W Europie często nie ma dla nas miejsca w najważniejszych formatach, a jednocześnie Waszyngton sugeruje, że Polska może mówić głosem ważnego gracza globalnego.
Polska – adresat ustaleń
Polska polityka ma słabość do symboli. Zaproszenie na szczyt G20 łatwo więc uznać za historyczny sukces, ale warto czytać je chłodno: jako prezent od Trumpa, użyteczny także w jego rozgrywce z innymi państwami, a nie dowód trwałego awansu. Trzeba go wykorzystać, lecz bez złudzenia, że sam bilionowy PKB przesądza sprawę. Hiszpania, z gospodarką niemal dwa razy większą od polskiej, została tym razem pominięta.
Wystąpienie Andrzeja Domańskiego w Asheville, gdzie Polska mówiła o wzroście gospodarczym, brzmiało dobrze. Tyle że ramy tej sceny wyznaczył Trump. Polska nie weszła do G20 własnym ciężarem instytucjonalnym, lecz została dopuszczona do stołu w konkretnym sporze i układzie politycznym.
Komentatorzy, którzy jeszcze niedawno odmawiali Donaldowi Trumpowi czci i wiary, dziś mimowolnie czynią z niego gwaranta polskiego awansu
Polska chce być słyszana globalnie, choć w Europie wciąż zbyt często nie siedzi przy stole, przy którym zapadają decyzje. Nie zaproszono nas do Grupy Renu Mario Draghiego, a w formatach bezpieczeństwa – E3, rozmowach o Ukrainie czy inicjatywach obronnych – Polska bywa raczej adresatem ustaleń niż ich współautorem.
Podobnie jest z argumentem o doświadczeniu Europy Środkowej. Jeśli nie zawsze liczy się ono w Unii, trudno zakładać, że samo przesądzi globalnie. O miejsce przy stole zabiegają też inni, zwłaszcza globalne Południe, którego głosem w G20 miała być RPA. Gdy Trump zakwestionował jej udział, Polska mogła zostać użyta jako wygodny kontrapunkt: sojusznik USA, przykład udanej transformacji i antyteza Pretorii. Dlatego francuski minister finansów Roland Lescure słusznie przypomniał, że obok Domańskiego w Asheville powinna być także delegacja RPA. Nasza obecność oznacza więc również zajęcie krzesła przypisywanego komuś innemu.
Czytaj więcej
Wzrost gospodarczy jest nadrzędnym celem wszystkich innych polityk Polski – podkreślił w poniedziałek na sesji Grupy G20 Andrzej Domański, minister...
Jeszcze bardziej kłopotliwa była obecność Rosji. Anton Siłuanow uczestniczył w spotkaniu G20 osobiście po raz pierwszy od 2022 roku. Polska zaprotestowała, a Domański mówił o braku zaufania do Moskwy. Dwuznaczność jednak pozostała: USA zaczęły normalizować obecność Rosji, a Warszawa stała się jej niechętnym, ale obecnym świadkiem.
Jednorazowe zaproszenie to nie stała obecność
Stałe członkostwo w G20 byłoby oczywiście korzystne, ale trudno oczekiwać, by Niemcy, Francja i Włochy – skoro nie chcą nas w kluczowych formatach europejskich – bez oporu dopuściły nas do formatów globalnych. Do tego dochodzi jeszcze sprzeciw Rosji i Chin. Naszą szansą pozostają więc nacisk Trumpa i kalendarz: po USA prezydencję obejmie Wielka Brytania, a następnie Korea Południowa, czyli państwa bardziej wrażliwe na amerykańskie oczekiwania i potencjalnie Polsce przychylne.
Czytaj więcej
Polska wykorzystuje amerykańską prezydencję w G20, by zabiegać o stałe miejsce przy stole najważniejszych gospodarek świata. Po grudniowym szczycie...
Widać w tym ironię: komentatorzy, którzy jeszcze niedawno odmawiali Donaldowi Trumpowi czci i wiary, dziś mimowolnie czynią z niego gwaranta polskiego awansu. Polska nie powinna jednak mylić zaproszenia z trwałym miejscem w pierwszym rzędzie. Trudno oczekiwać, by państwa niechętnie dopuszczające Polskę do współdecydowania w Europie łatwo pogodziły się z jej większą rolą na scenie globalnej.
- Profesor na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 2018-2020 był ministrem spraw zagranicznych