Rz: Jak wyglądały pani pierwsze kroki w zawodzie prawnika?
Anna Kruszewska: Już po pierwszym roku studiów rozpoczęłam praktyki w kancelarii. Pamiętam, że całą moją znajomość prawa cywilnego opierałam wtedy na prawie rzymskim. I to się świetnie sprawdzało!
W trakcie studiów wyjechałam także na staż do Stanów Zjednoczonych. Miałam wziąć udział w programie „Work and travel". Moi rodzicie stwierdzili jednak, że rezygnuję z pracy w kancelarii, żeby myć gary za granicą. Postanowiłam udowodnić, że tak nie będzie. Już w USA chodziłam od kancelarii do kancelarii, pytając, czy nie poszukują kogoś do pracy. Udało się przy trzecim podejściu. Sam staż w amerykańskiej kancelarii był dla mnie fantastycznym przeżyciem. Dostałam nawet swoją sprawę, w której wartość przedmiotu sporu wynosiła milion dolarów. W tym okresie zastanawiałam się, czy nie zostać prawnikiem w Stanach Zjednoczonych. Wtedy łatwiej było dostać się do amerykańskiego „baru" niż na aplikację w Polsce. W tym czasie doszło do pierwszej deregulacji zawodów prawniczych ministra Gosiewskiego i zdecydowałam się zostać w kraju.
Specjalizuje się pani w prawie mediów. Skąd wziął się pomysł na taką niszę?
Pomysł narodził się w Wielkiej Brytanii. Wyjechałam tam na Erasmusa i dostałam listę przedmiotów do wyboru. I wśród nich było prawo mediów. Na uniwersytecie w Polsce czegoś takiego w ogóle nie było, więc wybrałam ten przedmiot z czystej ciekawości. I to był strzał w dziesiątkę. Prowadzący zajęcia był praktykiem, a przy tym świetnym wykładowcą. Brytyjski rynek dziennikarstwa jest specyficzny. Z jednej strony mamy tam do czynienia z dziennikarstwem najlepszym na świecie, a z drugiej z najbardziej podłymi tabloidami. Bardzo mnie to zafascynowało.