Kiedy przy jednym stole spotykają się przewódcy Chin i USA, nikt nie ma wątpliwości, że mimo uśmiechów i grzecznych słów prowadzą właśnie brutalną grę o najwyższą stawkę: walkę o pierwsze miejsce w świecie. Stany są pewne, że to właśnie im się ono należy, bo zajmowały je przez ostatnie sto lat, jako wzór wolności i nieskrępowanej przedsiębiorczości. Chiny uważają, że należy się im, bo przecież zajmowały je przez niemal dwa tysiąclecia. Z kilkoma drobnymi przerwami, z których jedna właśnie się kończy. Najciekawsze jest to, że w tym wielkim starciu obie strony mają ten sam cel, ale grają w zupełnie różne gry, stosując całkiem odmienne zasady i strategie. Zasadnicze znaczenie ma horyzont, w jakim pragną osiągnąć zwycięstwo.

W jakim czasie chce odnieść sukces przywódca Stanów Zjednoczonych? Normalnie powiedzielibyśmy, że w horyzoncie kilku lat. Co cztery lata odbywają się w USA wybory prezydenckie, co dwa lata wybory do Kongresu. Ponieważ prezydent może być wybrany tylko dwukrotnie, maksymalny horyzontw którym działa to 8 lat, przy dużym prawdopodobieństwie, że po jego rządach władzę przejmie polityk z drugiej partii, o całkowicie odmiennej wizji kraju i świata. Jeśli jednak mówimy o obecnym prezydencie i obecnym spotkaniu, czas w którym niezbędny jest mu sukces można liczyć w miesiącach, a nawet w tygodniach. Poparcie dla polityki Donalda Trumpa systematycznie spada i szoruje dziś po dnie, przede wszystkim ze względu na wywołaną atakiem na Iran inflację. Wobec zbliżających się połówkowych wyborów do Kongresu prezydent jak tlenu potrzebuje jakiegoś spektakularnego zwycięstwa, a przynajmniej szansy na zakończenie wojny i stabilizację cen ropy, przy zachowaniu twarzy wobec swoich wyborców.

Prezydent Xi Jinping rządzi krajem, w którym nie musi się przejmować terminami wyborów i nastrojami wyborców (choć bez przesady: historia Chin zna wiele przykładów władców, którzy byli obalani przez zbuntowanych poddanych). Ale ma za sobą przede wszystkim tradycję strategicznego planowania w horyzoncie dziesiątek, a nawet setek lat. Kiedy pod koniec XIII wieku cesarze z dynastii Ming zdecydowali o budowie wielkiej floty i początku zamorskiej ekspansji, rozpoczęto realizację planu od zasadzenia drzew, z których po latach można było wykonać potężne maszty. Kiedy pół wieku temu Deng Xiaoping rozpoczął swoje przełomowe reformy, które miały na nowo uczynić z Chin gospodarczego giganta, zaplanował je w trzech etapach sięgających do połowy obecnego wieku (póki co, realizowanych z wyprzedzeniem). Kiedy na początku obecnego wieku Chiny uznały, że trzeba zapewnić sobie kontrolę nad krytycznymi surowcami, zaczęły cierpliwie inwestować w Afryce, udzielając hojnie kredytów, przekupując miejscowe elity i wypierając stopniowo wpływy Zachodu. Kiedy przyjęły, że w najbliższych dekadach kluczowe znaczenie będzie miała kontrola nad najbardziej zaawansowanymi technologiami, w ciągu dwóch dekad zwiększyły swoje wydatki na badania naukowe do poziomu takiego, jak w USA.

Zgodnie z przypisywanym starożytnemu chińskiemu filozofowi wojny Sun Zi powiedzeniem, jeśli dostatecznie długo będziesz siedział na brzegu rzeki, w końcu zobaczysz spływające z nurtem zwłoki swoich nieprzyjaciół. Obserwując spotkanie przywódców obu mocarstw trudno nie odnieść wrażenia, że prezydent Trump miota się w środku rzeki w poszukiwaniu szybkiego sukcesu, a prezydent Xi siedzi spokojnie na brzegu.

CV

Witold M. Orłowski

główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, wykładowca Politechniki Warszawskiej