Wtorek. Jak zwykle przed posiedzeniem rządu premier Donald Tusk wygłasza komunikat „zza laptopa”, który cytowany jest później w mediach społecznościowych i tradycyjnych. Tym razem dotyczy on lekarzy. – Biedy nie ma! – mówi w swoim charakterystycznym stylu o założeniach limitu płac dla lekarzy, który przedstawia minister zdrowia. Ma to być maksymalnie 76,8 tys. zł brutto miesięcznie dla pracujących na dwóch etatach. 

Ten styl premiera znany jest doskonale od lat. Mieszanka lekkiego populizmu, podwórkowego, potocznego języka i pokazywania się jako arbiter, człowiek zdroworozsądkowy, który naprawia wszystkie popełnione przez innych błędy. A nie jest ich mało. Mija właśnie rok od ostatniej rekonstrukcji rządu, Polska żyje aferą związaną z nieprawidłowościami w Szpitalu Południowym i zarobkami lekarzy, które teraz premier stara się jakoś uporządkować. Mimo to, jego partia cieszy się poparciem (w zależności od sondażu) na poziomie 30 proc.  

O spokoju nie może być jednak mowy. Notowania rządu w CBOS są fatalne (48 proc. przeciwników, co jest tegorocznym rekordem), a w Koalicji Obywatelskiej wyczekuje się jesiennej, szerszej kontrofensywy opartej na konkretnej ofercie dla wyborców. Bo sympatyczne akcje w stylu „Nasza Kolej” o inwestycjach kolejowych w Polsce i przywracaniu połączeń, to w tej sytuacji zdecydowanie za mało.

Czytaj więcej

Architektura władzy Donalda Tuska. Jak premier zbudował nowy system rządzenia państwem?

Rok po rekonstrukcji rządu można powiedzieć jednoznacznie tylko jedno: premier Tusk nadal jest najsilniejszym politykiem po stronie koalicji rządzącej, zwłaszcza w Koalicji Obywatelskiej. Jedynym, który potrafi nadawać ton. 

Tusk był jakiś czas ministrem zdrowia. To konsekwencja jego decyzji 

Z drugiej strony jeszcze nigdy dotąd Donald Tusk nie był tak samotny jak obecnie – zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy zdrowia. Rok temu, gdy minister Jolanta Sobierańska-Grenda zostawała szefową resortu zdrowia zastępując wiceprzewodniczącą PO Izabelę Leszczynę, było dla wszystkich jasne, że był to własny pomysł premiera. Donald Tusk – jak sugerował wiosną w jednym z podcastów politycznych Polsatu Szymon Hołownia – tak naprawdę nie słucha nikogo z zaplecza. Ma oczywiście swoje ścisłe, hermetyczne grono doradców, ale w praktyce kieruje się tylko własnym osądem. Dlatego dyskusje o tym, kto znajduje się w otoczeniu Donalda Tuska, nie mają aż takiego znaczenia.

Pomysł na ekspercką obsadę całego resortu zdrowia może i był dobry, bo jakiś czas bronił resort przed politycznymi zarzutami opozycji. Ale gdy wybuchł naprawdę poważny kryzys ze Szpitalem Południowym, to Tusk przez kilka tygodni musiał wejść w rolę ministra zdrowia i sam odpierać polityczne ataki. Klub KO był wybitnie niezadowolony z niedawnego spotkania w Sejmie z Jolantą Sobierańską-Grendą, ale nikt tak naprawdę wprost Tuska nie oskarżał, bo premier ma pełną kontrolę nad partią. I wciąż ma pełen autorytet. Choć oczywiście nie sposób przymknąć oka na liczne problemy lokalne.  

Ale też partia na poziomie centralnym nie ma realnych własnych frakcji. Wystarczy zapoznać się z książką Michała Majewskiego i Pawła Reszki „Daleko od miłości” opisującą lata Tuska między 2005 a 2011 r., aby zrozumieć, jak wielka to różnica – wtedy w Platformie Obywatelskiej były silne frakcje, takie jak „schetynowcy” czy spółdzielnia Cezarego Grabarczyka. Teraz nic z tego nie zostało. 

To jednak pokazuje, że kiedyś Tusk miał swoje otoczenie, swój dwór. Najpierw ludzi takich jak Mirosław Drzewiecki i Grzegorz Schetyna, z którymi oglądał mecze, palił cygara i pił wino w „Sherwood” (pokój Drzewieckiego). Zbudował też ścisłe, hermetyczne grono własnych doradców, wśród których są Paweł Graś, Igor Ostachowicz czy Agnieszka Rucińska. Ale im więcej był lat w polityce, zwłaszcza od powrotu do niej w 2021 r., tym jaśniej widać postępującą samotność premiera.  

W partii nie ma nikogo takiego, jak kiedyś Schetyna. Frakcje na poziomie centralnym są rozbite. A to oznacza, że cała odpowiedzialność, w tym za rozliczenia, problemy w ochronie zdrowia i nie tylko – spada w konsekwencji na niego. Zaprezentowana w tym roku „dziesiątka” na wybory wprost się nie pokazała się w praktyce. A to miało być grono, które miało zaprzeczyć wizerunkowi samotnego premiera.

Radami poza Grasiem czy Ostachowiczem służą oczywiście tacy ludzie jak Andrzej Domański, Maciej Berek, Adam Szłapka czy Jan Grabiec. Dobrą relację z premierem ma też oczywiście szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. Publicznie i politycznie Tusk jest jednak sam. Nie ma nikogo, kto mógłby być jego następcą. Nie jest też jasne, czy ktokolwiek z tego grona potrafi premierowi powiedzieć, że się myli. 

Tusk przed wyborem. Kwota wolna i drugi próg 

 W KO widać jednak lekkie zniecierpliwienie i oczekiwanie na nowe otwarcie. Równolegle z przygnębieniem, które wywołała historia Szpitala Południowego, i złością, która się wtedy pojawiła. Na rząd, na kolegów, na minister Sobierańską-Grendę. Ale nie na Tuska. A to zasadnicza różnica między KO a PiS.

Czytaj więcej

Hubert Salik: Cudowny dotyk doktora Dawida Kacprzyka leczy ochronę zdrowia

W PiS przywództwo Jarosława Kaczyńskiego jest obecnie bezprecedensowo kwestionowane, nawet przez jego najbliższych ludzi, jak Mateusz Morawiecki. W KO przywództwa Tuska przez ten rok nikt nie kwestionuje, a jakiekolwiek lokalne problemy, jak w Małopolsce z Aleksandrem Miszalskim, są brutalnie rozwiązywane.

Na zapleczu rządu i koalicji słychać rzeczywiście, że rozważane są poważne pomysły, które mają spodobać się wyborcom. O kierunku, by cała koalicja miała większe szanse na utrzymanie władzy w 2027 r., musi jednak zdecydować premier. Nietrudno się domyślić – również z publicznych deklaracji, jak niedawnych samego Tuska czy Władysława Kosiniaka-Kamysza – że chodzi tu o kwotę wolną oraz drugi próg podatkowy. Czy to wystarczy, by odbić notowania rządu? Czy Tusk zdecyduje się na mocniejszą rekonstrukcję jesienią? Nikt dzisiaj tego do końca nie wie, bo polityka na każdym poziomie jest w gigantyczny sposób nieprzewidywalna.