I to w czasie, gdy Rosja przesuwa granice, wywołuje wojny i tworzy piątą kolumnę we wspólnocie europejskiej.

A zmiana to początek końca NATO-bis, sojuszu drugiej kategorii, w którym nasz region wbrew własnej woli tkwi od czasu przystąpienia. NATO-bis ma takie same obowiązki jak stare dobre NATO z czasów zimnej wojny, ale nie ma tych samych praw, bo na jego terytorium nie można rozmieszczać baz z żołnierzami amerykańskimi i z innych państw tradycyjnego Zachodu.

To wynik przywiązania Zachodu do dokumentu sprzed osiemnastu lat, aktu stanowiącego stosunki NATO-Rosja, który Moskwa już dawno podeptała i wyrzuciła do kosza, ale wymaga, by druga strona traktowała go jak Biblię.

Wszystko wskazuje na to, że religijni z natury Amerykanie zmienili podejście do dokumentu. Na razie to dopiero projekt, ujawniony właśnie przez „New York Times", gazetę dobrze poinformowaną, a niegdyś – co w tym kontekście ciekawe – przeciwną rozszerzeniu NATO na wschód, z – całe szczęście - coraz mniej modnego powodu: Nie drażnić Kremla!

Projekt przewiduje zerwanie z traktowaniem Polski i okolic jako terytorium bez baz. Stałe amerykańskie bazy z ciężkim sprzętem mają powstać w sześciu czy nawet siedmiu krajach, od Estonii przez Polskę po Bułgarię. Jeżeli projekt stanie się faktem, będzie to wielki przełom, choć do szczęścia będzie jeszcze brakowało stałej obecności żołnierzy. Na razie obecność jest ciągła i rotacyjna. Ale, jak podkreśla zasłużony dla sprawy szef polskiego MON Tomasz Siemoniak, „budujemy podstawy stałej obecności".

Pełnię szczęścia osiągniemy zaś wtedy, gdy wyrwanie się Polski z NATO-bis poprą Niemcy, które chcą mieć amerykańskie bazy u siebie, półtora tysiąca kilometrów od granic państwa agresora, a jego sąsiadom tego bronią. Zmiana podejścia Berlina da szansę na utrzymanie partnerstwa z Warszawą w czasie, gdy prezydentem będzie Andrzej Duda. Sprawa wymaga jednak współpracy ponadpartyjnej. Chodzi o bezpieczeństwo Polski i o przyszłość NATO.