Globalizacja jeszcze nigdy nie miała się tak dobrze. Pogłoski o jej schyłku to mrzonki. Jesteśmy połączeni w jeden wielki system ekonomiczny i społeczny, co najwyżej w jednych miejscach odczuwamy to mocniej, a w innych słabiej. Najbardziej dobitnym dowodem na jej siłę są konsekwencje ataku Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran. Jego fale przetoczyły się w różnych formach i z różną siłą przez cały świat. W Polsce hurtowe ceny paliw skoczyły w niecały miesiąc o blisko 50 proc., na amerykańskich stacjach galon benzyny podrożał o jedną trzecią, a świat obiegły zdjęcia kolejek na stacjach choćby w Indiach. Droższe paliwa to droższy transport, a to oznacza wyższą cenę niemal wszystkiego – odczuje to prędzej czy później każdy na całej planecie. A jest jeszcze długa lista produktów, których wytworzenie bez ropy jest albo ekonomicznie nieopłacalne, albo wręcz niewykonalne – od tworzyw sztucznych, przez chemię gospodarczą po nawozy.
Czytaj więcej
Kraje Azji Dalekowschodniej, ale także Indie i Sri Lanka od lat korzystały z taniej ropy z Bliskiego Wschodu. I od tych dostaw się uzależniły. Tera...
To najbardziej oczywisty skutek i najbardziej namacalny dowód, że globalizacja działa. Przypomina o sobie, gdy ktoś chce zaburzyć jej działanie. Ale atak na Iran pokazał, że globalizacja to też mniej lub bardziej swobodna wolność przemieszczania się – przynajmniej dla tych uprzywilejowanych obywateli świata dobrobytu. I nie chodzi tylko o nagłe wstrzymanie połączeń lotniczych – wojna przypomniała między innymi, że z 11,5 mln mieszkańców Zjednoczonych Emiratów Arabskich zaledwie ok. 1,3 mln to obywatele tego kraju. Pozostali to obcokrajowcy – wśród nich m.in. 250 tys. Brytyjczyków, 150 tys. Rosjan i 10 tys. Polaków oraz całe rzesze głównie obsługujących bogatych ekspatów obywateli Indii, Pakistanu czy Bangladeszu. To kolejne oblicze globalizacji, odsłonięte przez nagłe zagrożenie, gdy część z nich uznała, że – przynajmniej tymczasowo – bezpieczeństwo jest może ważniejsze od korzyści finansowych.
Wojna handlowa? Amerykańska gra cłami to na razie ślepa uliczka
Na instrumentach globalizacji świadomie zaczął grać Donald Trump. Od początku swej kadencji, działając z pozycji siły, postanowił zburzyć istniejący układ handlu międzynarodowego. Ale już sam fakt, że sięgnął w tym celu po cła, świadczy o tym, że wierzy w moc globalizacji. Jego cel: reindustrializacja USA, powrót miejsc pracy dla niebieskich kołnierzyków, poprawa bilansu handlowego, a w efekcie powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego. Hasło Make America Great Again postanowił wcielić w życie za pomocą arbitralnego podwyższania ceł swoim partnerom handlowym, nie zważając na to, jak szkodzi to wzajemnym relacjom. Zresztą okazało się to brzemienne w skutkach po zablokowaniu Cieśniny Ormuz przez Iran, gdy postanowił prosić o pomoc tych, których jeszcze niedawno upokarzał i na których chciał zarobić.
Szanse na to, że plan odbudowy amerykańskiego przemysłu i pobudzenie gospodarki się powiedzie, są znikome. Gospodarka USA zamiast przyspieszać, zwalnia – w IV kw. 2024 r. PKB wzrosło zaledwie o 0,7 proc. rok do roku. Ambitne szacunki na 2026 r. – 2,8 proc. wzrostu (Goldman Sachs) już zaczynają być korygowane. Politycznie to też porażka – zadowolenie z działań Trumpa jest wśród Amerykanów najniższe od początku kadencji – 36 proc. (Reuters/Ipsos) i bliskie najniższemu w historii. To nie są lata 30. XX w. i New Deal, system wzajemnych powiązań gospodarczych jest zbyt rozwinięty. Czas prostych recept dawno minął.
