Ubiegły tydzień obfitował w wydarzenia niezwykle ważne dla jakości członkostwa Polski w Unii Europejskiej oraz w ogóle obecności Polski w Unii. Oto bowiem Trybunał Konstytucyjny rozpoznawał wniosek premiera Morawieckiego z kwietnia tego roku, który sprowadzał się do pytania o zgodność z Konstytucją RP zasady pierwszeństwa prawa Unii Europejskiej. Wniosek premiera musi budzić zdziwienie już u studentów trzeciego roku prawa, którzy w programie nauczania mają prawo międzynarodowe publiczne, a wcześniej poznali już prawo konstytucyjne. Wiedzą też, że Trybunał Konstytucyjny orzekł już – przy okazji badania zgodności traktatu akcesyjnego z Konstytucją RP – że o ile prawo wspólnotowe ma pierwszeństwo przed ustawami krajowymi, o tyle nie oznacza to, że ma automatycznie pierwszeństwo przed Konstytucją RP. W świetle tego orzeczenia zasada pierwszeństwa prawa wspólnotowego nie narusza pozycji Konstytucji RP.

Trzy rozwiązania

W przypadku zaś konfliktu prawa wspólnotowego i Konstytucji RP państwo może podjąć suwerenną decyzję o sposobie jego rozwiązania. Może zdecydować o zmianie Konstytucji RP (już raz Polska tak zrobiła, kiedy dostosowała ją do przepisów o europejskim nakazie aresztowania, które przewidują ekstradycję własnego obywatela), może podjąć działania w kierunku zmiany prawa wspólnotowego i dostosowania go do Konstytucji RP, a wreszcie może postanowić o wystąpieniu z Unii Europejskiej.

Czytaj też:

Jak zakończyć spór o sądy

Można tymczasowo wykonać wyrok TSUE ws. Izby Dyscyplinarnej

Wniosek premiera zmierza do zakwestionowania fundamentów Unii, wśród których jest lojalna współpraca Unii i państw członkowskich. Tymczasem nie ma zarzucanej we wniosku sprzeczności między Konstytucją RP a prawem wspólnotowym. Prawo wspólnotowe i wyrokujący na jego podstawie TSUE nie ingeruje bowiem w organizację wymiaru sprawiedliwości w Polsce, co jest bezdyskusyjnie domeną prawa krajowego. Prawo wspólnotowe i TSUE stoją wyłącznie na straży pryncypiów, pośród których jest zasada państwa prawnego gwarantowana przez niezależność sądów, a ta została w Polsce w drodze zwykłych ustaw naruszona.

Trybunał Konstytucyjny odroczył rozpoznanie wniosku premiera do 3 sierpnia. To znaczy jedynie tyle, że toczy się gra polityczna obecnie rządzących z UE, w której wykorzystuje się podporządkowany politycznie Trybunał Konstytucyjny. W ten sposób rząd rezerwuje sobie możliwość negocjacji z Komisją Europejską w sprawie zatwierdzenia Krajowego Planu Odbudowy. Zresztą PiS miał też „awaryjne" rozwiązanie, które TK zrealizował. Równocześnie bowiem z rozpoznawaniem wniosku premiera Trybunał w innym składzie odpowiedział na pytanie Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym o prawo TSUE do wydawania postanowień zabezpieczających, które dotyczą działań tej Izby. Odpowiedź TK – ujmując ją w prostych słowach – że TSUE nie ma prawa wydawać takich postanowień, nie powinna być zaskoczeniem dla nikogo, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że przewodniczył tej sprawie aktywny w Sejmie poprzedniej kadencji polityk PiS Stanisław Piotrowicz, który nie dostał się do Sejmu obecnej kadencji i znalazł „swoje" miejsce w Trybunale Konstytucyjnym.

Dwa orzeczenia

Rządzący mają zatem gotowe „usprawiedliwienie" i będą mogli mówić, że Izba Dyscyplinarna ma prawo działać i nikt, a w szczególności TSUE, nie może jej tego zabronić. Choć właśnie TSUE 14 i 15 lipca wydał dwa orzeczenia w sprawie Izby Dyscyplinarnej. Orzekł w nich o zawieszeniu Izby we wszelkiej działalności i stwierdził, że nie spełnia ona kryteriów niezależnego i bezstronnego sądu, o czym zaświadcza zarówno sposób jej powołania, jak i liczne przykłady z jej działalności.

Tak ukształtowana i tak działająca Izba według orzeczenia TSUE stanowi niedozwolone narzędzie nacisku na sędziów. W ten sposób Polska naruszyła art. 19 traktatu o UE, zgodnie z którym ma obowiązek zapewnić obywatelom skuteczną ochronę sądową, a takiej ochrony nie da się zapewnić bez niezależnego sądownictwa.

Ubiegłotygodniowe wydarzenia prowadzą do wniosku, że obecnie rządzący podejmują działania, które zmierzają do wyprowadzenia Polski z Unii. Wyjście z Unii nie nastąpi zaraz. Jest to proces obliczony na lata z kolejnymi sporami o fundamenty Unii Europejskiej na tle łamania niezależności polskich sądów, ograniczania praw osób ze środowisk LGBT, itd. Na końcu – jeśli nic nie zmieni się na polskiej scenie politycznej – zostaniemy jako obywatele postawieni wobec faktu dokonanego – polexitu. Sekundują już temu Viktor Orbán, Marie Le Pen i Matteo Salvini, którego politycznym guru jest Władimir Putin, największy beneficjent osłabienia Unii.

To, co wydawało się niemożliwe, obecnie staje się rzeczywistością. Bezprecedensowe wykorzystywanie TK przez rządzących do własnych politycznych interesów uświadamia dzisiaj, jak bardzo ważne będą zmiany prawa, w tym także konstytucji w zakresie odnoszącym się do Trybunału, który w obecnym kształcie, będąc pod wpływami PiS, może uniemożliwić przyszłej większości parlamentarnej rządzenie poprzez paraliżowanie działalności ustawodawczej. Zadaniem, wokół którego konieczne będzie zjednoczenie sił prodemokratycznych, niezależnie od różnic programowych, będą zmiany personalne w TK, ale przede wszystkim zmiany systemowe, poprzez takie prawo, które zminimalizuje wpływ polityków na wybory sędziów Trybunału. Mogą to być wybory dokonywane co do części składu TK przez polityków, co do części przez samorządy zawodów zaufania publicznego – adwokatów, radców prawnych i notariuszy, a częściowo przez samorząd terytorialny. Można też rozważać koncepcję wyborów dokonywanych przez polityków, ale wysoką kwalifikowaną większością, jak to ma miejsce w Niemczech, choć i ten system nie jest wolny od krytyki. Niemniej zaufanie do niezależności sędziów w Niemczech wyrażane jest przez 80 proc. badanych. Nie można także a priori odrzucać rozwiązania radykalnego: likwidacji Trybunału Konstytucyjnego i powierzenia sądom powszechnym i administracyjnym, wzorem konstytucji Finlandii, rozproszonej kontroli zgodności ustaw i innych przepisów wykonawczych z konstytucją. Każde rozwiązanie powinno być brane pod uwagę w perspektywie celu, jakim jest odbudowa instytucji demokratycznych.

Autor jest adwokatem