Katastrofa pod Smoleńskiem dla całego świata politycznego w Polsce była wielkim zaskoczeniem. Także dla Platformy Obywatelskiej. Szybko jednak partia Donalda Tuska musiała się zmierzyć z problemem – gdy jej kandydat na prezydenta, wybrany w wewnątrzpartyjnych prawyborach, został nagle głową państwa.

Bronisław Komorowski, wygłaszając kolejne oświadczenia odnoszące się do katastrofy samolotowej, nie wypadł znakomicie. Czy mógł wypaść lepiej? W moim przekonaniu nie, bo musiał się zmierzyć z wydarzeniem bez precedensu.

[srodtytul]Partia w kryzysie[/srodtytul]

Potem jednak Platforma pogrążyła się w prawdziwym kryzysie. To prawda, partia nie mogła się wcześniej przygotować na sytuację, jaka nastąpiła, ale należało – już w trakcie żałoby – zacząć układać plan kampanii prezydenckiej w nowych warunkach. Trzeba było natychmiast przedefiniować całą strategię.

Jeśli już planowano kolejne wystąpienia premiera na specjalnych konferencjach prasowych, to trzeba było wcześniej się zastanowić, co ma on konkretnie powiedzieć Polakom. Tymczasem Tusk przemawiał, ale nie mówił nic ponad to, co wszyscy wiedzieli. Być może taki przekaz był odpowiedni jeszcze pierwszego i drugiego dnia tragedii, ale już nie dwa tygodnie po niej. Wtedy zamiast premiera powinien był już występować jako konstytucyjny szef państwa Bronisław Komorowski.

Politycy Platformy mieli prawie miesiąc na otrząśnięcie się z szoku po tragedii. W tym czasie należało zainwestować w nowe badania opinii publicznej oraz w doradców, zmodyfikować sztab wyborczy, zaprojektować kampanię w nowych warunkach, skonstruować spójny przekaz polityczny dla swojego kandydata. Tego wszystkiego nie uczyniono. Zaniedbania z czasu żałoby narodowej nie są efektem dobrego wychowania, ale skutkiem zwykłego lenistwa. Ktoś w Platformie po prostu nie odrobił lekcji.

[srodtytul]PiS nie próżnuje[/srodtytul]

Co gorsza, w moim przekonaniu partia Tuska do dziś nie dorobiła się strategii wyborczej i wciąż jest zaskakiwana przez politycznych przeciwników. Potwierdzają to kolejne wydarzenia – choćby szok posła Sławomira Nowaka z PO, gdy Prawo i Sprawiedliwość dostarczyło do Państwowej Komisji Wyborczej znacznie więcej podpisów pod nazwiskiem swojego kandydata niż Platforma Obywatelska.

Działacze Platformy nie spodziewali się chyba, jakie psychologiczne znaczenie ma ta liczba – dziennikarze natychmiast stwierdzili, że w politycznym meczu obecnie wynik brzmi 1:0 dla Jarosława Kaczyńskiego. A wystarczyło w odpowiedzi przypomnieć, że PKW i tak sprawdza tylko pierwsze 100 tysięcy podpisów...

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Ach te magazyny"

Silniki boomu pracują pełną parą - rynek będzie rósł z uwagi na dalszy rozwój logistyki i e-commerce

OGLĄDAJ RELACJĘ

Sytuacja PO jest tym bardziej trudna, że PiS potrafi wykorzystać obecną sytuację i nie próżnuje. Niektórzy nazywają tę taktykę szantażem moralnym – ja w kategoriach marketingu politycznego nie użyłbym takich słów. Każdy polityk ma prawo dowolnie zdefiniować temat swojej kampanii wyborczej. Kwestie moralne nie mają tutaj znaczenia, bo w marketingu liczy się skuteczność. A to się Prawu i Sprawiedliwości udaje osiągnąć.

Natomiast Platforma nadal siedzi cicho. Biblijna maksyma “błogosławieni cisi” jest może skuteczna w kwestiach wiary. W sprawach politycznych – niekoniecznie.

[srodtytul]Kto milczy, ten traci[/srodtytul]

Partia Donalda Tuska powinna jak najszybciej tak ustawić tematy kampanii, aby były one kłopotliwe dla przeciwnika. Na przykład jak najwięcej mówić o rodzinie i życiu prywatnym swojego kandydata – te tematy dla Jarosława Kaczyńskiego są niewygodne. Już teraz powinniśmy widzieć Bronisława Komorowskiego demonstracyjnie pojawiającego się z rodziną. W telewizyjnych klipach powinni się pojawiać jego córki i synowie opowiadający, jak wspaniałym ojcem jest marszałek Sejmu, ile od niego się nauczyli itd.

O tym wszystkim jednak nie słyszymy. Za to dowiadujemy się, że Platforma chciałaby zrezygnować z kampanii billboardowej. Cóż, w polityce ten, który milczy, traci.

[i]not. mog[/i]