W opublikowanym 23 czerwca 2026 r. na łamach „Financial Times” tekście The Rise and Fall of US Hegemony Martin Wolf stawia pytanie o zmianę światowego przywództwa. Nie chodzi tylko o to, czy Stany Zjednoczone tracą pozycję, a Chiny ją zyskują. Ważniejsze jest pytanie, czy współzależny świat może funkcjonować bez państwa lub grupy państw zdolnych podtrzymywać reguły gry.
Przez dekady reguły te tworzyły przede wszystkim liberalne demokracje z USA na czele. Nie robiły tego bezinteresownie. Powojenny porządek oparty na dolarze, instytucjach z Bretton Woods i liberalizacji handlu odzwierciedlał interesy Zachodu. Hegemon dostarcza globalne dobra publiczne, ale kształtuje je zgodnie z własnym interesem.
Popyt na reguły nie wynika jednak wyłącznie z ambicji hegemona ani z aspiracji tych, którzy chcieliby go zastąpić. Wynika też z logiki globalizacji. Im silniej gospodarki są powiązane przez handel, kapitał, technologie, energię, dane i łańcuchy dostaw, tym bardziej potrzebują przewidywalności. To klasyczny problem globalnych dóbr publicznych, o którym pisał Charles Kindleberger.
Cena zaniku tych może być konkretna. Światowa Organizacja Handlu szacuje, że fragmentacja handlu na dwa bloki, połączona ze wzrostem ceł i innych barier, mogłaby do 2040 r. obniżyć realny światowy PKB o niemal 7 proc. To byłaby wymierna cena świata, w którym reguły ustępują geopolityce.
Gdy hegemon słabnie, nie powstaje automatycznie nowy porządek. Rośnie za to podatność na nakładanie się kryzysów. Współczesne wstrząsy nie sumują się, lecz wzajemnie wzmacniają. Geopolityka podnosi ceny energii, energia napędza inflację, inflacja podnosi stopy procentowe, a te zwiększają koszt długu. Szok przechodzi z jednego bilansu do drugiego - od przedsiębiorstw, przez banki, po budżet państwa. To istota spopularyzowanej przez Adama Tooze’a koncepcji polikryzysu.
Paradoks polega na tym, że światowego porządku potrzebują również autokracje. Chiny zbudowały swoją potęgę dzięki integracji z gospodarką światową, napływowi inwestycji i dostępowi do zachodnich rynków. Europa swoją siłę opiera na wspólnym rynku, standardach i instytucjach. Polska jest jednym z największych beneficjentów tej przewidywalności.
Dla Polski nie jest to abstrakcyjna debata o końcu amerykańskiej hegemonii. Kluczowe jest nie to, kto jest hegemonem, lecz czy istnieje siła zdolna podtrzymywać reguły. Dla mocarstw porządek jest instrumentem wpływu. Dla Polski - warunkiem wzrostu. W 2025 r. wartość polskiego eksportu towarów i usług odpowiadała około 50 proc. PKB, a krajowe firmy są głęboko wpięte w europejskie łańcuchy dostaw i system standardów.
Gdy ten porządek słabnie, rachunek pojawia się szybko: w budżecie państwa, poziomie długu, wydatkach obronnych, cenach energii, cyberbezpieczeństwie i kosztach budowania odporności przedsiębiorstw. Bezpieczeństwo przestaje być tłem rozwoju. Staje się jednym z jego podstawowych kosztów.
Czy będzie to pierwsza epoka, w której świat okaże się zbyt współzależny, by funkcjonować bez przywództwa, ale jednocześnie zbyt wielobiegunowy, by takie przywództwo było możliwe?
Jeżeli tak, Polska musi przestać traktować odporność wyłącznie jako koszt. Jest także ubezpieczeniem ciągłości wzrostu. Skoro świat ma coraz słabszego strażnika porządku, państwo musi zbudować silniejsze własne bezpieczniki. Po 1989 roku korzystaliśmy z dywidendy pokoju, otwartego handlu i napływu kapitału. Dziś wchodzimy w epokę premii za bezpieczeństwo. Rozwój się nie kończy, ale będzie droższy i bardziej zależny od jakości państwa.
Polska nie jest zbyt mała, aby odczuwać skutki rozpadu światowego porządku. Jest zbyt otwarta, aby ich nie odczuwać.
Autor jest głównym ekonomistą Business Centre Club. W latach 2009-2014 był kolejno wiceministrem spraw zagranicznych i ambasadorem RP przy OECD.