Anna Słojewska z Brukseli
Triumfy eurosceptyków i utrwalająca się stagnacja gospodarcza wymusiły zmianę działania Unii Europejskiej. Ma w tym pomóc nowe przywództwo europejskie z udziałem Donalda Tuska.
Wybory do Parlamentu Europejskiego w maju pokazały, że w niektórych ważnych krajach Unii tradycyjne partie polityczne są w odwrocie. Nacjonaliści wygrali we Francji, eurosceptycy w Wielkiej Brytanii, klasyczna lewica i prawica poniosły porażkę w Hiszpanii. Widmo populizmu zajrzało w oczy rządzących w UE i pomogło w wyborze nowych szefów unijnych instytucji. Przewodniczącym Komisji Europejskiej został, pod naciskiem eurodeputowanych, Jean-Claude Juncker, a szefem Rady Europejskiej polski premier Donald Tusk.
Dzieli ich wiele. Ten pierwszy często wchodził w konflikty z Angelą Merkel, szczególnie przy opracowywaniu recepty na walkę z eurokryzysem. Ten drugi ze ścisłego sojuszu polsko-niemieckiego uczynił narzędzie realizowania swoich interesów na arenie międzynarodowej.
Juncker przez 18 lat był premierem Luksemburga, kraju założycielskiego UE. Współtworzył pakt stabilizacji i wzrostu, który jest podstawą działania strefy euro.
Tusk na forum UE chce być widoczny. Potrzeba do tego mediów. Na razie ich nie zawojował
Tusk to debiutant, przedstawiciel ostatniej fali rozszerzenia UE z 2004 roku. I choć były polski premier brał udział w wielu spotkaniach Rady Europejskiej, to jednak zawsze był politykiem narodowym. Tymczasem Juncker ma ogromne doświadczenie jako wieloletni szef Eurogrupy – grona ministrów finansów państw strefy euro. Uważa się wręcz, że reprezentuje starą Europę, a Tusk nową, choć obaj są w zbliżonym wieku.
To, co ewidentnie ich łączy, to przekonanie, że Europa nie może działać tak jak dotychczas. W przypadku Junckera przekłada się to na szybką inicjatywę inwestycji dla UE, która ma stanowić pierwszy krok w wyciąganiu strefy euro z okopów stagnacji gospodarczej. Przewodniczący KE zapowiedział też ograniczenie działalności legislacyjnej Brukseli do obszarów naprawdę niezbędnych i realizujących unijne priorytety. Ma temu służyć znaczące upolitycznienie KE i próba odebrania władzy urzędnikom.
W tym dziele Tusk może się okazać pomocnikiem Junckera. Już zapowiedział, że plan inwestycyjny szefa KE będzie też jego priorytetem. I wygląda na to, że w sprawie działalności legislacyjnej UE też prezentuje zdrowy rozsądek.
Stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej to – obok szefa Komisji Europejskiej – najważniejsze miejsce, z którego Polak może wpływać na unijną politykę. I choć trzeba się zgodzić z oceną, że Angela Merkel ma znacznie większy wpływ na decyzje o przyszłości UE i że nazywanie Tuska prezydentem Europy jest pewną przesadą, to nie zmienia to faktu, że mówimy o ważnym stanowisku. Bo polski polityk nie ma szans na zostanie kanclerzem Niemiec i zabieganie wprost w Berlinie o nasze interesy. Może to natomiast robić jako szef Rady Europejskiej, choć oczywiście nie w sposób otwarty i bezpośredni.
Donald Tusk zaczął urzędowanie 1 grudnia. Co pierwsze tygodnie jego rządów i pierwszy szczyt UE pod jego wodzą mówią nam o priorytetach Polaka? Na razie, niestety, niewiele. Tusk, prawdopodobnie z powodu swojego ciągle niedoskonałego angielskiego, nie udziela bowiem wywiadów. Na pierwszej konferencji prasowej widać było, że radzi sobie w obcym języku, ale nie tak, żeby swobodnie wygłosić każdą skomplikowaną myśl.
W tej sytuacji aktywność medialna Tuska ogranicza się do nagranych i czytanych z promptera krótkich wypowiedzi, które następnie są umieszczane na stronie internetowej Rady Europejskiej. Co zresztą budzi zdziwienie, a powoli nawet irytację zagranicznych dziennikarzy.
Tusk nie musi być oczywiście aktywny medialnie – jego poprzednik Herman Van Rompuy praktycznie nie udzielał wywiadów. Ale nie reklamował się ustawionymi filmikami i generalnie preferował zakulisowe metody działania, w cieniu przywódców narodowych. A Tusk chce to zmienić: chce być aktywny, widoczny, nie zamierza ukrywać swoich poglądów. Tak przynajmniej twierdzi jego otoczenie. Do tego niestety potrzebne jest pośrednictwo mediów.
Agenda pierwszego szczytu i czas jego trwania dają pewną wskazówkę na przyszłość. Tusk ma styl bardziej premierowski, chce spotkań krótkich i konkretnych. Tematów ma być niewiele, a dyskusja głęboka i polityczna. Czy mu się to uda, pokaże przyszłość. Pierwszy jego szczyt był lekki – bez decyzji i bez kontrowersyjnych punktów w programie.
Dopiero w przyszłym roku, gdy przyjdzie do decyzji o przedłużaniu sankcji wobec Rosji, o pomocy finansowej dla Ukrainy, o składkach na fundusz inwestycyjny dla Europy czy wreszcie o kolejnych reformach strefy euro, okaże się, jakie są zdolności Tuska. Obiecał już, że będzie się angażował w sprawy zagraniczne bardziej niż Van Rompuy, a jego priorytetem będzie Wschód. Jednak na telekonferencję Władimira Putina i Petra Poroszenki z Angelą Merkel i Francois Hollande'em nowego przewodniczącego Rady Europejskiej nie doproszono. Musi więc jeszcze powalczyć, aby wielcy przywódcy uznali, że jego rola wykracza poza sekretarzowanie spotkaniom 28 szefów państw i rządów.