„Jeśli państwa, które są członkami Unii Europejskiej, chcą dziś zachować suwerenność i bronić interesów swoich obywateli, mają tylko jedno wyjście – opuścić UE”. Gdyby takie słowa padły z ust Janusza Kowalskiego, Patryka Jakiego czy nawet Zbigniewa Ziobry, pewnie nikogo by nie zdziwiły. Solidarna Polska nie od dziś w swojej narracji o Unii odmienia słowo „suwerenność” przez wszystkie możliwe przypadki, a wspomniany Kowalski (polityk, który wchodził jeszcze w 2021 roku w skład rządu), wskazywał już nawet w jednej z wypowiedzi rok 2027 jako datę potencjalnego referendum w sprawie wyjścia z UE. Przytoczone wyżej słowa nie padły jednak z ust żadnego z tych polityków – taką refleksją podzielił się z opinią publiczną Wiaczesław Wołodin, przewodniczący rosyjskiej Dumy.

Wołodin, czołowy polityk kraju, który znany jest ze swojej troski o suwerenność innych państw (zwłaszcza tych sąsiadujących), rozdziera szaty nad postępującą integracją UE i nad pomysłem, by w ramach integrującej się Europy odrzucić zasadę jednomyślności przy podejmowaniu decyzji. „Opinie poszczególnych krajów, a przez to również ich obywateli, nie będą już brane pod uwagę” – boleje nad losem Francuzów, Włochów czy Niemców przedstawiciel federacji, w której zawsze ważne były opinie np. Czeczenów. I gdy owym Czeczenom było nie po drodze z Kremlem, obecny lokator Kremla wcale nie utopił ich kraju we krwi… Tak, Wiaczesław Wołodin niewątpliwie jest – jeśli chodzi o te zagadnienia – ekspertem.

Czytaj więcej

Przewodniczący Dumy: Jeśli kraje UE chcą być suwerenne muszą wyjść z Unii

Ale żarty na bok, bo sprawa jest poważniejsza. Inwazja Rosji na Ukrainę sprawia, że wiele masek opada. Po pierwsze, trudno już (poza Rosją i, jak się okazało, Watykanem) poważnie bronić tezy, że to wojownicze NATO zbliża się do granic pokojowo usposobionej Rosji, bo po 24 lutego wiemy, że Rosja gmach światowego pokoju chciałaby wznosić na kościach swoich wrogów. Po drugie, trudno też przedstawiać Putina jako obrońcę tradycji i zasad w kontrze do zgniłej liberalnej Europy, skoro barbarzyństwa, których dopuszcza się Rosja na Ukrainie, każą widzieć w Rosjanach raczej nowych Hunów niż misjonarzy Trzeciego Rzymu, za jaki co poniektórzy uważali Moskwę. Po trzecie wreszcie, nie da się już nie widzieć, że antyunijne ruchy wywołują owe słynne strzelanie korków szampana na Kremlu. W tym samym czasie, w którym Wołodin każe państwom UE uciekać ze Wspólnoty, były prezydent Rosji, Dmitrij Miedwiediew, chwali Viktora Orbána, który robi wiele, by złamać jedność Unii w sprawie sankcji wobec Rosji.

Naprawdę to już najwyższy czas, aby wyciągnąć z tego wnioski – i zamiast rzucać pomysły w rodzaju zawieszenia składki członkowskiej wpłacanej przez Polskę do UE, dokonać pewnej rewizji, jeśli chodzi o wektory polskiej polityki zagranicznej. Z faktu, jak bardzo Zjednoczona Europa zawadza Rosji, dla każdej ekipy w Warszawie powinien płynąć wniosek, że Unii Europejskiej musimy bronić jak niepodległości. Bo między jedną i drugą istnieje silny związek. Filarem naszego militarnego bezpieczeństwa jest oczywiście NATO. Ale to w ramach UE wykuwa się zmiana stanowiska Niemiec, Włoch czy Austrii wobec relacji handlowych z Rosją. Moskwa wiele by dała, żeby każdy z krajów członkowskich rozmawiał z nią suwerennie, z osobna. Wtedy jednych mogłaby korumpować, drugich zastraszać – czyli grać w swoją ulubioną grę z użyciem mieszaniny brutalnej siły i ociekających krwią ropy i gazu.

To, że tego chce Wołodin, jest zrozumiałe. Tego, że po podobną retorykę sięgają polscy politycy, zrozumieć nie sposób.