Produktywność w Polsce rośnie, niestety najszybciej w dziedzinie biurokracji, produkcji szczebli i instancji oraz zbędnej legislacji. Gdy robiłem pierwszy serial w TVP, potrzeba było 3 podpisów, kilkanaście lat później – 35.

Podobnie jest w każdej niemal dziedzinie życia. Za każdym razem, gdy słyszę, że znosi się jakieś bariery, wiem z doświadczenia, że lista wymaganych zezwoleń i podpisów wzrośnie. Do tego dochodzi radosna twórczość ustawodawcza polskiego Sejmu, która w licznych szczegółach sterowana jest działalnością lobbystyczną.

Te szczególnie służą dwóm głównym celom: po pierwsze, mają wspierać czyjeś konkretne interesy bądź szkodzić interesom konkurencji. Po drugie, mają przysparzać pracy jednemu z najsilniejszych lobby w Polsce – lobby doradców i konsultantów.

Co więcej, coraz częściej partie wynajmują zaprzyjaźnione kancelarie prawne do przygotowywania ustaw. Te kancelarie prawne rosną w siłę, a jak się zajmują coraz większym zakresem spraw, to i coraz większe mają powody do przemycania w ustawach rozmaitych szczegółów, które albo pomogą klientom, albo komplikując interpretacje, pomogą im samym.

Ten proces pojawił się wraz ze wzrostem partii wodzowskich, w których posłowie nie zajmują się tym, czym powinni, czyli legislacją, lecz tym, czym nie powinni, czyli bieganiem po mediach, by wykrzyczeć przekaz dnia z centrali.

Jeszcze w początkach XXI w. ustawy były pisane w rządzie i parlamencie, istniały prawdziwe inicjatywy poselskie, odbywały się debaty. Teraz liczy się arytmetyka i przekaz z centrali. Przekaz – dodajmy – często wysyłany SMS-em przez urzędnika niskiego rangą, ale za to posiadającego ucho aktualnie panującego prezesa, do urzędnika, który posiada własne, nadane konstytucją kompetencje, ale z nich nie korzysta, bo wie, że w partyjnej machinie jest tylko trybikiem. Taki np. Sławomir Nowak potrafił zdjąć ustawę z obrad SMS-em do marszałka Sejmu. A skoro mógł, to korzystał.

Do tego dochodzi zazwyczaj główny cel ustawy, czyli zwiększenie kompetencji państwa, i w ten sposób powstaje legislacyjny Trójkąt Bermudzki, w którym ginie zdrowy rozsądek, inicjatywa i wolność obywatelska.

Dochodzi też mój ulubiony proceder, czyli niewydawanie zarządzeń wykonawczych do ustawy. Wtedy działają wszystkie zakazy z ustawy, no bo prawo jest uchwalone i obowiązuje, a nie działają żadne ułatwienia – bo one wymagają wydania przez właściwego ministra zarządzeń wykonawczych, a wokół tych toczy się drugi poziom walki lobbystów.

Miałem zaszczyt poznać śp. Janusza Kochanowskiego w czasach, gdy był rzecznikiem praw obywatelskich. Planował wprowadzenie kilku rozwiązań systemowych, które chroniłyby nas, wszystkich obywateli, przed radosną twórczością lobbystów, legislatorów i polityków. Oto trzy z nich:
1. W trzy lata po wejściu w życie ustawy rząd zobowiązany byłby przedstawić obywatelom i Sejmowi skutki regulacji. Teraz rząd przedstawia Sejmowi PLANOWANE skutki regulacji, ale nikt już nigdy nie bada, czy cele zostały osiągnięte, czy też przeciwnie – wybudowano kolejne utrudnienia, wymagające kolejnej ustawy.
2. W trzy lata po wejściu w życie ustawy z mocy prawa wygasałyby przepisy martwe, tj. takie, do których nie wydano przepisów wykonawczych.
Ten punkt był szczególnie ważny i rewolucyjny, bo likwidował zakazy ustawowe w tych sferach, w których rząd nie wydał przepisów pozwalających działać obywatelom pozytywnie bądź likwidował fikcyjne narzędzia kontroli, które rząd wprowadzał np. pod przymusem Unii Europejskiej, a potem zostawiał jako martwe.
3. Rząd musiałby co roku przedstawić raport z niewykonanych przepisów prawa, w tym niewdrożonych dyrektyw europejskich.
Wreszcie RPO planował szeroką edukację prawną obywateli. Każdy młody człowiek wraz z dowodem miał dostawać niezbędnik prawny obywatela w formie cyfrowej, w którym łatwo mógłby znaleźć przepisy dotyczące codziennych kłopotów, od postępowania w kwestii otrzymanych mandatów, przez prawa alimentacyjne, aż po uprawnienia płynące wprost z Konstytucji RP.

Ówczesny szef MSWiA z partii – nomen omen – Platforma Obywatelska nie był jednak zainteresowany. Wtedy śp. Janusz Kochanowski poprosił mnie, by zainteresować tym prezesa TVP. A kto to będzie oglądał? – zapytał prezes telewizji rzekomo publicznej i sprawa zdechła.

Janusz Kochanowski zginął w Smoleńsku. Może obecny rzecznik praw obywatelskich zainteresuje się tymi pomysłami. Bo obywatelom można pomóc nie tylko indywidualnie, ale też systemowo.