[wyimek][link=http://blog.rp.pl/blog/2010/06/23/dariusz-rosiak-centrum-sie-nie-liczy/" "target=_blank]Weź udział w dyskusji[/link][/wyimek]

Czasu zostało niewiele, tylko do przyszłej niedzieli. Takie są oczywiste wymogi polityki historycznej w wydaniu partyjnym, a przecież to prezes Kaczyński jest mistrzem w tej dziedzinie. Wiem, wiem nie czas na kpiny, polityka to nie zabawa dla jakichś mięczaków, którzy pamiętają co robili Józef Oleksy i Leszek Miller w zamierzchłej przeszłości, tylko dla mężczyzn z jajami i kobiet bez sentymentów. Wszystkie ręce na pokład, liczą się trzy miliony głosów Napieralskiego. Rozumie to równie doskonale marszałek Komorowski, który w pełni przygotowany merytorycznie wyjaśnił sądowi, że z programem własnej partii nie ma nic wspólnego, a szczegóły planu prywatyzacji szpitali wymyślili koledzy bez jego wiedzy. Oto szczytowe kuriozum polskiej polityki: partia uważająca się za liberalno-konserwatywną ściga w sądzie przeciwnika politycznego za sugestię, że PO chce prywatyzować usługi publiczne.

To wszystko dlatego, że kluczowe dla rządzenia krajem może okazać się wsparcie wyborców nowego głównego rozgrywającego polskiej sceny politycznej: Grzegorza Napieralskiego. Zastanawiam się dlaczego wszyscy biegają wokół Napieralskiego jak koty z pęcherzem. Można by na przykład pomyśleć nie tylko o 3 milionach jego wyborców, ale również o 15 milionach ludzi, którzy w ogóle nie poszli do urn. Zakładam, że przynajmniej część z nich kierowała się nie lenistwem, ale bezradnością wobec zaproponowanego wyboru. Bo przecież to nieprawda, że Kaczyński i Komorowski dokonali jakiegoś istotnego przełomu w myśleniu politycznym Polaków. Pierwszemu nie udało się przekonać do siebie centrum, drugi nie zdołał skutecznie odstraszyć ludzi od potwora, który rzekomo po raz kolejny przymierza się do podpalenia Polski.

Może jednak warto odnieść się w tych dniach nie tylko do ludzi, których najłatwiej "przetransferować" do własnej drużyny, ale również do tych, którzy oczekują od polityków poważnego potraktowania. Skoro Jarosław Kaczyński tak chętnie dokonuje bilansu swojej postawy politycznej, to mógłby wreszcie przeprosić swój elektorat za to, że kilka lat temu zupełnie poważnie zaproponował mu modernizowanie Polski przy pomocy Leppera i Giertycha. Zamiast koniunkturalnie odżegnywać się od idei IV Rzeczpospolitej powinien podkreślać potrzebę cywilizacyjnej reformy Polski, bo przecież o to w istocie chodziło w planie IV RP zanim potrzeba ta nie została przez samego Kaczyńskiego kompletnie skompromitowana, a jej znaczenie wywrócone do góry nogami. Powinien też dbać o słowa i pamiętać, że wielu jego potencjalnych wyborców nie zgadza się ani na język insynuacji wobec przeciwnika politycznego, ani na komiczne próby jego obłaskawiania.

Kandydat Platformy Obywatelskiej mógłby natomiast zaproponować coś więcej ludziom, którzy odmawiają głosowania na niego tylko dlatego, że nie jest Jarosławem Kaczyńskim. Może by np. pomyśleć o tych wszystkich, którzy tworzą bogactwo Polski - właścicielach małych i średnich firm, którzy zatrudniają ludzi, płacą za nich ZUS, a sami podatki. Może Bronisław Komorowski wyjaśniłby dlaczego jego partia po dwóch latach rządów nie zrealizowała żadnego znaczącego punktu swojego programu. Dlaczego nie obniżono podatków? Dlaczego założenie firmy ciągle oznacza wciągnięcie przez państwowego urzędnika na listę podejrzanych o łamanie prawa? Dlaczego zamiast komercjalizacji szpitali mamy groteskowe ciąganie po sądach za wyrażanie opinii (wszystko jedno słusznych czy nie) politycznych? Dlaczego wreszcie Platforma Obywatelska ma w swoim składzie frontmenów, którzy bardziej niż z poważną polityka kojarzą się z cinkciarstwem albo zabawą w klaunów?

No tak, z tym ostatnim przesadziłem. To wyłącznie kwestia smaku i gustu - jedni wolą Palikota, inni Kurskiego. Tylko dlaczego musimy woleć któregokolwiek z nich?

Nie mam złudzeń. Ani Kaczyński ani Komorowski nie odniosą się do centrowego elektoratu, zwłaszcza ludzi, którzy przed pięcioma laty uwierzyli w miraż POPiS-u. Umizgi wobec lewicy są łatwiejsze i gwarantują pewniejszy sukces. Wynikiem bratobójczej wojny politycznej trwającej w Polsce od 2005 roku jest sytuacja, w której dwóm konserwatywnym partiom postsolidarnościowym bliżej jest do lewicowej formacji wyrosłej z tradycji PZPR niż do siebie. Zapewne zarówno prezes Kaczyński jak i marszałek Komorowski liczą na to, że ich wyborcy AD 2010 zniosą i to, w końcu jeszcze nie nacjonalizują przemysłu ani nie nakazują obowiązkowego udziału w paradach gejów. Ci, którzy rozumieją wymogi realipolitik i tak zagłosują na PO lub PiS, a reszta - jakieś sieroty po POPIS-ie, marni idealiści wierzący, że w polityce chodzi nie tylko o władzę, ale o realizacje publicznych interesów - się nie liczy. I tak dalej do następnych wyborów.