Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak rodzaj biletu i kierunek podróży wpływają na realny czas potrzebny na bezpieczną przesiadkę.
  • Z jakimi nieprzewidzianymi trudnościami wiążą się transfery na największych europejskich hubach lotniczych.
  • Dlaczego przesiadka z rejsu międzynarodowego na krajowy wymaga znacznie więcej czasu niż się wydaje.
  • W jakich sytuacjach linie lotnicze czekają na pasażerów i kto ponosi finansowe koszty utraconego połączenia.

 W podróżach europejskich potrzeba 45 minut do godziny, a nawet trochę więcej, jeśli lecimy w granicach strefy Schengen i na jednym bilecie. Te 45 minut jest standardowym czasem niezbędnym do przeładowania rejestrowanego bagażu. Jednak pasażer potrzebuje więcej czasu, ponieważ nie porusza się po płycie.

Ta podróż na jednym bilecie, a nawet tym samym przewoźnikiem może okazać się jednak dłuższa, jak chociażby przesiadka we Frankfurcie, nawet w ramach tego samego terminala. Przesiadając się z części A do B trzeba tam pokonać ponad półkilometrowy tunel, w którym permanentnie są naprawiane ruchome chodniki i przejechać się jeszcze windami w górę i w dół.

Ten czas wydłuża się do 75-90 minut, jeśli trzeba zmienić terminal i przejść ponownie kontrolę bezpieczeństwa i nawet do 2-3 godzin, jeśli przesiadamy się w jednym z dużych europejskich centrów przesiadkowych, nie podróżujemy na jednym bilecie, musimy odebrać bagaż i ponownie go nadać i przejść jeszcze raz kontrolę paszportową i bezpieczeństwa. Tak jest chociażby w Madrycie, gdzie z lotów europejskich można przesiąść się np. na międzykontynentalne (czyli zmienić Terminal 1 na Terminal 4,, bądź odwrotnie) korzystając z bezpłatnego busa, który kawałek dystansu pokonuje autostradą.

Wyzwaniem jest także przesiadka w Stambule, a jest ich coraz więcej w sytuacji, kiedy Turkish Airlines i Stambuł właśnie przejęły znaczącą część pasażerów, którzy wcześniej podróżowali przesiadając się na luksusowych lotniskach bliskowschodnich. Jeśli podróżujemy na jednym bilecie, minimalny czas wymagany na transfer to 75-90 minut, w praktyce są to dwie godziny. Więcej, jeśli kołowanie samolotu po wylądowaniu się wydłuża, co w Stambule jest regułą.

Ile warto dodać do oficjalnych wyliczeń

Tyle mówi teoria. I tak agencje podróży i linie lotnicze wyliczają niezbędny czas na wygodne przesiadki.

W praktyce do tych oficjalnych czasów transferu warto dodać przynajmniej pół godziny, jeśli nie chcemy dodatkowych nerwów. Jeszcze więcej, jeśli planujemy jakieś zakupy wolnocłowe po drodze.

Najbardziej uczciwi w tym względzie są zarządzający londyńskim lotniskiem Heathrow. Jeśli np. ktoś leci z Warszawy do Londynu LOT-em, a dalej np. British Airways do USA albo nawet do Dublina, to nie ma tutaj jakiegokolwiek wyliczonego minimalnego czasu przeznaczonego na transfer. Ale generalnie Heathrow jest portem z najtrudniejszymi przesiadkami.

Czytaj więcej

Europa leci na opóźnieniu. Wakacje mogą obnażyć słabość całego systemu

Zmieniając przewoźnika często trzeba pokonywać odległości podobne do tych w Stambule. Tyle że trasa transferu jest gorzej oznakowana. Podobnie zresztą jest na paryskim Charles de Gaulle, gdzie busy obsługujące terminale jeżdżą praktycznie bez rozkładu i tak naprawdę nie wiadomo z jaką częstotliwością kursują, czy na amsterdamskim Schipholu, gdzie przesiadki są bardzo mocno skomplikowane. Do tego dochodzą jeszcze dodatkowe utrudnienia, których zarządzający lotniskami nie przewidzieli w swoich wyliczeniach czasu niezbędnego na przesiadkę. Jak chociażby to, że nasz samolot wylądował daleko od terminala, obsługa naziemna pojawia się z opóźnieniem. Potem nagle okazuje się, że do kontroli paszportowej są kolejki, a bagaż podręczny trzeba jeszcze raz prześwietlić.

