Sytuacja przedwyborcza zmienia się jak w kalejdoskopie. Ledwie kilka dni po uchwaleniu poprzednich poprawek posłowie koalicji rządzącej wnieśli kolejny projekt zmian w kodeksie wyborczym, oznaczony numerem 314A.

Główną zmianą jest całkowita rezygnacja z tradycyjnej metody głosowania na rzecz głosowania wyłącznie korespondencyjnego. Teoretycznie nie jest to może nawet zmiana najgorsza. Głosowanie korespondencyjne, niedawno zresztą znacząco zredukowane, w przyszłości może wyprzeć głosowanie tradycyjne. Tyle że na wprowadzenie tak istotnych modyfikacji potrzeba czasu i wielu zmian organizacyjnych. Nie jest możliwe wprowadzenie takiej reorganizacji w pośpiechu, na miesiąc przed wyborami, gdy cała machina organizacyjna już ruszyła i nie da się jej z dnia na dzień przestawić na zupełnie inne tory.

Czytaj też:

PiS ma nowy pomysł na datę wyborów prezydenckich

Korespondencyjne wybory prezydenckie. Sejm uchwalił ustawę

Wielkie ryzyko wyborów korespondencyjnych

Wybory korespondencyjne: czasu o tydzień więcej

W kwestiach organizacyjnych uderza przede wszystkim praktyczne wyłączenie z czynności przygotowawczych Państwowej Komisji Wyborczej i urzędników wyborczych i powierzenie tych czynności ministrowi aktywów państwowych oraz Poczcie Polskiej. To minister Jacek Sasin – a nie PKW – miałby określać wzór kart wyborczych, a także określać sposób ich dystrybucji wśród wyborców przez pocztę. W zamyśle projektodawców miałoby to uprościć proces dystrybucji kart. Niestety wcale tak nie jest.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Rewolucyjne zmiany miałyby nastąpić w komisjach obwodowych. Wybory miałyby przeprowadzać wyłącznie komisje powołane na szczeblu gminnym. Redukcja liczby komisji o 90 proc. to oczywiście spore uproszczenie struktury. Zmniejszenie minimalnej liczby członków komisji ze 137 tys. do około 9 tys. również zmniejsza problem ze znalezieniem kandydatów. Ale i tak ci kandydaci muszą być zgłoszeni, i to w dotychczasowym terminie, czyli do 10 kwietnia. Jak dotąd wygląda to bardzo słabo.

Na tym zalety tego rozwiązania się kończą. Nowela zakłada, że na karcie do głosowania umieszcza się oznaczenie zapewniające autentyczność karty do głosowania. Nie oznacza to jednak – jak się wydaje – uchylenia przepisu o konieczności pieczętowania każdej karty przez komisję obwodową. Biorąc pod uwagę, że miałyby funkcjonować jedynie komisje obwodowe na szczeblu gminy, poszczególne komisje miałyby do opieczętowania od kilku do kilkuset tysięcy kart. Ile czasu musiałoby to zająć? Raczej dziesiątki dni niż kilka godzin. Oczywiście rozporządzenie wykonawcze może rozwiązać to inaczej, ale jako akt niższego rzędu nie uchyli przepisu ustawy. W każdym przypadku karta bez pieczęci komisji obwodowej będzie kartą nieważną.

Kolejny problem to dystrybucja pakietów wyborczych. Tu nowela zakłada tworzenie ich przez pocztę, z wyłączeniem komisji i urzędników wyborczych. Kwestia dotyczy 30 milionów pakietów, wobec czego czas tej dystrybucji musiałby być odpowiednio długi. Trudno mi się odnieść do możliwości organizacyjnych Poczty Polskiej, ale z dostępnych danych wynika, iż dzienny rekord ilości przyjętych przesyłek wyniósł około 600 tys. Nawet gdyby w czasie zarazy udało się utrzymać tą rekordową wydajność, rozesłanie pakietów wyborczych zajęłoby 50 dni roboczych. Odebranie – przy frekwencji 50 proc. – połowę tego czasu. Tymczasem projektodawcy zakładają naiwnie, że jest to możliwe w kilka dni.

Dalej jest już tylko gorzej. Pakiety nie mają być doręczane – jak dotychczas – przesyłką poleconą, lecz zwykłym listem wrzucanym do skrzynki. Bezpieczeństwo tego rodzaju rozwiązania jest żadne. Nie ma ani grama pewności, że dany pakiet wyborczy trafi w ręce właściwego wyborcy. Już w ten sposób prawo do głosowania może być ograniczone.

Co jeszcze dziwniejsze, wypełnione karty do głosowania również mają być nadawane listem zwykłym, wrzucanym do skrzynki pocztowej. Nie wiem, jaka jest pojemność skrzynek i czy pomieszczą miliony kopert formatu A4. Patrząc na skrzynki w moim miejscu zamieszkania – na pewno nie. Co gorsza, zwykłej przesyłki w żaden sposób się nie monitoruje, ani nie pilnuje i łatwo może zaginąć.

W większych gminach, z dziesiątkami albo i setkami tysięcy wyborców, trudno sobie wyobrazić obliczanie wyników przez jedną komisję dla całego miasta. Niewiele tu pomoże zwiększenie liczby członków komisji wielkomiejskich do 45 osób, co swoją drogą czyni to ciało zupełnie niesterowalnym i narusza podstawowe zasady antywirusowe. Samo składowanie doręczonych pakietów wymagałoby kilkuset urn i chyba hali sportowej do ich przechowywania. Obliczenie wyników z obwodu obejmującego np. pół miliona wyborców i 400 obwodów, nawet licząc po godzinie na obwód i przerwach tylko na sen, mogłoby zająć co najmniej 25 dni. I jest to wariant optymistyczny. A druga tura? Czy projektodawcy mają choć odrobinę wyobraźni? Oczywiście pozostaje kwestia realności wprowadzenia w życie tego rozwiązania. Gdyby projekt uchwalono na posiedzeniu Sejmu 6 kwietnia, Senat miałby czas na jego rozpatrzenie do 6 maja. Najwcześniejszy realny termin wejścia w życie tej ustawy to 7 maja. Na trzy dni przed wyborami. Komisje gminne miałyby być powołane do 9 maja, a ich siedziby wyznaczone do 10 maja. W dniu wyborów. Jak widać, już dzisiaj nie ma żadnych realnych szans, by ten model mógł zaistnieć.

Podsumowując, korespondencyjny tryb wyborów jest, co do zasady, rozwiązaniem dobrym. Został jednak zgłoszony stanowczo za późno. Aby przeprowadzić skutecznie tego rodzaju rewolucyjną zmianę, należałoby zacząć jej wprowadzanie na kilka miesięcy przed terminem wyborów. Wówczas byłoby możliwe przygotowanie wyborów korespondencyjnych w sposób zapewniający podstawowe gwarancje. Dziś takiej możliwości po prostu nie ma.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku i komisarzem wyborczym