Paradoksalnie to największe mocarstwo tego świata – gospodarczo, militarnie, a nawet kulturowo – ma najmniejsze szanse, by przerwać postęp globalizacji. Bo jest jej największym beneficjentem. Ideowo i politycznie MAGA może żyć jeszcze długo, ale już widać, że gospodarczo to fałszywa obietnica – żadnej reindustrializacji nie będzie, bo ta najbogatsza Ameryka, ten najbardziej opływający w luksusy 1 proc., od dekad żyje z transferu produkcji do krajów taniej siły roboczej i zwiększania swojego udziały w łańcuchu wartości dodanej. A bezprecedensowa siła finansowa amerykańskich firm sprawia, iż są w stanie kupić praktycznie każdy know-how na świecie (może oprócz chińskiego) i zarobić na nim w globalnej skali. Korporacje z USA potrzebują międzynarodowych rynków jak powietrza, by się rozwijać. A muszą się rozwijać, bo taki jest dyktat inwestorów i rynków kapitałowych. Prezydent, który sypie piasek w koła tego wzrostu, nie jest miliarderom na rękę.
Czytaj więcej
Karol Nawrocki nie spotkał się w Dallas z Donaldem Trumpem, bo nie mógł. Trumpa na konferencji CPAC po prostu nie było. Nie było po raz pierwszy od...
Nawet jeśli deficyt handlowy USA w 2024 r. wzrósł o 1,2 mld dol., a zagraniczne inwestycje kapitałowe „tylko” o 860 mln dol., to ważne jest też, kto inwestuje i kto zarabia na imporcie – wbrew pozorom nie tylko producent i eksporter. Fabryki Nike czy Apple w Azji to przykład, że większość zysku trafia do tej samej, amerykańskiej kieszeni. Niektóre łodzie fale globalizacji podnoszą znacznie wyżej niż inne.
Warto pamiętać, że biedni nie zostają prezydentami Stanów Zjednoczonych – szacuje się, że Donald Trump zabrał na potrzeby kampanii w 2024 r. ok. 1,1 mld dol. Amerykańska demokracja tak naprawdę jest plutokracją. Jeśli nawet przez to ekonomiczne sito prześlizgnie się do Białego Domu jakiś niespodziewany kandydat z szalonymi pomysłami, to multimiliarderzy zaraz zaczną wpływać na jego decyzję, urabiać blichtrem i dolarami. Czy nie tego byliśmy świadkami, gdy w pierwszym rzędzie na zaprzysiężeniu prezydenta USA zasiedli Bezos, Musk i Zuckerberg? Nie tylko po to, by się grzać w blasku chwały Trumpa, ale też po to, by mieć na niego wpływ. W końcu mają miliardy klientów rozsianych po całym świecie.
Ale Trump nie jest żadnym outsiderem, jest swój. Oprócz nieoczekiwanych radykalizmów nie ma w nim nic z mieszkańców Pasa Rdzy, którzy na niego głosowali. Jest z zupełnie innej klasy społecznej. Czemu miałby ciągle grać przeciw jej interesom?
Komu spowolnienie globalizacji miałoby się zresztą opłacać? Chinom – w żadnej mierze, są największą fabryką świata, ich gospodarka wciąż stoi na eksporcie towarów i imporcie surowców. Rosji? Pomijając nawet embarga Rosja nie jest samowystarczalna, a jej przedwojenne przychody pochodziły głównie z eksportu surowców. Unii Europejskiej? Największe kraje UE właśnie cierpią z powodu problemów z eksportem, co pokazuje globalne uzależnienie. A wojna w Ukrainie dobitnie pokazała, że dopóki nie zakończy transformacji energetycznej, co stanie się nie wiadomo kiedy, wciąż potrzebuje surowców energetycznych.
