„Rząd zapowiada podatek przychodowy dla wielkiego biznesu" – biją po oczach tytuły prasowe. Biją też i takie, że podatek przychodowy „zrujnuje polski biznes" o niskiej marżowości.

Skoro więc rząd chce wprowadzić podatek przychodowy dla „wielkiego biznesu", to wytrąca jego przeciwnikom ich podstawowy argument: „wielki biznes" nie jest raczej polski, tylko zagraniczny, i raczej nie ma „niskiej marżowości". Trzeba więc będzie wymyślić jakiś inny argument przeciwko podatkowi przychodowemu. Może „kaskadowość", która sprawi, że polskie firmy staną się „niekonkurencyjne" – bo taki argument też słychać na mieście.

Czytaj też:

Czytaj więcej

Premier ogłosił szczegóły pakietu podatkowego „Polskiego Ładu” PiS

Osobiście uważam, że podatki to koszt prowadzenia działalności w danym kraju i wykorzystywania do niej jego zasobów: położenia geograficznego, ludzi, infrastruktury. Dlatego podatek od przychodów jest lepszy od dochodowego. Bo z położenia, ludzi i infrastruktury korzystają wszyscy – bez względu na swoją „marżowość". Ale są cztery warunki: podatek przychodowy ma dotyczyć wszystkich, a nie niektórych, ma być zamiast dochodowego, a nie obok, ma mieć jedną stawkę – nie wyższą niż 1,5 proc. – a nie różne, i towarzyszyć mu musi radykalne obniżenie podatków od wynagrodzeń.

Na szczęście Ministerstwo Finansów nie twierdzi, że ja go popieram – jak Andrzej Lepper, który w 2006 roku też ogłosił, że jest za wprowadzeniem podatku przychodowego. Wtedy musiałem prostować, bo propozycja Samoobrony nie spełniała żadnego z moich warunków. Pod tym względem propozycja PiS jest w jednym punkcie nieco lepsza. Lepper chciał, aby stawki (kilka) wynosiły od dwóch do pięciu procent. Teraz stawka ma być jedna i nawet niższa niż przeze mnie postulowana. Ma wynosić „0,4 proc. przychodów firmy" i... „10 proc. wydatków pasywnych". I już tu się zaczynają schody.

A z resztą jest już zupełnie tak samo jak u Leppera: podatek obejmie tylko niektóre spółki, gdyż nie będą mu podlegać te, które „ponoszą realne wydatki inwestycyjne" (pewnie te „wydatki pasywne"), i „będzie od niego odliczany zapłacony podatek dochodowy". Czyli będzie jak z „estońskim CIT-em". Będzie on „przychodowy" jedynie z nazwy – tak samo jak tamten jest „estoński". Ale skoro PiS samo siebie nazywa prawicą, to wszystko jest w sferze werbalnej możliwe.

Zresztą pod tym względem PiS ma przykład ze strony swojego nowego sojusznika w niektórych głosowaniach gospodarczych – SLD. Za czasów ich rządów wprowadzono ustawę „o swobodzie działalności gospodarczej", która też ze „swobodą" miała tyle samo wspólnego, co będzie miał „podatek przychodowy" z podatkiem przychodowym.

Autor jest adwokatem, profesorem Uczelni Łazarskiego i szefem rady WEI