Coś, co nie tak dawno było nie do pomyślenia, dziś staje się rzeczywistością.

Punkty obsługi prawnej w centrach handlowych dużych miast, zwane nawet barami prawnymi, które od dekad funkcjonują w krajach zachodnich, pojawiły się w Polsce. Tak zwane Tesco Law rozwinęło się m.in. w Wielkiej Brytanii. Tam biura świadczące pomoc prawną dla ludności istnieją w tysiącach sklepów, a ich obroty sięgają wielu milionów funtów.

Próba przeniesienia pomysłu na polski grunt nie pojawiła się bez przyczyny. Rynek usług prawnych przeżywa dziś transformację wskutek otwarcia przed kilku laty dostępu do zawodów prawniczych. Każdego roku uprawnienia zyskuje wiele tysięcy ludzi. W efekcie armia licząca dziś ok. 50 tysięcy adwokatów i radców prawnych w ciągu najbliższych lat może się podwoić. Prawo pozostaje jednym z najatrakcyjniejszych kierunków studiów; kształci się na nim 50 tysięcy osób. Do tego dochodzą tysiące tzw. doradców prawnych, którzy też widzą dla siebie miejsce na rynku.

Czy można się więc dziwić, że prawnicy zaczynają sięgać po nowe metody pozyskiwania klientów? Widzą w tym jedyną szansę na przebicie się na coraz bardziej zatłoczonym rynku.

Ale to także szansa dla zwykłego obywatela. Paradoks polega bowiem na tym, że w epoce deregulacji usługi prawne w Polsce w dalszym ciągu zarezerwowane są dla biznesu i administracji. Prawnik to wciąż towar luksusowy, również w sensie mentalnym.

Pomoc prawna w centrach handlowych próbuje przełamać ten schemat. Czy w naszym kraju eksperyment się powiedzie? Na jednoznaczną odpowiedź jest zdecydowanie za wcześnie. Opierać się i walczyć z nową rzeczywistością – jak czynią to niektórzy przedstawiciele korporacji prawniczych – chyba nie ma sensu. Zasady walki o klienta już się zliberalizowały. I nic w tym złego, dopóki nie szkodzi to odbiorcom usług prawnych.