Afera z „handlarzem bronią od respiratorów” wybuchła w pierwszej fazie covidu, kiedy rząd po omacku szukał rozwiązań, by zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii. Przywiezione potężnym antonowem maseczki z Chin okazały się nie mieć certyfikatów, a zamówiony i zapłacony, wart ponad 150 mln zł sprzęt, który miał ratować życie najciężej chorym, nie dotarł.

W stanie wyjątkowym, a taki spowodował covid, gdzie decyzje czasem muszą być podejmowane szybko i na skróty, łatwo o błąd. Tyle tylko, że nawet wtedy – zgodnie z prawem – nikogo nie zwalnia się z odpowiedzialności, wyjaśnień, a organów państwa od dociekania, jak do błędnej decyzji doszło.

Czytaj więcej

Zagadkowa śmierć handlarza bronią "od respiratorów", Andrzeja I.. Kto jest winny zaniedbań?

Co do tego, że doszło do kompromitacji kierownictwa resortu zdrowia, nikt nie ma wątpliwości. Bo jak wyjaśnić sytuację, w której państwowy urząd, posiadający armię prawników, a do dyspozycji służby specjalne, podpisał umowę na dostawę respiratorów i przelał pieniądze nieznanemu człowiekowi, który z branżą medyczną nie miał nic wspólnego? Miał za to związki ze służbami i ponoć ich rekomendacje.

Jednak nawet nie urzędnicza niekompetencja okazała się tu najgorsza. Wokół sprawy szybko rosły mury i zasieki stawiane przez wszystkich, którzy zobowiązani byli ją wyjaśnić i odzyskać pieniądze. Ministrowie zamieszani w aferę odeszli z resortu, kwitując, że przecież nie ma żadnej afery, a sprawę „dawno” wyjaśniono. Służby, policja i prokuratura nagle odwróciły głowy, jakby przyjmując, że nie ma tu czego badać. Miało się wrażenie, że zamiast szukać milionów i sprawców, starano się uzasadnić, że nic się nie stało.

Jednocześnie w jednej z przygotowanych w Sejmie ustaw pojawiła się wrzutka pozwalająca na zwolnienie z odpowiedzialności karnej urzędników za błędne decyzje podjęte w czasie pandemii i w związku z nią. Wrzutka, która miała działać wstecz i obejmować i takie historie jak ta z respiratorami. Szczęśliwie, dzięki naciskowi opinii publicznej, zmiany nie przeszły przez Sejm.

Państwo nie ruszyło jednak, by sprawę wyjaśnić. Służby i prokuratura, uruchamiające zwykle cały swój oręż nawet przy malutkich przekrętach, w których budżet ponosił straty, zastygły w bezradności – mimo że tu chodziło o ogromne pieniądze. Jakby były impregnowane na krytykę opinii publicznej i dociekania mediów.

Teraz okazuje się, że handlarz nagle zmarł w Albanii, gdzie przebywał przez nikogo nie niepokojony. Ponoć o śmierci handlarza śledczy dowiedzieli się z mediów, wcześniej w nieświadomości wysyłając międzynarodowy list gończy za już nieżyjącym człowiekiem. Na Bałkanach nie było śledztwa, sprawę po kilku dniach umorzono, a zwłoki przywiezione do Polski skremowała rodzina, bez badań sądowych medyków i obecności prokuratury.

Nie ma człowieka, sprawa zamknięta. Prawie jak w sensacyjnym filmie, tyle że naprawdę.

Kiedyś obecna władza śmiała się z domu z dykty, słabego, nieodpornego nawet na podmuch. Tu mamy do czynienia z inną konstrukcją, równoległych rzeczywistości. Wbrew oczywistej aferze państwo mówi obywatelom: Polacy, nic się nie stało!