Wydarzenia związane z zatrzymaniem poznańskiej adwokat Beaty O., a także zawieszeniem adwokatów niegdyś reprezentujących Lwa R. prowokują do zadania pytania, czego klient może oczekiwać od adwokata. I jak zaprzeczyć pokutującemu w społeczeństwie przekonaniu, że „wynająć pełnomocnika” oznacza „poprowadzić sprawę”, a nie „kupić wyrok sądu”.

Adwokat Beata O. została zatrzymana przez CBA pod zarzutem przyjęcia stutysięcznej łapówki za „załatwienie sprawy” w warszawskim sądzie. Prokuratura podejrzewa adwokatów Marka Małeckiego i Piotra Rychłowskiego o wyciąganie ich byłego klienta zza krat za pomocą m.in. fałszywych zwolnień lekarskich. Nie chcę dociekać, na ile działania organów państwa są tu słuszne. Ale jeśli nawet jest to gra pod publiczkę, to trafiają na wyjątkowo podatny grunt, bo w społeczny stereotyp o tym, że adwokat jest sądowym załatwiaczem. Takie zjawiska, występujące sporadycznie w środowisku adwokatury, trzeba oczywiście zwalczać. Trzeba też jednak stanowczo protestować przeciwko uogólnieniom i daleko idącym uproszczeniom tych zjawisk w ocenach dziennikarzy, prokuratorów i sędziów.

Jak jest naprawdę z tym załatwiactwem? Gdzie jest granica, przy której adwokat powinien zrezygnować z lukratywnego nawet zlecenia w imię zachowania zawodowej przyzwoitości?

 

 

Adwokat ma przede wszystkim świadczyć pomoc prawną, czy to przez sporządzanie porad i opinii prawnych, czy przez reprezentowanie klienta przed sądem – tak mówi prawo o adwokaturze. Ale w społecznym odczuciu owa pomoc jest często sprowadzana jedynie do sprzedaży usług, załatwiania spraw w celu osiągnięcia rezultatu określonego przez klienta, wiernego wykonywania każdych instrukcji od niego pochodzących. Na rynku usług prawniczych zaczyna funkcjonować nie zawsze stosowne hasło „klient nasz pan” dla pracy adwokata jako obrońcy czy też doradcy. W rezultacie klienci oczekują od adwokatów:

? „załatwienia” sprawy zamiast jej prowadzenia,

? przejęcia ciężaru ryzyka procesu przez adwokata, zobowiązując go do kredytowego prowadzenia sprawy, ustalając wypłacenie wynagrodzenia tylko w razie osiągnięcia pożądanego rezultatu (tzw. success fee),

? wypełniania instrukcji dotyczących krytyki sądu, prokuratora, pracowników sekretariatu w sposób uwłaczający godności sądu, a także godności zawodu adwokata,

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

? nieetycznego sposobu prowadzenia sprawy, nakłaniania do wspólnego popełniania przestępstw w celu osiągnięcia z góry osiągniętego rezultatu;

? odwagi wystąpienia wobec władz sądowych, prokuratury i policji, stanowczości i konsekwencji w prezentowaniu stanowiska klienta, nawet z możliwością narażenia się wymienionym władzom;

? fachowości, profesjonalizmu w podejmowanych działaniach pouczania o ryzyku procesowym i możliwości przegrania procesu.

Niektóre z tych oczekiwań – jak te ostatnie – są całkowicie zrozumiałe. Jednak w sprawie „załatwiania” problemów klienta w sądzie trzeba jasno powiedzieć, że takie wypadki, występujące na szczęście niezbyt często, ale silnie nagłaśniane przez media, zasługują na potępienie. Tym bardziej że takie zachowania, powodowane pokusami ekonomicznymi, prowadzą nie tylko do nicości adwokatury i jej faktycznej likwidacji, ale też do upadku całego wymiaru sprawiedliwości.

 

 

Z propozycjami „załatwienia” sprawy sam miałem wielokrotnie do czynienia i to już od początku mojej kariery adwokackiej. Zdarzyło się, że na moje biurko położono sporą kwotę w gotówce. Przeliczyłem i zaprotestowałem, mówiąc że znacznie przekracza to umówione wynagrodzenie. Usłyszałem, że reszta jest „na sędziego”. Wydzieliłem więc z tej kwoty należność za moją pracę i stanowczo zastrzegłem: „Ja nie noszę sędziom pieniędzy”. Finał był taki, że klient poniechał korupcyjnych zamiarów, a mnie – młodego wówczas adwokata – pochwalił przed samorządem palestry.

Bywają jednak sytuacje, gdy klient zachowuje się zupełnie inaczej. Zdarza się, że ktoś złapany na jeździe samochodem w stanie nietrzeźwym chce zatrudnić adwokata i osiągnąć tylko jedno: uniewinnienie. Na sugestię, że w takiej sytuacji możliwa jest jedynie walka o niski wymiar kary – wychodzi z trzaskiem drzwi, a bywa, że zaczyna rozpuszczać po mieście niepochlebne opinie o takim adwokacie.

Ale są też okoliczności, gdy adwokat powinien przekonywać klienta, że warto, mimo różnych niedogodności, walczyć o korzystny wyrok. Nawet gdy początkowo się wydaje, że lepiej po prostu poddać się karze. Drastyczny przykład takiej sytuacji miał miejsce kilka lat temu we Wrocławiu, gdy w bijatyce pseudokibiców zabito człowieka. Natychmiast aresztowano około 200 osób. Wiele z nich, choć nie miało nic wspólnego z zabójstwem, dla świętego spokoju uległo podszeptom niektórych adwokatów i prokuratorów, by dobrowolnie poddać się karze. 14 zostało w areszcie i poddało się procesowi. Zostali uniewinnieni. I jak się czują prawnicy, którzy podpowiadali takie wyjście? Przecież tamci dobrowolnie ukarani kibice mają stosowny ślad w swoich papierach na długie lata. Może prawnicy „załatwili” im szybkie wydostanie się z kłopotów, ale jakim kosztem?

