Nasi wschodni sąsiedzi okazują się sprawniejsi, lepiej przygotowani, z dużo lepszym rozpoznaniem polskiej sceny politycznej. Zwyczajnie nas ogrywają – i to nie tylko na forach międzynarodowych, ale nawet na naszym krajowym podwórku. Widać to doskonale w zarządzaniu kryzysem (specjalnie sprowokowanym?) o nadanie imienia bohaterów UPA jednemu ze związków taktycznych ukraińskich sił zbrojnych. Jeżeli spojrzeć na efekty tej gry, relacje polsko-ukraińskie przypominają dwóch uczniów w jednej klasie. Jeden nieustannie wraca do dawnych krzywd, obraża się i oczekuje, że samo poczucie moralnej racji wystarczy, by osiągnąć zamierzony cel. Drugi doskonale rozumie mechanizmy funkcjonowania grupy, potrafi wpływać zarówno na kolegów, jak i na nauczycieli i konsekwentnie realizuje własne interesy. W polityce wygrywa ten, kto potrafi skuteczniej oddziaływać na otoczenie.
Ukraińcy mają doskonale zmapowane polskie nastroje społeczne
Działania w domenie kognitywnej to nie tylko odpowiednio liczne i silne „farmy opinii” czy werbunek świadomych i nieświadomych agentów wpływu. To przede wszystkim wiedza o tym, jakich tematów i w jaki sposób dotknąć, żeby uzyskać pożądany efekt. Ukraińcy mają doskonale zmapowane polskie nastroje społeczne – sam uczestniczyłem w takich projektach. Rozległe badania polskiego społeczeństwa w połączeniu z drobiazgową analizą segmentacyjną i pogłębionymi badaniami jakościowymi pozwalają im na trafne odczytanie nastrojów i modelowanie reakcji na określone bodźce. Inaczej mówiąc, Ukraińcy doskonale wiedzą, jaki efekt wywołają ich komunikaty – w tym nakłuwanie balonika naszej dumy narodowej oraz precyzyjne trafienia w blizny po szczepionce historycznych traum.
Działania czynników oficjalnych, czyli władz Ukrainy, dopełniają aktywność proukraińskich kont w mediach społecznościowych oraz aktywizacja sprzyjających ukraińskiej racji stanu polskich liderów opinii. W ten sposób Kijów może do pewnego stopnia kontrolować dyskurs polityczny w Polsce, grając naszymi nastrojami społecznymi oraz politycznymi. Pewnym ograniczeniem tej strategii jest wysoka skuteczność w destrukcji (czyli np. w osłabianiu pozycji polskiego rządu) przy mniejszej efektywności w grze konstruktywnej – czyli budowaniu poparcia dla określonych, wspólnych działań. Jednak ostateczny bilans i tak pozostaje korzystny dla strony ukraińskiej.
Ukraina prowadzi więc asymetryczną operację wpływu politycznego, używając zaawansowanych narzędzi z arsenału psychologii i socjotechniki do osiągania własnych celów. Kijów nie prowadzi przeciwko Polsce otwartej wojny psychologicznej, ale bezwzględną operację kognitywną, w której polska opinia publiczna i nasze emocje narodowe są traktowane jako zasób do zarządzania i instrument nacisku na władze w Warszawie. Oczywiście Ukraina nie jest państwem wrogim Polsce, ale z całą pewnością postrzega siebie wobec nas jako podmiot konkurencyjny. Elity ukraińskie od czasu wybuchu pełnoskalowej wojny boksują powyżej swojej rzeczywistej wagi i robią to z sukcesem. Pora zastanowić się, co z tym fantem zrobić? Dlaczego tak łatwo dać się rozegrać, podczas gdy sami nie bardzo potrafimy rozgrywać innych?
Skuteczne prowadzenie takich gier wymaga odpowiednich narzędzi, integrujących trzy funkcje: rozpoznanie i zbieranie danych, analizę strategiczną oraz zdolności oddziaływania kognitywnego i narracyjnego. Cały ten system ma działać jak kombajn: jedna maszyna kosi zboże, oddziela ziarno, a odpad w postaci słomy zwija w równe bele i pozostawia na polu. Wszystkie te zadania muszą dziać się w ramach jednego, spójnego mechanizmu. Dzisiaj Polska posiada świetne, niezwykle kompetentne zaplecze analityczne, jak chociażby Ośrodek Studiów Wschodnich czy Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. Dostarczają doskonałe produkty z zakresu analizy politycznej krajów leżących w spektrum ich zainteresowań. Instytucje te korzystają jednak głównie z danych zastanych (czyli już opublikowanych raportów czy sondaży) opisujących nastroje w wybranych krajach.
Przewagę dają dane pierwotne, nie wtórne
Trzeba tymczasem pamiętać, że to dane pierwotne – nowe, unikalne informacje zbierane przez badaczy bezpośrednio u źródła – dają kluczową przewagę. Wymienione podmioty mają także określone zdolności narracyjne, realizowane poprzez publikacje raportów, organizację konferencji czy uczestnictwo w międzynarodowych sympozjach. We wszystkich tych formatach występują one jednak jako oficjalne struktury państwa polskiego, co buduje konkretne ograniczenia i ma swoje konsekwencje dla odbioru nadawanych przez nie komunikatów.
Nie można oczywiście pominąć roli Instytutu Adama Mickiewicza, Instytutu Pileckiego, sieci Instytutów Polskich za granicą oraz innych instrumentów naszej polityki kulturalnej i historycznej. Jednak ich istnienie nie rozwiązuje podstawowego problemu. W polskim arsenale brakuje narzędzi pozarządowych, do których odniósł się Michał Dworczyk w wywiadzie przeprowadzonym przez Marka Kozubala na łamach „Rzeczpospolitej” w czerwcu 2026 r.: „Podam przykład Niemiec, które od początku lat 90. XX wieku, wykorzystując NGO-sy oraz inne instrumenty, prowadziły bardzo skuteczną politykę w Polsce, budując przychylność zarówno dla państwa niemieckiego, jak i dla Niemców. Nie trzeba więc wyważać otwartych drzwi, trzeba wykorzystać doświadczenia”.
Takie instytucje mają nie tylko Niemcy, ale też np. Francuzi i Amerykanie, a za czasów rządów Viktora Orbána zaczęli je budować nawet Węgrzy.
Czytaj więcej
Jeszcze niedawno spieraliśmy się, czy Polska zbyt mocno stawia na Amerykę, a zbyt słabo na Europę. Ale taki dylemat – „Ameryka albo Europa” – jest...
Naszym celem powinno być zbudowanie własnego narzędzia polskiego, miękkiego wpływu w krajach istotnych dla naszej racji stanu. Stanowiłoby to bezpośrednią, systemową odpowiedź na strukturalny niedobór nowoczesnych instrumentów soft power w polskiej polityce zagranicznej. Narzędzie to powinno dostarczać pogłębioną wiedzę na temat nastrojów społecznych za granicą oraz budować strategie ich wykorzystania dla wspierania polskich interesów. Instrument ten musi być zakotwiczony w trzecim sektorze (NGO) – czyli zupełnie inaczej niż publiczne OSW i PISM. Nie powinien być dla nich konkurencją, lecz komplementarną, brakującą częścią całego systemu.