Gdyby za politykę europejską Polski odpowiadali Mateusz Morawiecki i Konrad Szymański, po sobotniej, pożegnalnej wizycie Angeli Merkel można by być optymistą. Niemiecka kanclerz przyjechała z ważnym przesłaniem: w konflikcie o praworządność w Polsce potrzebny jest dialog, a nie konfrontacja. Ze słów i gestów Merkel wynika jedno: uznała, że ryzyko, iż spór Warszawy z Brukselą wymknie się spod kontroli, jest poważne, a polexit byłby nie tylko geopolityczną katastrofą dla Polski, ale również uderzyłby w niemieckie interesy gospodarcze. Dlatego trzeba już dziś deeskalacji. Kanclerz zobowiązała się więc, że włączy się w próby porozumienia. Polska zaś – ustami premiera, który udzielił wywiadu niemieckiej prasie – zobowiązała się do likwidacji Izby Dyscyplinarnej, czyli wykonała niezbędny gest w kierunku zamknięcia przynajmniej jednego pola konfliktu.

Propozycja Merkel jest o tyle przełomowa, że dotychczas stanowisko niemieckiego rządu mówiło, że ten spór powinien zostać rozwiązany na linii Bruksela–Warszawa. Co ciekawe, w piątek deklarację włączenia się w walkę o odmrożenie funduszy dla Polski obiecał w wywiadzie dla TVN 24 Donald Tusk, który fotel przewodniczącego PO łączy ze stanowiskiem szefa Europejskiej Partii Ludowej, wciąż najpotężniejszej frakcji w Unii. Tusk podkreślił, że nie można karać Polaków za błędy rządu PiS.

Choć dni Merkel jako kanclerza Niemiec dobiegają końca, wciąż jest ona najpotężniejszym politykiem w Europie. I to nie tylko ze względu na rolę, jaką pełnią w Unii Niemcy, ale też ze względu na jej osobisty autorytet i fakt, że swą funkcję pełni tak długo. Kolejny kanclerz swoją pozycję będzie musiał dopiero sobie wywalczyć. Dlatego też jej wizyta w Warszawie, tuż przed niemieckimi wyborami, po których Merkel zadeklarowała przejście na polityczną emeryturę, ma znaczenie szczególne. I widać było, że premier Morawiecki rozumiał nie tylko znaczenie tego spotkania, ale również deklaracji złożonej przez panią kanclerz.

Czytaj więcej

Sobota w Łazienkach. Angela Merkel z Mateuszem Morawieckim
Angela Merkel obawia się polexitu. Kanclerz pomoże rozwiązać spór z Brukselą

Inaczej jednak wizyta Merkel wyglądała z perspektywy Andrzeja Dudy i Jacka Kurskiego. TVP w weekend kontynuowała antyniemiecką kampanię, nie odbyło się też spotkanie Merkel z prezydentem, o które zabiegała strona niemiecka. Kurski jest w tej antyniemieckiej fobii na swój sposób konsekwentny, zastanawiające jest jednak stanowisko Dudy. Czy chodziło o swego rodzaju podział ról: Morawiecki robi z Merkel interesy, a prezydent obsługuje tę część elektoratu, która łyknęła antyniemiecką retorykę? Bo przecież tłumaczenia, że chodziło o napięty kalendarz czy protokół dyplomatyczny, można między bajki włożyć. Duda spotykał się z Merkel na szczytach NATO i nie było z tym protokolarnego problemu. Tłumaczenie, że chodzi o Nord Stream 2, też nie przekonuje. Politycy nie spotykają się tylko z tymi, z którymi się zgadzają, nieraz trzeba się spotkać z kimś, z kim się spieramy. Spotkanie też nie jest nagrodą za chwalenie nas, ale okazją do przedstawienia w sposób maksymalnie komunikatywny własnego stanowiska.

Wygląda więc na to, że Duda pomylił budowanie podmiotowej polityki zagranicznej z dziecinnym strzeleniem focha i uznał, że podniesie swój autorytet, odmawiając spotkania z Merkel. Zupełnie jakby nową miarą oceny ważności polityka stawało się nie to, z kim uda mu się spotkać, ale z kim się nie spotyka... Ale chyba jednak ośrodek prezydencki po czasie uznał, że popełnił błąd, i kancelaria Dudy poinformowała, że w weekend rozmawiał on przez telefon z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem.

Czytaj więcej

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w Sejmie
Zuzanna Dąbrowska: PiS podda się Unii albo zacznie wojnę

Kluczowe pytanie dziś brzmi: czy Jarosławowi Kaczyńskiemu, do którego należy ostatnie zdanie w PiS, a pośrednio i w polskiej polityce, bliżej do Morawieckiego i Szymańskiego czy do Kurskiego i Dudy (a nie zapominajmy też o Zbigniewie Ziobrze)? I nie chodzi jedynie o sprawę wizyty Merkel, ale szerzej – o rozwiązanie konfliktu z Brukselą.