możliwość dokonania wpisu na listę uprawnionych do wykonywania wolnego zawodu. Rola tego egzaminu jest znacząca na ostatnim etapie zdobycia uprawnień zawodowych. Niestety, wówczas może się okazać, że egzaminy uczelniane, które komisja egzaminacyjna musiała wcześniej zaakceptować, nie gwarantują wiedzy wystarczającej i koniecznej do zdobycia tytułu pozwalającego na wykonywanie zawodu biegłego rewidenta.

Czyli efektem ubocznym deregulacji zawodu biegłego rewidenta mogą być, delikatnie mówiąc, rozczarowania studentów tym, że droga do zdobycia uprawnień nie jest tak łatwa, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać?

Choć jest za wcześnie, żeby kompleksowo ocenić efekty dostępu do wolnych zawodów, mimo upływu kilku lat obowiązywania przepisów deregulacyjnych widoczny staje się problem jakości i sposobów kształcenia. Co gorsza, wywołuje on czasami pewne poruszenie wśród studentów pretendujących do zdobycia takiego zawodu. Wskazują niekiedy na nierówności w sposobach zdobywania uprawnień, tj. w trybie korporacyjnym i poprzez zaliczanie egzaminów na uczelniach wyższych. Nie wdając się w ocenę zasadności takich zarzutów, kierując tego rodzaju uwagi pod adresem komisji egzaminacyjnej, nie do końca pojmowano jej aktualną rolę. Oczywiście zawsze musiała ona dbać o kompetencje osób, które dopuszcza do zawodu, co raz jeszcze należy podkreślić, nie mając realnych możliwość kontroli procesu ich kształcenia. Dlatego np. osoba, która przystępuje do egzaminu dyplomowego kończącego proces kwalifikowania do zawodu biegłego rewidenta, nie zawsze rozumiała, dlaczego uzyskując na studiach oceny bardzo dobre lub dobre, odchodzi z kwitkiem. Wydaje się, że jakimś rozwiązaniem tego problemu może być wprowadzenie instrumentów pozwalających na korporacyjną kontrolę jakości i zakresu kształcenia studentów w przedmiotach objętych postępowanie kwalifikacyjnym dla biegłych rewidentów. Tak, by w niczym nie uchybiało to autonomii uczelni wyższych ani na poziomie dydaktycznym, ani na badawczym.

Czy odpowiedzialne za to władze dostrzegają problem?

Myślę, że tak. W tym bowiem kierunku zmierzają nowe regulacje ustawy o biegłych rewidentach i ustawy o szkolnictwie wyższym. Dawać one mają komisji egzaminacyjnej oraz uczelniom wyższym możliwość ustalania sposobu prowadzenia zajęć, programu kształcenia efektów kształcenia oraz sposobu realizacji praktyk i stażu. Komisja egzaminacyjna będzie więc mogła oddziaływać w pewnym sensie na kształcenie przyszłych kandydatów na biegłych rewidentów, o ile uczelnie podpiszą stosowną umowę. Do tego potrzebne będą zgodne oświadczenia woli.

Czy przyciąganie studentów atrakcyjnym kierunkiem, który nie gwarantuje pożądanej jakości kształcenia, to jedyny grzech uczelni?

Niestety, nie. Pojawiały się oferty niektórych szkół wyższych, które sugerowały, że ukończenie danego kierunku niemal gwarantuje zdobycie zawodu. Ponadto o tym, że muszą jeszcze odbyć praktykę i aplikację oraz zdawać egzamin dyplomowy obejmujący wiedzę konieczną do wykonywania zawodu na poziomie wymaganym w postępowaniu kwalifikacyjnym prowadzonym przez korporację, studenci dowiadywali się nierzadko na końcu. Do komisji egzaminacyjnej docierały informacje o różnych praktykach. Wydaliśmy więc komunikat, że kierunek studiów wyższych obejmujący wiedzę w zakresie wskazanym w ustawie o biegłych rewidentach potwierdzony przez komisję egzaminacyjną nie uzyskuje w ten sposób akredytacji w danej uczelni. Żadna z uczelni wyższych nie ma więc żadnego specjalnego certyfikatu udzielanego przez komisję egzaminacyjną lub korporację biegłych rewidentów. Myślę, że spotkało się to ze zrozumieniem ze strony uczelni wyższych.

Czyli studentowi, który czyta, że uczelnia chwali się akredytacją, co samo przez się może sugerować szczególną łatwość dostępu do wykonywania zawodu biegłego rewidenta, powinna zapalić się czerwona lampka?

Jak najbardziej. Jeśli uczelnie reklamują w ten sposób swoje kierunki, to wprowadzają studentów w błąd. Należy więc zasugerować wszystkim zainteresowanym baczne wczytanie się w treść przepisów omawiających kryteria i zasady zdobywania uprawnień biegłego rewidenta. Natomiast komisja egzaminacyjna oraz biuro komisji od udzielania takich informacji z pewnością nie będzie się uchylało. ©?