Często zmieniają się bramki wylotowe, bo jakiś samolot nie odleciał o czasie i ta, do której miał podkołować nasz samolot, jest jeszcze zajęta. Czas oczekiwania to wielka niewiadoma, ale 10-15 minut to minimum.

Zresztą może się zmienić nie tylko bramka, ale i terminal. Dlatego koniecznie trzeba na bieżąco sprawdzać na monitorach, czy taka zmiana nie dotyczy naszego rejsu.

Dobrze jest mieć w smartfonie aplikację przewoźnika (przewoźników), z których usług korzystamy. Bo niby nie dzieje się nic dramatycznego, ale wskazówki zegarka poruszają się znacznie szybciej, niż byśmy sobie tego życzyli. Warto także pamiętać, że zapisany na karcie pokładowej czas wejścia na pokład jest różnie postrzegany. Np. w. przypadku Wizz Aira godzina zapisana na karcie pokładowej oznacza czas zakończenia, a nie rozpoczęcia procesu wejścia do samolotu. Pojawienie się przy bramce o czasie zapisanym na karcie oznacza, że nie polecimy. I tyle.

Skomplikowane przesiadki z rejsów międzynarodowych na krajowe

I jeszcze jedna zasada: zazwyczaj przesiadki z rejsów międzynarodowych na krajowe są bardziej skomplikowane, bo to przy wjeździe do jakiegoś kraju musimy przejść kontrolę celną i paszportową i po raz kolejny nadać bagaż. To już nie jest przejście z jednej bramki do drugiej. Więc jeśli nasz transfer przewiduje taką opcję, to w przypadku gdy lotnisko przylotu jest duże (np. Chicago, JFK w Nowym Jorku, São Paulo, czy japońska Narita) trzeba dać sobie przynajmniej 2-3 godziny na przesiadkę, mimo że pozornie wydaje się, że wystarczyłoby półtorej godziny. Trzeba pamiętać, że procedury imigracyjne, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych potrafią potrwać długo. W tej sytuacji naprawdę rozsądnym rozwiązaniem jest zdecydowanie się na kilkudziesięciogodzinną nawet przerwę w podróży (coraz więcej linii oferuje taką opcję po bardzo obniżonych kosztach bądź nawet wręcz bezkosztowo). Ostatnio taki pakiet ze zwiedzaniem Paryża zaoferował Air France.

Czytaj więcej

Loty do Azji i USA tanieją. Linie lotnicze walczą o pasażerów

W tej sytuacji naprawdę warto się zastanowić, czy zamiast nerwów związanych z napiętym transferem nie wzbogacić naszej podróży o wartość dodaną. Oczywiście, jeśli czas i budżet na to pozwolą. Chociaż koszty utraconego połączenia też są niemałe. I przy łączonych biletach musimy je pokryć z własnej kieszeni. To dlatego bilety z przesiadkami są najczęściej tańsze niż te na rejsy bezpośrednie.

Czy linie lotnicze czekają na spóźnionych pasażerów?

W zasadzie starają się im pomóc, a opóźnienie wylotu nie zagraża im utratą slotu, czyli wyznaczonej działki czasowej. Parę minut oczekiwania na spóźnionego pasażera równoważy z pewnością koszty wyładowania jego bagażu.

Najbardziej prawdopodobne jest takie oczekiwanie przy ostatnich wieczornych rejsach maszyny, kiedy utrata slotu nie jest dotkliwa, najwyżej przylot do portu docelowego też będzie spóźniony. Chociaż np. w przypadku Warszawy, właśnie późnym wieczorem odlatują np. „kaukazy”, czy Tel Awiw, które lądują na lotniskach docelowych wcześnie rano, czyli w godzinach szczytu, kiedy jest tam największy tłok.