 

 

Jeśli nawet między adwokatem i jego klientem panuje pełna zgoda co do oczekiwań i możliwości ich spełnienia, jest jeszcze sąd. To od niego zależy przecież rozstrzygnięcie problemu klienta. To od niego oczekuje się, że zważy wszystkie argumenty prawne przytaczane przez strony. Niestety, tu się zdarza, i to nader często, że dyskurs na linii adwokata z sądem nie ma charakteru merytorycznego i to nie argumenty prawne decydują o wyroku. Prawdziwą plagą polskich sądów jest nadmierny formalizm, a wręcz rytualność w stosowaniu niektórych procedur. Prowadzi on nawet do postawienia strony zastępowanej przez pełnomocnika w gorszej sytuacji od sytuacji strony działającej bez adwokata lub radcy prawnego. O przykłady nietrudno, chodzi tu np. o prekluzję dowodową w postępowaniu gospodarczym czy rozmaite próby hamowania składania apelacji. Zdarzają się też prawdziwe kurioza, jak np. pisemne uzasadnienie wyroku wrocławskiego Sądu Apelacyjnego z 10 września 2008 r. (I A Ca 678/08), jakże dalekie od meritum. Sąd zwrócił tam uwagę na „zacietrzewienie pełnomocnika powoda” oraz że pełnomocnik „na użytek niniejszego procesu udaje głupiego”, „w imię starannej obrony prawa reprezentowanej strony czepia się, czego tylko można”, „robi piekielną awanturę”, a przy tym przedstawia swoje racje „w sposób tendencyjny, bywa, że pokrętny”.

Zostawmy na boku kwestię godności adwokata, zapewne naruszoną przez sędziego (litościwie pominę nazwisko), formułującego takie uzasadnienie. Klienci takich chwytów sądu nie rozumieją i nie akceptują, oczekując bardziej merytorycznych rozstrzygnięć niż wykorzystywania nawet najdrobniejszych potknięć pełnomocników do ferowania rozstrzygnięć formalnych, które nie mogą uchodzić za sprawowanie wymiaru sprawiedliwości. W imię pośpiechu (nie szybkości!) postępowania, rytuału procedury, nadmiernego dyscyplinowania pełnomocników i obrońców bywa pominięty sens wymiaru sprawiedliwości, według którego strony reprezentowane przez profesjonalnych pełnomocników mają prawo do uzyskania odpowiedzi na pytania, kto w konflikcie sądowym ma rację. Nawet zatem jeśli klient nie traktuje adwokata jak „załatwiacza”, lecz jako fachowego pełnomocnika, to w podobnych sytuacjach może stracić zaufanie do całego wymiaru sprawiedliwości.

 

 

Oczywiście w tym miejscu wypada się uderzyć we własne adwokackie piersi i przyznać, że bywają przedstawiciele palestry, którzy sami jej obraz psują i to nie tylko poprzez nagłaśniane w mediach przypadki „załatwiania” spraw w sądzie czy rzekome posługiwanie się fałszywą dokumentacją. Zdarza się bowiem, że adwokat wręcz współpracuje z organami ścigania, działając według ich wskazówek i nakłaniając swego klienta do przyznania się do winy albo i dobrowolnego poddania się karze (jak w opisanym przykładzie z kibicami).

Jednak społeczeństwo nie oczekuje adwokatów polecanych przez organy ścigania. Każdy człowiek ma prawo do wyboru adwokata według swojego uznania i wiedzy, jest to gwarantowany ustawowo, formalny aspekt prawa do obrony. Jakakolwiek próba manipulacji przy wyborze adwokata ze strony organów państwowych może rodzić poczucie braku bezpieczeństwa prawnego i korupcji w imię naruszenia prawa do obrony. Obawiam się, że podejmowane na różny sposób próby ograniczenia niezależności samorządu adwokackiego poprzez np. upaństwowienie sądownictwa dyscyplinarnego, mogłyby sprzyjać rozwojowi takich żałosnych praktyk.

No, a co robić, jeśli adwokat w trakcie współpracy z klientem nabierze podejrzeń, że ten gra nieuczciwie, np. dostarczając fałszywe dokumenty? Otóż musi on w swej pracy być żarliwy, dociekliwy, często bezpardonowy, gdyż nie da się wykluczyć, że dowody są fałszywe albo zostały nieuczciwie pozyskane. Będąc tylko ostrożnym, nigdy nie będzie uczciwym wobec klienta. Dlatego głośne wypadki, w których adwokat rozstał się z klientem z tych właśnie przyczyn, nie powinny być ścigane, a wręcz chwalone. Może to jest sposób na obalenie mitu adwokata załatwiacza? Dopóki bowiem społeczeństwo będzie wierzyć, że w polskim sądzie „wszystko się da załatwić”, to prawnicy-naciągacze będą wciąż mieli na kim zarabiać i kogo naciągać.

Adwokaturze polskiej z pewnością nie po drodze z takimi, którzy tylko liczą na sukces finansowy za każdą cenę. Tacy ludzie prowadzą klientów nie tyle do wymiaru, co bezmiaru sprawiedliwości. Zgodnego z ich interesem finansowym, ale sprzecznego z prawem i etyką.

Zagadnienie oczekiwań klienta wobec adwokata będzie jednym z tematów jutrzejszej konferencji „Wartości a sukces zawodowy prawników – granice kompromisu”, która odbędzie pod patronatem „Rzeczpospolitej”