Do komunikatów o szybkim tempie wzrostu zadłużenia Polski wywołanego deficytem permanentnym w finansach publicznych zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Teraz okazuje się, że w rekordowym tempie rosną też dochody publiczne. Łączne wpływy do budżetu państwa i wszystkich innych publicznych instytucji w 2025 r. okazały się najwyższe od co najmniej dwóch dekad. Mało tego, istotnie wzrosła też relacja dochodów publicznych do PKB.

Co stoi za rekordowym wzrostem dochodów państwa?

Polskim finansom publicznym pomógł wzrost zebranej składki na ubezpieczenia społeczne. To efekt wyższych wynagrodzeń, od których jest ona naliczana, ale też dużej liczby odprowadzających ją obcokrajowców. W minionym roku dobrze wyglądała też ściągalność VAT, w górę poszły dochody budżetu z CIT.

Czytaj więcej

Wpływy podatkowe rosną. Ale to za mało, by pokryć deficyt w kasie państwa

Finansom państwa wyraźnie pomaga ponadto zamrożenie skali podatkowej w PIT. Mimo wzrostu inflacji, ale też płac, nie rośnie kwota wolna od podatku, a także kwota progu podatkowego, który oddziela stawki 12 i 32 proc. W efekcie coraz więcej osób od części swoich dochodów płaci 32 proc. podatku. Taka pełzająca, cicha podwyżka podatków w znaczący sposób zwiększa dochody budżetu państwa. Nie jest do tego potrzebne podnoszenie stawek PIT, raczej zresztą niemożliwe, bo niemal na pewno zablokowałby je prezydent. Poza tym mogłoby się spotkać z gniewem podatników i tak już dotkniętych zmianami wprowadzonymi kilka lat temu za sprawą słynnego „Polskiego Ładu”.

Studzenie optymizmu

I tak to się ładnie dla polskich finansów publicznych układa, ale ekonomiści studzą optymizm. Niestety samo wyrastanie z długu, m.in. dzięki takiemu wzrostowi dochodów, raczej nie wystarczy do naprawy kondycji państwowej kasy. Lata przedwyborczego rozdawnictwa doprowadziły polskie finanse publiczne może jeszcze nie na skraj bankructwa, ale z pewnością do stanu, który musi niepokoić. Wbrew temu, co twierdziły rządy Zjednoczonej Prawicy, w polskim budżecie nie było pieniędzy na wszystko i nie na wszystko było nas stać. Szalony w swoim rozmiarze program 500+, a potem 800+, nie dość, że nie spełnił swojego głównego zadania i nie poprawił dzietności, to kosztuje co roku ogromne pieniądze. Ale trudno sobie wyobrazić ugrupowanie polityczne, które odważy się ów program zracjonalizować i sprawić, że pieniądze będą trafiały tam, gdzie to rzeczywiście jest konieczne. Podobnie sprawa wygląda z 13. i 14. emeryturami oraz wieloma innymi programami, którymi rządzący szafowali na prawo i lewo. Nie tylko by pomóc potrzebującym, ale przede wszystkim by kupić głosy wyborców.

Twardym dowodem na to, że przesadziliśmy z rozdawnictwem, jest procedura nadmiernego deficytu, którą Komisja Europejska ponownie objęła nasz kraj. Wyjście z niej oznacza obowiązkową redukcję deficytu. To zaś powinno się sprowadzać do obniżki wydatków, czyli ich racjonalizacji, bądź podwyżki podatków, a najlepiej obu tych kroków równocześnie. To mrzonki, skoro za chwilę rok wyborczy, co zwykle oznacza kierunek przeciwny: rozdawnictwo publicznych pieniędzy i sypanie nowymi obietnicami. To tradycyjnie trudny czas dla finansów publicznych. Dobrze byłoby, gdyby tym razem politycy ich dodatkowo nie psuli.

Odrobina sarkazmu

Rządowi pomóc mógłby prezes Narodowego Banku Polskiego, który niedawno, przy okazji poszukiwania dodatkowych pieniędzy na naszą armię, wyszedł z propozycją tzw. polskiego SAFE 0 proc. Mówił o wygenerowaniu zysku z polskiego złota z rezerw NBP, które kupowane było w przeszłości po dużo niższych niż obecnie cenach. Dzięki sprzedaży części i ewentualnemu odkupieniu, cała operacja miała bankowi przynieść wielomiliardowy zysk. Gdyby przeprowadzić ją teraz i zgodnie z przepisami 95 proc. zysku przekazać do budżetu państwa, w widoczny sposób poprawiłoby to jego kondycję. To sarkazm. Obecny szef NBP ani myśli przecież pomagać rządowi. Rządzie, radź więc sobie sam.

A że nie jest to dobry czas na podwyższanie podatków i cięcie wydatków, wielkich zmian w tym zakresie nie należy się raczej spodziewać. Czekają nas więc pewnie jakieś pomniejsze ruchy maskujące faktyczny poziom niedoborów w finansach publicznych. Oby nie było gorzej.