Humanitarna katastrofa na skalę globalną
Tak się niestety składa, że znaczenie globalizacji widać w najbardziej drastycznych momentach. Jest immanentną częścią struktury świata, w której żyjemy, nie zawsze widać jej szwy, a zwykle ich po prostu nie zauważamy. Jednym z najbardziej bolesnych, choć przyćmionych przez akty agresji – w Ukrainie, Gazie, Iranie – jest zeszłoroczne ścięcie wsparcia amerykańskiej agencji USAID o 83 proc. oraz innych form państwowej pomocy humanitarnej Stanów Zjednoczonych. W sumie z 14,1 mld dol. w 2024 r. spadła do 3,4 mld dol. w 2025 r. Środki przeznaczane na ten cel o kilkadziesiąt procent zmniejszyły również np. Niemcy i Wielka Brytania. Eksperci są zgodni – oznacza to więcej ofiar śmiertelnych z powodu głodu, w tym głównie wśród dzieci, brak podstawowej opieki zdrowotnej, mniej szans na przeżycie dla uchodźców z terenów objętych konfliktami zbrojnymi.
Czytaj więcej
Stany Zjednoczone opuszczą 66 organizacji, agencji i komisji międzynarodowych, w tym kluczowe instytucje powiązane z ONZ – wynika z decyzji adminis...
Decyzje podjęte w Waszyngtonie, Londynie i Berlinie zagrożą więc codziennemu życiu w Darfurze czy Palestynie. Ale wywołają też najprawdopodobniej inne, potężne skutki – kolejną falę migracji z regionów egzystencjalnego zagrożenia do miejsc, które dają przynajmniej nadzieję dobrobytu. Dla przeżywającej demograficzną zapaść Europy to kryzys, który szybko się nie skończy, o ile w ogóle skończy się kiedykolwiek. Żaden system społeczno-ekonomiczny stworzony na Starym Kontynencie najprawdopodobniej nie będzie w stanie udźwignąć takiej imigracji.
Wzrost cen w sklepie za rogiem może wywołać decyzja podjęta tysiące kilometrów dalej
Lata 20. obecnego wieku to jedno wielkie pasmo potwierdzeń siły globalizacji. Przecież pandemia, pierwsza z plag tej dekady, udowodniła, jak bardzo jesteśmy ze sobą powiązani. Nie tylko gospodarczo – na własnej skórze przekonaliśmy się, do jakich niedoborów towarów i skoków cen prowadzą zaburzenia w łańcuchach produkcji. Przekonaliśmy się także o tym, że jako społeczeństwa z trudem znosimy izolację, a czasami wręcz zaprzeczamy istnieniu globalnej zarazy. Jak się niespodziewanie okazało, nasz komfort psychiczny, stabilność wewnętrzną gwarantuje możliwość ucieczki – czy to w formie dalekiej podróży, czy też negowania istnienia niebezpieczeństwa. Globalna turystyka nie tylko się odbudowała po pandemii, ona rozkwitła – czego przykładem choćby skok cen nieruchomości spowodowany wynajmem krótkoterminowym w europejskich centrach turystycznych czy ograniczenia w dostępie do niektórych atrakcji. Z szacunków World Tourist Barometer wynika, że w ubiegłym roku liczba tzw. turystów międzynarodowych wyniosła ok. 1,52 mld osób, po raz pierwszy przeskakując wynik z przedpandemicznego roku 2019. Okazało się, że tanie latanie było okazją, ale drogie latanie nie jest barierą. A działo się to przecież niby tak dawno, a jednak zaledwie kilka lat temu.
Czytaj więcej
Tak, to jest dzika wojna. To prawda, Donald Trump nawet nikogo w Europie nie zapytał o zdanie. A jednocześnie stan gospodarek w Europie zależy w zn...
Gdy pandemia wygasała, nadeszła wojna w Ukrainie. Sankcje nałożone na agresora, Rosję, wywołały wzrost surowców energetycznych, a w efekcie spotęgowały efekty inflacyjne wywołane jeszcze przez pandemię. Trudno o lepszy przykład siły globalizacji niż sytuacja, gdy na jednym krańcu Europy grzmią działa, a na drugim, na półkach w Lizbonie drożeją jajka i mleko.
To, co się dzieje w latach 20. tego stulecia, pokazuje, że jako ludzkość coraz bardziej jesteśmy jednym organizmem. Tym bardziej przykro patrzeć, jak zabijamy się w bezsensownych wojnach. Zamiast działać wspólnie dostrzegamy tylko różnice, to, co nas dzieli, a nie to, co nas łączy. W międzyczasie rośnie więc nie tylko temperatura konfliktów, ale też całej planety. Ona to przetrwa, my – niekoniecznie. I to dopiero będzie ostateczny koniec globalizacji.