Jakby państwo zareagowali na kryminał, w którym nie dowiadujemy się ostatecznie, kto zabił? Albo czy za udaną można uznać randkę polegającą na wspólnym oglądaniu komedii romantycznej, kończącej się sceną ostatecznego rozstania głównych bohaterów?

Każdy gatunek ma nie tylko swoje prawa, ale i obowiązki. Pozwalamy mu posługiwać się wciąż tymi samymi chwytami, przymykamy oko na naiwność i nieścisłości, w zamian oczekujemy tylko i aż spójnej puenty. Komedia ma rozśmieszyć, dramat – wzruszyć, thriller – wciągnąć. A kino rozliczeniowe – rozliczyć. Wystawić rachunek, zestawić błędy i zasługi, pozwolić wspólnocie rozpocząć nowy etap.

Czytaj więcej

Wojciech Smarzowski przed premierą filmu "Wesele"
Robert Mazurek: "Wesele" czyli Wyspiański 3.0

Tymczasem Wojciech Smarzowski zachowuje się od pewnego czasu – pozostając w filmowej poetyce – jak Gerard, czarny charakter z „Długu" Krzysztofa Krauzego. Dolicza wciąż kolejne odsetki i zamiast rozliczyć się z dawnym dłużnikiem – zaczyna go prześladować. Dług to bowiem tylko pretekst. Podobnie jest z „Weselem", najnowszym filmem Smarzowskiego. Wszystkie chwyty, które kiedyś miały w jego kinie artystyczne i fabularne uzasadnienie – przemoc, szok, cała ta turpistyczna wizja rzeczywistości, która stała się znakiem rozpoznawczym „smarzowszczyzny" – są tu narzędziem służącym wyłącznie samoudręczeniu Polaków. Pokazaniu, jak bardzo jesteśmy moralnie i estetyczni paskudni. A w każdym razie ci z nas, którzy chodzą do kościoła albo mieszkają w małych miejscowościach. Smarzowski stał się bowiem od pewnego czasu Patrykiem Vegą Polski A. Nie tyle snuje historie, ile kompiluje scenariuszowy zlepek mających wywrzeć na widzu odpowiednie wrażenie gagów. Fabuła jest tylko alibi dla coraz bardziej dosłownych i niesmacznych ukłuć. I może jeszcze dla poczucia wyższości nad wyimaginowanym ciemnogrodem.

Kiedy reżyser „Wesela" znajdował się w swojej szczytowej formie – jak w „Róży" czy „Wołyniu" – potrafił zarówno nie brać jeńców, jak i snuć opowieści. Szok i przemoc wywoływały prawdziwy skurcz w widzach, bo były jedynie kontrapunktem dla wiarygodnych postaci i czystych uczuć. I tak należy się rozliczać – z polską i każdą inną historią. Bez znieczulenia i bez wołających o pomstę do nieba klisz czy uproszczeń. Z uczciwością wobec przeszłości i nadzieją na przyszłość. Jak wystawiać rachunek, to tylko na podstawie uczciwego rozliczenia. A nie tylko po to, by puścić dawnego dłużnika z torbami.