W poprzednim blogowym wpisie

przypomniałem, że w grudniu 1970 roku w dramatycznych wydarzeniach na Wybrzeżu od kul żołnierzy i milicjantów zginęło kilkadziesiąt osób. Proces  karny "sprawców kierowniczych" tej tragedii rozpoczął się dopiero ćwierć wieku później (1995), a po następnych osiemnastu latach (2013) sąd pierwszej instancji wydał w tej sprawie wyrok, który przed paroma dniami w całości podtrzymał sąd instancji drugiej. Tym samym Rzeczpospolita Polska (sądy wydają wyroki w jej imieniu) prawomocnie już uniewinniła ówczesnego sekretarza KC PZPR i zarazem wicepremiera Stanisława Kociołka, dowódców zaś oddziałów, które strzelały do ludzi, praktycznie uwolniła od kary (dwa lata więzienia w zawieszeniu).

Na temat takiej pracy wymiaru sprawiedliwości pojawiło się wiele krytycznych opinii anonimowych internautów, ale ja wynotowałem sobie z archiwum imienną wypowiedź sławnego pana profesora Antoniego Dudka i pragnę z nią polemizować.

Streszczam tę opinię: "kierowniczych sprawców z czasów PRL (generałów, sędziów, prokuratorów) chroni pewna logika sądowa, która polega na tym, że jeżeli nie ma twardych dowodów na piśmie albo zeznań świadków, to nie można im niczego udowodnić (...) sądy mówią: proszę pokazać konkretne dowody, że dana osoba ponosi konkretną odpowiedzialność za taką czy inną decyzję. Otóż tego wszystkiego nie ma, bo nigdy nie było, wszystko odbywało się ustnie. A zeznań świadków nie będzie, bo ludzie z tamtego aparatu kryją się nawzajem"...

Pan profesor nie głosi tego wprost (expressis verbis), ale z kontekstu jednoznacznie wynika, że sądy, kierując się powyższą logiką, postępują źle, niesłusznie i nieprawidłowo. Jakie zatem postępowanie sądów byłoby dobre, słuszne i prawidłowe? Takie, w którym sądy przyjmowałyby za kryterium prawdy obiektywnej opinię pana profesora? Jeśli tak, to trzeba by odstąpić od zasady, że wszyscy ludzie są równi wobec prawa, bo niby dlaczego nieomylny miałby być akurat pan profesor Dudek, a nie ktoś o odmiennych poglądach? To może taką wyrocznią-wzorcem ma być cała polska opinia publiczna? Też kłopot, bo na przykład w drobnej sprawie stanu wojennego Polacy są od dziesięcioleci trwale podzieleni mniej więcej pół na pół. Dobrym rozwiązaniem, przynajmniej w teorii, byłoby wygnać z Ojczyzny tę błędną połowę, ale nie wiadomo niestety, jak to zrobić w praktyce...

Władza sądownicza w różnych współczesnych demokracjach bywa różnie zorganizowana, ale na całym świecie działa mniej więcej tak samo (w skrócie): na podstawie weryfikowalnych dowodów oraz świętych starożytnych zasad, jak domniemanie niewinności, niedziałanie prawa wstecz, wysłuchiwanie drugiej strony, in dubio pro reo, itp., itd; elementarne pomaturalne studia w tym zakresie trwają lat pięć. Bez dowodów oraz wbrew zasadom skazywały dotychczas głównie sądy hitlerowskie i komunistyczne. Dodam, że wyroki sądów są jawne i zapadają w przynajmniej dwóch instancjach, na wyrok zaś prawomocny można poskarżyć się (kasacyjnie) do Sądu Najwyższego, a potem jeszcze międzynarodowo do Strasburga.

Innymi słowy, jeśli niezawisły warszawski Sąd Okręgowy oraz Apelacyjny solennie orzekły – po prawie 20 latach starannego roztrząsania sprawy, do której materiał dowodowy był zbierany przez prokuratorów długo i skrupulatnie, a nawet z późniejszym procesowym wsparciem samego IPN – iż brak dowodów winy oskarżonych, to ja bym ten wyrok z obywatelską pokorą przynajmniej przyjął do wiadomości, a nie zakładał, że od sędziów wiem lepiej.