Polska scena polityczna została umeblowana przez dominujący konflikt między PiS-em i antyPiS-em w jego różnych wcieleniach. Konflikt ten na tyle mocno oddziałuje na wyobraźnię wyborców i umysły polityków, że nawet Szymon Hołownia, rozpoczynający swoją kampanię jako kandydat spoza logiki tego konfliktu, szybko zaczął ścigać się o pierwszeństwo w obozie antyPiS-u z Małgorzatą Kidawą-Błońską.

Jednak to nie sam podział jest głównym przekleństwem polskiej polityki, lecz jałowe rytuały mu towarzyszące. Czołowi polscy politycy stracili jakikolwiek walor świeżości i kreatywności, a ich zachowania są do bólu przewidywalne i rutynowe. Jeszcze zanim którykolwiek z nich otworzy usta, publiczność już wie jakie słowa padną i jakie argumenty zostaną użyte. I nie dotyczy to tylko słów, lecz także zachowań. O ile jest to zrozumiałe w obozie PiS, przynosi wszak serię sukcesów wyborczych i w ślad za tym zapewnia władzę i sprawczość, o tyle nieznośna powtarzalność po stronie antyPiS, a zwłaszcza głównej wciąż siły tego obozu – Koalicji Obywatelskiej, zakrawa już na autoagresję. Liczenie, że robiąc wciąż to samo osiągnie się w końcu inny niż dotychczas efekt to przykład myślenia magicznego. A także intelektualnej bezradności.

 Świadkami takiej bezradności byliśmy w ostatnich tygodniach obserwując reakcję antyPiS-u na bezwzględne parcie Nowogrodzkiej do utrzymania majowego terminu wyborów prezydenckich. Mijały tygodnie, a opozycja nie była w stanie sformułować żadnego alternatywnego scenariusza, ograniczając się do rytualnego nawoływania do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, choć dla każdego obserwatora było jasne, że ten scenariusz PiS odrzuca, a opozycji brak szabel, by swój postulat wprowadzić w życie. Można było odnieść wrażenie, że celem opozycji nie jest wpłynięcie na przebieg wydarzeń, lecz udowodnienie, po raz kolejny zresztą, że Jarosław Kaczyński jest wcieleniem zła. Tyle że zadaniem polityka nie jest psychologizowanie i wystawianie cenzurek konkurentom, lecz szukanie realnych rozwiązań.

 Działania Jarosława Gowina dają szansę na zerwanie z pustymi gestami i zaklęciami. Gowin ma szansę przywrócić opozycji przestrzeń kreatywności, rozumianej jako zdolność do kształtowania przez polityków rzeczywistości. Polityka to przecież sztuka kompromisu między marzeniami a możliwościami. Jakie są marzenia opozycji słyszeliśmy wielokrotnie, teraz nadszedł czas refleksji nad możliwościami.

 Kto dobrze wykorzysta ten czas, podarowany opozycji przez Gowina? Największe szanse ma chyba Kosiniak-Kamysz, który już od dłuższego czasu pozycjonuje się w pobliżu centrum sceny politycznej i jest realnym liderem swojego obozu, czego nie da się powiedzieć o Kidawie-Błońskiej, kandydatce KO. Z kolei w najtrudniejszej sytuacji znajduje się Hołownia, gdyż nie posiada żadnych narzędzi do podjęcia gry; paradoksalnie może mu to jednak pomóc w powrocie na miejsce, które rezerwował dla siebie na początku kampanii, czyli kandydata spoza dychotomicznego układu.

 Gowin całej klasie politycznej rzucił koło ratunkowe w jednym jeszcze wymiarze. Niezależnie od dalszych losów jego propozycji, już zdołał przypomnieć o kolejnej zapomnianej wartości w polskiej polityce: wspólnotowości. Polityka ma być (bo nie mam odwagi napisać że jest) działaniem na rzecz dobra wspólnego, tymczasem nawet w czasie pandemii mieliśmy do czynienia z festiwalem skrajnego partyjniactwa. Żonglowanie terminem i sposobem wyborów miało swoje główne źródło w sondażach wyborczych, nie w szczerej trosce o zdrowie obywateli czy szacunku dla Konstytucji. Teraz wszyscy uczestnicy tego obłędnego sporu mają szansę przypomnieć sobie po co szli do polityki i o co im chodziło, zanim chochoł porwał ich do tańca.

 

Janusz Okrzesik

były parlamentarzysta, samorządowiec, politolog, wykładowca Wyższej Szkoły Finansów i Prawa w Bielsku-Białej