Im bardziej świat optymalizował system, tym bardziej stał się wrażliwy na zakłócenia w strategicznych wąskich gardłach (chokepoints), od których zależy przepustowość całego układu i nad którymi najłatwiej uzyskać kontrolę.
Jak na łamach "Financial Times" zauważa Christof Ruhl z Centrum Globalnej Polityki Energetycznej Columbia University, problemem współczesnej gospodarki coraz rzadziej jest brak surowców. Problemem staje się zatrzymanie przepływu.
Czytaj więcej
Gdy Iran ogłosił, że nie będzie negocjował swojego programu nuklearnego, a prezydent Donald Trump wyruszył do Pekinu, Kreml obwieścił, że w końcu m...
Po kryzysach lat 70. ropa stopniowo znikała z energetyki i ogrzewania, ale pozostała kluczowa tam, gdzie trudno ją zastąpić: w transporcie, żegludze, lotnictwie i logistyce. Dlatego współczesne szoki są bardziej asymetryczne niż dawniej. Nie wywołują automatycznie globalnej katastrofy, ale potrafią mocno uderzyć tam, gdzie system nie ma alternatywy.
Świat XX wieku budował magazyny i zapasy. Świat XXI wieku uwierzył, że wszystko zawsze będzie docierało dokładnie na czas (just in time). Ten model zwiększał efektywność kosztem odporności systemu. Liczyły się szybkość, skala i maksymalna wydajność. W efekcie globalizacja stworzyła nowe zależności. Zaawansowane półprzewodniki powstają głównie na Tajwanie. Chiny dominują w rafinacji wielu minerałów krytycznych. Produkcja stała się tańsza i bardziej wydajna, ale jednocześnie bardziej skoncentrowana.
Wszyscy opowiadają o sztucznej inteligencji, cyfrowej gospodarce i końcu geografii. A potem okazuje się, że globalny system nadal zależy od tankowców, portów, kabli podmorskich i kilku wąskich gardeł na mapie świata.
Czytaj więcej
Kasowanie niedochodowych połączeń, dopłaty paliwowe, podwyżki cen i oszczędności na pokładzie, ale także cięcia zatrudnienia – to najczęściej stoso...
Około 80 proc. światowego handlu, podobnie jak sto lat temu, nadal odbywa się drogą morską. Przez Ormuz przechodzi blisko jedna piąta światowego handlu ropą. Internet biegnie kablami po dnie mórz. Globalizacja miała osłabić znaczenie geografii. W praktyce sprawiła, że kilka punktów na mapie zyskało znaczenie większe niż kiedykolwiek wcześniej.
Im bardziej cyfrowy staje się świat, tym paradoksalnie silniej zależy od materialnej infrastruktury: portów, kabli, terminali LNG, serwerowni i stabilnych dostaw energii.
Dlatego współczesna geoekonomia coraz rzadziej dotyczy kontroli terytorium. Coraz częściej chodzi o możliwość zakłócenia przepływu energii, danych i logistyki. Ormuz, Suez, Malakka czy podmorskie kable stają się ważniejsze niż niejeden kawałek terytorium. Logika wąskich gardeł dotyczy dziś nie tylko handlu. W Europie podobnym strategicznym punktem pozostaje przesmyk suwalski – kluczowy korytarz łączący państwa bałtyckie z resztą NATO.
W takim świecie nawet relatywnie słabi aktorzy mogą wywoływać globalne skutki. Nie dlatego, że są silniejsi militarnie, ale dlatego, że potrafią uderzyć w punkt krytyczny systemu.
Iran nie musi wygrać wojny z USA. Wystarczy, że podniesie koszt funkcjonowania całego układu. W świecie gęstych współzależności łatwiej dziś coś zakłócić niż kontrolować. Farrell i Newman nazwali to uzbrojoną współzależnością (weaponized interdependence) – sytuacją, w której powiązania gospodarcze stają się narzędziem nacisku.
Tani dron może zagrozić infrastrukturze wartej miliardy dolarów. Koszt destabilizacji gwałtownie spadł. Koszt utrzymania stabilności rośnie. Przewagę coraz częściej osiąga nie ten, kto kontroluje system, lecz ten, kto najtaniej potrafi przerwać jego rytm. Rosja używała gazu. USA – dolara i sankcji. Chiny – kontroli nad minerałami krytycznymi. Współzależność stała się narzędziem nacisku.
Ropa płynie przez Ormuz. Kontenery przez Suez. Gaz przez rurociągi. Dane przez podmorskie kable. Świat zbudował system niezwykle efektywny – i niezwykle kruchy. Dlatego kilka tanich dronów nad jedną cieśniną potrafi dziś zachwiać globalnym systemem bardziej niż niejeden kryzys naftowy XX wieku.